Widmo motocyklowego ryzyka - jak rozmawiać z bliskimi?

Autor: Konrad Bartnik 2017.05.25, 14:04 1 Drukuj

Obawy i sprzeciw bliskich to obok motywów finansowych główny hamulec rozwoju motocyklowej pasji u wielu jej miłośników. Często wynikają one ze stereotypów, ale mają też jak najbardziej racjonalne podłoże. Najlepszym lekarstwem na domowe spory może być zwykła szczerość.

"Porzuć te motory, bo się w końcu zabijesz" - prawdopodobnie każdy z nas chociaż raz usłyszał te złowieszcze słowa od kogoś ze swojej rodziny. W niemal każdej familii, pielęgnowana jest historia jakiegoś ojca, brata, kuzyna bądź narzeczonego, który zakończył życie na skutek błędu w pilotażu piekielnej maszyny typu WSK. Moja babcia na przykład, z niezrozumiałych dla mnie powodów ma straszną awersję do poczciwej Jawy. "Jawa najgorsza, wywrotna". Dla naszych starszych krewnych tym symbolem zła i nieuchronnej śmierci są maszyny z silnikami o pojemności w porywach ćwierć litra i równie nikczemnej mocy. Jakże nieporównywalne nawet ze współczesnymi motocyklami uchodzącymi za osiołki dla początkujących…

Oczywiście, to ówczesny poziom wiedzy, wyszkolenia, mentalności czy brak odpowiedniej odzieży skazywał wielu nieszczęsnych motonitów na smutny koniec. Dziś nasze głowy chronione są kaskami z kosmicznych materiałów, mamy ciuchy z ochraniaczami, grube buty i rękawice. Motocykle, choć dużo mocniejsze, cięższe i szybsze, są bardziej przewidywalne w prowadzeniu - także dzięki nowoczesnej elektronice. Wciąż jednak w rozmowie z członkami własnych rodzin argumenty te trafiają w ścianę, nawet poparte opinią o wyjątkowo spokojnym i rozważnym charakterze kierowcy. Panuje przeświadczenie, że niezależnie od okoliczności, poważny wypadek jest tylko kwestią czasu.

Jest niestety w tym lekko zabobonnym podejściu do jednośladów sporo ludowej mądrości. Zakochani w swoich maszynach motocykliści, a przede wszystkim producenci sprzętu i inne osoby zawodowo związane z tematem, zdają się jak ognia unikać jednej prostej kwestii. Niezależnie od powziętych środków zapobiegawczych, jazda na motocyklu jest i zawsze będzie bardzo niebezpiecznym zajęciem. Po prostu nie ma siły, by to zmienić. Żadna elektronika, najlepsze opony czy świetnie wyuczone umiejętności (choć one na pewno nie szkodzą) nie są w stanie zwalczyć dwóch podstawowych rzeczy. Pierwszą jest zerowy poziom bezpieczeństwa biernego, jaki oferuje jednoślad, wynikający wprost z jego natury, którą tak przecież kochamy. Druga to ogromny element loterii w każdym naszym wyjeździe - w ruchu ulicznym, a nawet na zamkniętym torze, zawsze będziemy narażeni na czynniki od nas niezależne, w tym błędy innych kierowców. Połączone razem najczęściej prowadzą do miejsca, do którego nikt się nie śpieszy.

Z motocyklem jest trochę jak z samolotem. Drobna awaria, która takie np. auto po prostu unieruchamia na poboczu, w przypadku motocykla może być dla kierowcy ostatnią. Pamiętam, że swego czasu sporo do myślenia dała mi smutna historia motocyklisty, który dosiadając spokojnego turystyka stracił nad nim panowanie i zakończył życie z powodu uszkodzonego wentyla w przednim kole. Taka mała rzecz, kawałek plastiku! Niestety, kostucha zawsze jeździ na tylnym siedzeniu. Lub na kufrze, jeśli mamy pasażera. Gdyby nie jedyne w swoim rodzaju doznania, jakie oferuje jazda jednośladem, już dawno byłoby to niszowe zajęcie dla nie do końca normalnych.

W rozmowach z bliskimi na ten temat dobrze jest więc unikać postawy małego dziecka, które chowa twarz w dłoniach i mówi "Nie ma mnie!". Zamiast ukrywać, oddalać, inaczej nazywać ryzyko płynące z jazdy motocyklem, mówić o tym otwarcie. Zapewniać o własnej świadomości tego zjawiska i wszelkich wysiłkach, by je zminimalizować. Można oczywiście przyjąć postawę, w której jesteśmy i działamy wyłącznie sami dla siebie. Ignorować uczucia i obawy bliskich. Nie nazwę tego egoizmem, bo tłumienie własnych potrzeb to kolejna droga w przepaść. Trzeba po prostu mieć świadomość, że nasza pasja może być ciężką kulą u nogi naszych bliskich, zafundować im życie w ciągłym stresie. Sam nie byłem tego do końca świadomy, dopóki nie urodził mi się syn. W pełni zgadzam się z powiedzeniem, że dopiero mając dzieci, wiesz co to prawdziwy strach. I wyobrażam sobie własne uczucia, kiedy Młody wsiądzie na skuter, a później na kolejne maszyny. Widząc z jakim upodobaniem ten trzylatek nasiąka moim hobby, jestem niemal pewien, że taki dzień w końcu nadejdzie.

Z drugiej strony z całego serca życzę mu tych samych przeżyć, jakie były i są moim udziałem. Odbieranie świata wszystkimi zmysłami w czasie podróży, pęd powietrza, zapachy… dla mnie to coś, co sprawia, że chce mi się żyć. Coś, co jest warte tego ryzyka. W naszej rozwiniętej, zachodniej cywilizacji nauczyliśmy się kontrolować każdy aspekt życia i z pełną konsekwencją likwidować sytuacje tej kontroli pozbawione. Z jednej strony mamy znakomite rezultaty, chociażby w branży lotniczej. Z drugiej, bez zdrowej dawki nieprzewidywalności robimy się jałowi. Jednoślady to jeden z ostatnich bastionów pierwotnych doznań. Powolutku, z niezawodnej w tym względzie Skandynawii dochodzą pomruki o pomysłach na ograniczenie lub wręcz zakaz ruchu motocykli, niezbędnych do wykonania programu "zero ofiar na drogach". Jeśli kiedyś przyjdzie nam walczyć z urzędnikami, warto najpierw rozbroić miny we własnych domach.

Zdjęcia
Komentarze 1
Pokaż wszystkie komentarze
Dodaj komentarz

Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników portalu. Ścigacz.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Jeżeli którykolwiek z komentarzy łamie regulamin , zawiadom nas o tym przy pomocy formularza kontaktu zwrotnego . Niezgodny z regulaminem komentarz zostanie usunięty. Uwagi przesyłane przez ten formularz są moderowane. Komentarze po dodaniu są widoczne w serwisie i na forum w temacie odpowiadającym tematowi komentowanego artykułu. W przypadku jakiegokolwiek naruszenia Regulaminu portalu Ścigacz.pl lub Regulaminu Forum Ścigacz.pl komentarz zostanie usunięty.

Nasi fani komentowali
na górę