Wypadek na motocyklu - o szpitalnych VIPach i biurokratycznej bezduszności

Autor: Lovtza 2016.01.05, 12:26 29 Drukuj

Od redakcji: Listy czytelników takie jak poniższy publikujemy z bólem serca, ale w tym przypadku warto znaleźć chwilę czasu i przeczytać go do końca. Każdy dla siebie z pewnością wyciągnie własne wnioski. Naszym zdaniem lepiej znać brutalne realia życia w naszym kraju, sposób traktowania pacjentów przez NFZ i biurokratyczną bezduszność koncernów ubezpieczeniowych. Gdy dosięga nas pech warto także wiedzieć kiedy i jak walczyć o swoje.

Tego dnia obudziłem się tuż przed budzikiem wyspany wypoczęty, szczęśliwy i zadowolony z żony i syna, którzy jeszcze spali obok mnie. Nie chcąc ich zbudzić wierceniem powędrowałem do kuchni omijając „Binga”, który nawet nie otworzył oczu, bo było za wcześnie. Odprawiłem codzienny rytuał. Poranna toaleta, kawa i elektryczny papieros. Jak na razie jest super już ponad miesiąc wytrzymuje na nim i nie truję się substancjami smolistymi. Na budziku pokazała się godzina 05:20 niestety już czas by pojechać do pracy. Ubrawszy się w pełny strój, poszedłem zadowolony do garażu. Heh, fajnie tylko, gdzie są kluczyki. Szybka analiza wczorajszego dnia… Kluczykami bawił się synek, tylko gdzie je później położyliśmy? Przypomniało mi się, że powiedział mi coś w stylu „Tata nie jedź moto” i pewnie je gdzieś schował. Ach te dzieci. Na szczęście mam w kuchni schowane zapasowe. Gdy motocykl stał już na podwórku i zagrał cudnym dźwiękiem dobywającym się z silnika senność przeszła, powieki przestały być z ołowiu, a na twarzy rysuje się uśmiech jak u synka, gdy mamy niebyło przez chwilę i nagle pojawia się w drzwiach pokoju. Spokojnie „pomknąłem” do pracy. Nieliczni kierowcy zamknięci w swych blaszanych puszkach zdeterminowani jak podczas jakiegoś wyścigu wyprzedzali mnie, jakby przy kolejnym zamkniętym przejeździe kolejowym, czy czerwonym świetle czekał na nich jakiś puchar albo trofeum. Przestrzegając litery prawa wymijałem ich podczas gdy nerwowo oczekiwali na zielony sygnał, który pozwoli im pomknąć ku kolejnemu sygnalizatorowi, który i tak ich zatrzyma. Niektórzy życzliwi i uśmiechnięci zostawiają miejsce aby można było ich wyminąć nie najeżdżając na linię ciągłą. Niestety są też nieliczni, którzy specjalnie blokują i uniemożliwiają ten manewr przez co trzeba czekać w korku.

Po pracy zadzwonił znajomy odnośnie podjęcia dodatkowej roboty. Byliśmy umówieni na dzień następny, więc zadzwoniłem do żony informując ją by się nie denerwowała i wszystko wyjaśniłem. Ucieszyła się, w końcu jestem jedynym żywicielem rodziny i każdy grosz się przyda. Ustaliwszy wszystkie szczegóły udałem się w drogę powrotną. Asfalt gładki jak stół poza obszarem zabudowanym można było troszkę odkręcić i pognać przed siebie. Krajobraz jaki mijałem nie pozwolił mi jednak na to - stary drzewostan i piękne łąki  sprawiły że zwolniłem delektując się tymi bodźcami. Zbliżając się do Konstantynowa minąłem dwa stawy na zakrętach i wlokąc się koło za kołem dojechałem do świateł. Paliło się czerwone i nie było zielonej strzałki, która warunkowo zezwala skręcić w prawo. Stwierdziłem że niema co ryzykować, z jakiegoś powodu musieli ją stąd usunąć. Pomimo wymownych spojrzeń innych mówiących, że idiota stoi zamiast skręcić w prawo doczekałem się zielonego. Ruszyłem 1,2,3 i opamiętanie teren zabudowany pomimo iż w tym miejscu droga jest szeroka i pasy rozdzielają tory tramwajowe to naokoło chodzi dużo matek z dziećmi, jakieś psy biegają. Spostrzegłem auto manewrujące pod oddziałem banku. Dojeżdżając do przejścia dla pieszych zwolniłem jeszcze, bo jakaś mama szarpie się z dzieckiem opodal. Redukcja na dwójkę i pewny ruch manetki otwierającej przepustnicę i obserwując latorośl „walczącą” z mamą pojechałem dalej. Z drzew wystawał zderzak auta, który wcześniej męczył się pod bankiem migał chęć skrętu lewo. Szybka analiza sytuacji z naprzeciwka sznur aut, on stoi nikt go nie wpuści bo wśród kierowców panuje znieczulica i dominuje chamstwo. Poza tym spojrzał się w moją stronę to mnie dostrzegł. Uznałem że, z jego strony nie ma zagrożenia i skupiłem się na dzieciach, które biegały po chodniku.

Jakież było moje zdziwienie w chwili gdy ocknąłem się i ponad głową widziałem piękne błękitne niebo na którym sporadycznie występowały białe chmury wyglądające tak delikatnie, jak wata cukrowa. Uświadomiłem sobie co się stało. W chwilę przed kolizją zarejestrowałem jego maskę tuż przed przednim widelcem. Nieśmiało, pełen obaw podniosłem się z asfaltu kontrolując jednocześnie czy nie krwawię i czy nie mam jakiegoś złamania. Na szczęście niebyło śladów krwi i mogłem się poruszać. Uśmiech zarysował się na mojej twarzy. Nieliczni mają tyle szczęścia by wyjść cało z takiej sytuacji. Pierwsza myśl jaka mi przyszła do głowy to jaki idiota wpadł na pomysł by zdjąć tą pitoloną strzałkę. Dzięki której bym minął się z tym ślepcem za kierownicą. Rozejrzałem się otępiały dookoła, gdzieś w głowie słyszałem wciąż huk jaki powstał w momencie uderzenia, powoli przez niego przebijał się dźwięk mojej ER-ki. Ujrzałem też sprawcę wypadku, który już był prawie przy mnie i pytał czy jestem cały. Nie pamiętam czy mu odpowiedziałem, bo kulejąc skierowałem od razu do motocykla. Dostrzegłem na asfalcie plamę, mogła być to plama oleju, płynu chłodniczego, hamulcowego, a może nawet benzyny. Jeżeli była by to plama benzyny groziło to zapłonem, a w konsekwencji wybuchem. Zbliżając się do mojej ER-ki już wiedziałem że jest to paliwo. Jego woń było czuć bardzo wyraźnie i od razu odłączyłem zapłon wyłącznikiem awaryjnym. Nie pamiętam czy ktoś mi pomógł podnieść maszynę, czy sam to zrobiłem. Pamiętam jedynie przerażone twarze gapiów i kierowców samochodów, którzy czekali, aż zepchnę go na pobocze i pozbieram porozrzucane kawałki motocykla. Zdaje mi się że kierujący, który zajechał mi drogę coś do mnie mówił, ale nie jestem pewien. Pierwsza myśl jaka mi przyszła do głowy to powiadomić żonę o tym co się stało i powiedzieć jej żeby się nie martwiła. Ale jak można się nie martwić w takiej sytuacji. Drżącą ręką sięgnąłem do kieszeni i wyciągnąłem telefon. Chwilę nie potrafię sprecyzować jak długo stałem jak cieć nad hałdą węgla patrząc się w niego, próbując znaleźć słowa którymi ją poinformuję o tym zdarzeniu. Po raz pierwszy usłyszałem tak przerażony głos po drugiej stronie słuchawki. Oblał mnie zimny pot, a w oczach pojawiły się łzy. Dopiero wówczas dostrzegłem że sprawca był tak na moje oko w wieku emerytalnym. Nie wiem czy on zadał pytanie, czy ja zastanawiałem się czy wezwać policję i pogotowie. Zadzwoniłem po policję, pogotowia nie chciałem wzywać bo wyszedłem z założenia, że w między czasie mogło dojść do większego nieszczęścia i ktoś może bardziej potrzebować pomocy niż ja. W końcu mnie jedynie bolała prawa noga, żebra i głowa ale nie było krwawienia ani złamania. Na chwilę obecną już wiem że takie myślenie było bardzo niedojrzałe, bo mogłem doznać jakiś urazów wewnętrznych bądź pęknięć, których nie czułem ze względu na adrenalinę, która się pojawiła w skutek tak silnych emocji. W oczekiwaniu na policję skupiłem się na motocyklu i wspólnie oglądaliśmy maszyny, które ucierpiały. Ucieszyłem się że moto wizualnie aż tak nie ucierpiało, nie próbowałem go odpalać ze względu na wyciek paliwa i możliwe uszkodzenia wewnątrz silnika i skrzyni biegów. Samochód winowajcy również nie był zbyt mocno uszkodzony jedynie przedni zderzak zerwany, lewe nadkole, delikatnie maska, jeden reflektor pęknięty drugi nadkruszony i prawa przednia felga do wymiany razem z oponą. Zastanawiałem się co mam zrobić. Jak przetransportować motocykl do Zgierz do serwisu Kawasaki. Zadzwoniłem po szwagra, na którego zawsze mogłem liczyć i na nim polegać. Powiedział że coś wykombinuje. W końcu przyjechała policja, sporządzili opis kolizji, ukarali winnego i wciąż pytali się, czy nie wezwać pogotowia, bo strasznie utykam na prawą nogę. Podziękowałem stwierdziłem że jak się pogorszy to pojadę na własną rękę na pogotowie. Motocykl wrzuciliśmy na wypożyczoną lawetę na, której pojechał do serwisu, a ja zostałem odwieziony do domu.

Piotr Szenk na motocykluDr Piotr Szenk, chirurg i dyrektor Szpitala Powiatowego w Sochaczewie, a prywatnie – zapalony motocyklista:

Z całą pewnością autor tego listu wybrał sobie najgorszą z możliwych drogę przebijania się przez zawiły świat polskiej opieki zdrowotnej na własną rękę, a właściwie na własnych, chorych nogach. Jest to z pewnością najgorsza z dróg, w zasadzie gwarantująca niepowodzenie. Do tego jeszcze całe zdarzenie miało miejsce pod koniec roku, kiedy to wszelkie limity publicznych lecznic z płatnikiem, czyli Narodowym Funduszem Zdrowia są w zasadzie wyczerpane, a rezerwy zaplanowane są tylko dla pacjentów ze stanem zagrożenia życia lub zdrowia. Z punktu widzenia pracownika szpitala, jak ktoś przychodzi na własnych nogach jakiś czas od wypadku, to jeszcze trochę może poczekać. Wiem, że jest to okrutne, ale niestety prawdziwe. Co do reszty opisywanych zdarzeń nie chcę się wypowiadać bo określenie właściwej drogi postępowania jest niemożliwe na podstawie wyłącznie relacji pacjenta, bez żadnych danych medycznych. Jedno jest pewne. W takim przypadku nie wolno kozakować i należy bezwzględnie przyjąć zaproszenie do karetki pogotowia. Wtedy zostaniemy zawiezieni przez profesjonalny personel do Szpitalnego Oddziału Ratunkowego, albo najbliższej Izby Przyjęć ze statusem wspomnianego w liście „pijaczka”, któremu należy natychmiast pomóc, niezależnie od pory roku żeby nie umarł, albo żeby jego stan zdrowia nie uległ pogorszeniu. Stajemy się wtedy szpitalnym VIP-em, którego personel szpitala zobowiązany jest zdiagnozować i przesłać na wszelkie wymagane konsultacje własnym, szpitalnym transportem.  Nie oznacza to oczywiście całkowitego uleczenia bo przecież nie wszystko da się zdiagnozować od razu. Często objawy urazów ujawniają się w trybie odroczonym, po kilku dniach lub nawet tygodniach. Należy też pamiętać o tym, żeby personelowi medycznemu podać jak największą ilość informacji od razu, przy pierwszym kontakcie. Pamiętajcie, że oni w przypadku przytomnego pacjenta wiedzą tylko tyle ile im powiemy, albo co widzą w danym momencie na naszym ciele. Jeśli pacjent zgłasza np. ból głowy i na nim się skupia, a zapomina o bólu kolana, bo przecież sam przejdzie, to trudno wymagać, aby personel szpitala odpytywał go szczegółowo o każdy znany narząd lub kończynę. I tak by pewnie coś pominął. 

Następnego dnia pojechałem bardzo niewyspany do pracy, miałem problemy z snem. Gdy zamykałem oczy wciąż widziałem maskę tego samochodu i słyszałem ten przeraźliwy dźwięk. Wszystko mnie bolało, ale miałem nadzieję że przejdzie. W pracy doskwierał mi coraz bardziej ból kolana i zauważyłem, że zwiększyło ono znacznie swoje rozmiary. Zwolniłem się wcześniej i pojechałem na pogotowie na ul. Sienkiewicza. Operowanie pedałami w samochodzie sprawiało mi ogromny problem, gdyż potęgowało i tak już duży ból. Odsiedziawszy swoje w poczekalni dostałem się w końcu do gabinetu. Niestety pan doktor nie był w najlepszym humorze z powodu awanturujących się co chwilę drobnych pijaczków. Wiedziałem już, że odbije się to na mnie i pozostałych pacjentach. Opowiedziałem w skrócie, co mi się przydarzyło. Poinformowałem go zgodnie z jego zapytaniem co mi doskwiera, wymieniłem ból głowy, lekkie pobolewanie szyi i ból w kolanie. Na to lekarz niestety stwierdził, że mam sprecyzować, co boli najbardziej bo on ma dużo pacjentów. Powiedziałem, że na chwilę obecną kolano przysparza mi największy ból i problem, więc skoncentrował się tylko na tym. Po obejrzeniu zdjęcia RTG stwierdził, że niema złamania ani pęknięć. Zalecił stosowanie Olfenżelu i udanie się na oddział chirurgii – ortopedii jeżeli ból nie przejdzie. Posłusznie zacząłem stosować wyżej wymieniony żel i co jakiś czas tabletki przeciwbólowe. W tzw. międzyczasie umówiłem się z rzeczoznawcą i z serwisem na oględziny motocykla. Niestety uszkodzenia były znacznie większe, niż mi się wydawało. Na szczęście rama była prosta i przedni widelec również. W celu uniknięcia kasacji motoru musiałem zrezygnować z wymiany tłumika, który ucierpiał, bo motor położył się na prawą stronę i malowania baku.

Cztery dni po wypadku zacząłem odczuwać nasilające się bóle głowy. Żony nie informowałem o moich dolegliwościach, zamieniliśmy może ze dwa zdania odnośnie całego zdarzenia. Nie wiedziałem jak jej powiedzieć, że powinienem się udać na pogotowie. Pełen nadziei na poprawę stwierdziłem, że jeżeli następnego dnia się nie poprawi to jej powiem i udam się na pogotowie. Póki co zażyłem podwójną dawkę środków przeciw bólowych.

10.09.2011r. Ból głowy był nie do zniesienia. Wieczorem już nie wytrzymałem i pojechałem do szpitala im. Kopernika. Niestety lekarz dyżurujący wysłuchawszy mojej historii stwierdził, że symuluje i na pewno przesadzam w celu uzyskania odszkodowania, bo po takim czasie jak to ujął „ból nie powinien się pojawić, a już na pewno nie nasilać”. W tym czasie na izbę przyjęć przywieźli jakiegoś nieprzytomnego lumpka, który został przyjęty poza kolejnością. Zdezorientowany i zbulwersowany na co idą nasze składki spytałem co mam zrobić, by mnie poważnie potraktowano i przeprowadzono niezbędne badania. Zostałem uprzejmie poinformowany bym udał się do całodobowej przychodni pierwszego kontaktu na ulicy Hubala gdzie uzyskam skierowanie i wówczas zostanę przyjęty. Otumaniony z bólu, wróciłem do auta, chwilę odczekałem by ból ustąpił, pozwolił mi się skupić na prowadzeniu auta. Podjechałem do napotkanego postoju taksówek w celu uzyskania informacji gdzie znajduje się wyżej wymieniona przychodnia. Pech chciał że stała tylko jedna taksówka i pan z uśmiechem na twarzy stwierdził, że mnie tam zawiezie, ale nie powie jak tam dojechać. Udałem się więc do rodziców na Retkinię, gdzie w Internecie sprawdziłem jak dojechać do wskazanej placówki. W przychodni dyżurująca pani doktor na wstępie nakrzyczała na mnie, że w takim stanie przyjechałem do niej, a nie skierowałem swych kroków do szpitala. Opowiedziałem całe zajście i otrzymałem niezbędne skierowanie, które otwierało drzwi każdego szpitala przede mną. Wychodząc już w progu usłyszałem sugestię bym złożył oficjalną skargę na dyżurującego tam lekarza, gdyż w tym przypadku powinien bezzwłocznie mnie przyjąć i zrobić niezbędne i konieczne badania. Przez chwilę pomyślałem by udać się do innego szpitala w celu uzyskania pomocy, lecz ból nie pozwalał mi ustalić trasy i miejsca w którym znajduje się jakikolwiek inny szpital. Po powrocie w miejsce z którego można by uznać że zostałem przegnany, zostałem prawie (jak się okazało w późniejszym czasie) profesjonalnie obsłużony. Napisałem ”prawie” gdyż już wówczas na zdjęciu CT głowy był widoczny uraz kręgosłupa szyjnego…

W następnych dniach częstokrotnie przyjmowałem środki przeciwbólowe i stwarzałem pozory że nic mi już nie dolega, by nie martwić najbliższych. W dniu 19.09.2011r. otrzymałem od lekarza zakładowego skierowanie na WAM na oddział Chirurgii i Ortopedii gdzie po wizycie otrzymałem kolejne skierowanie na rezonans kolana za osiem dni. Nasz zakład pracy ma popisaną umowę z WAMem na opiekę medyczną. W trakcie oczekiwania na wykonanie rezonansu otrzymałem informację, że sprzęt, którym dysponują uległ uszkodzeniu i nie wiadomo kiedy  go naprawią. W trosce o swoje zdrowie podzwoniłem po prywatnych klinikach, które dysponują rezonansem i mogły w ekspresowym terminie i w rozsądnej cenie wykonać badanie. W dniu 11.10.2011r. usłyszałem podczas wizyty kontrolnej na WAMie od chirurga ortopedy, że niestety będzie konieczna operacja kolana w celu naprawienia wiązadła krzyżowego. Umowa zawarta z WAMem niestety nie obejmuje wszelkiego rodzaju zabiegów i operacji, więc zapisałem się na nią normalnie już nie poza kolejnością, tak jak na wizyty. Spytałem się uprzejmie pani w rejestracji, kiedy mogę się spodziewać tejże operacji. Zostałem poinformowany że jest bardzo dużo pacjentów i z zapisów wynika, że mogę spodziewać się tak w maju, czerwcu 2012r. Z powodu tak długiego terminu zostało mi zasugerowane bym zaopatrzył się w ortopedyczny stabilizator kolana dzięki któremu nie będę odczuwał aż tak dużego dyskomfortu podczas poruszania się. Koniecznie musiałem w między czasie zaszczepić się przeciwko żółtaczce zakaźnej.

W tym okresie musiałem z własnej kieszeni pokryć koszty naprawy motoru, które miały mi zostać zwrócone po dokładnej wycenie przez rzeczoznawcę i przelaniu pieniędzy na konto serwisu Kawasaki przez Generali.

03.10.2011r. Z powodu nie mijających bólów głowy, szyi i mrowieniem przechodzącym w drętwienie ręki umówiłem wizytę u neurologa, do którego zostałem przyjęty w dniu 17.10.2011r. Otrzymałem zalecenie podjęcia rehabilitacji mogącej uśmierzyć i złagodzić dolegliwości. Z powodu braku jakiejkolwiek poprawy po rehabilitacji i zbyt częstych wizyt jak to stwierdził neurolog otrzymałem skierowanie na rezonans kręgosłupa odcinka szyjnego. Rezonans ten również wykonałem z prywatnych zasobów finansowych ponieważ refundowany z NFZ mógł być wykonany dopiero na przełomie stycznia i lutego…

W oczekiwaniu na operację kolana postanowiłem skonsultować diagnozę z WAMu i ustaliłem namiary na jednego z najlepszych w Polsce specjalistów w dziedzinie chirurgii i ortopedii. Po konsultacjach z lekarzem z kliniki Medical-Magnus odnośnie mojego kolana przeszedłem serię zastrzyków, które mogły pomóc, lub w 100% potwierdzić konieczność operacji. Niestety w połowie listopada potwierdziła się diagnoza z WAMu. Zastrzyki nic nie pomogły. W trakcie konsultacji w sprawie oczekiwania na operację, która miała się odbyć w przybliżeniu za pół roku wysłuchałem jakie mogą być do tego czasu konsekwencje tego terminu tzn. kondycja mojego kolana skoro już na chwilę obecną zaczęło mi „uciekać”. Z własnych przemyśleń obawiałem się następstw tak długiego zwolnienia w pracy, o braku możliwości zabaw z synem który przecież w 2012 będzie już na tyle duży, by zacząć uczyć się jeździć na rowerze. Nie chcąc by te oraz inne rzeczy mnie ominęły podjąłem decyzję o wykonaniu jej prywatnie. Zapłacił bym każde pieniądze by uczestniczyć w jego dojrzewaniu, poznawaniu świata, zdobywaniu nowych doświadczeń i osiąganiu nowych „szczytów”. Na chwilę obecną jestem pozbawiony takiej możliwości. Czy ubezpieczyciel pokryje koszty leczenia? Nieistotne, chwile spędzone z żoną i z dzieckiem są niezastąpione. Tak czy inaczej nikt mi nie zwróci  tego, że od września nie mogłem się z nim bawić tak jak przed wypadkiem. Braku wspólnych spacerów z powodu doskwierającego bólu uniemożliwiającego poruszanie się. Nie do opisania jest co czułem, gdy żona z synem szła na spacer a ja nie mogłem. Siedziałem w domu i obserwowałem ich przez okno jak idą do lasu. W jaki sposób wytłumaczyć dziecku by nie płakało, że tata nadal je kocha i to że nie wezmę go na ręce, czy nie poganiam się z nim, nie świadczy o tym że nie jest największym skarbem mojego życia.

28.11.2011r. Nadszedł ten dzień w końcu doczekałem się operacji wiązadeł. Czy się uda, czy nie będzie powikłań? Pierwszy tydzień po to istny koszmar, później wcale nie jest lepiej, czuję się jak jakiś ułomny. W życiu nie sądziłem, że żona będzie musiała pomagać mi wejść pod prysznic i umyć się przynajmniej nie w tym wieku.

05.12.2011 Rozpocząłem rehabilitację refundowaną z NFZ. Szczęście tu jest bez problemu i bez oczekiwania. Niestety moja radość nie trwała zbyt długo. Lekarz prowadzący poinformował mnie, że po takim zabiegu rehabilitacja będzie trwała minimum pół roku. A z NFZ rehabilitację bez kolejki można mieć przez dwa tygodnie a później należy się na nią zapisać. Bezzwłocznie udałem się do rejestracji przed upływem dwóch tygodni w celu zachowania ciągłości i kolejne spotkanie z szarą rzeczywistością. Podjęcie dalszej rehabilitacji refundowanej przez NFZ dopiero pod koniec lutego. Biorąc pod uwagę skutki takiej przerwy zdecydowałem się na pokrycie kosztów tej rehabilitacji w celu zachowania jej ciągłości i szybkiego powrotu do stanu umożliwiającego funkcjonowanie.

Z powodu braku możliwości szybkiej konsultacji neurologicznej spowodowanej długimi terminami wizyt odnośnie wyników rezonansu odcinka kręgosłupa szyjnego zacząłem dowiadywać się o opiniach odnośnie neurochirurgów. Rozmawiałem z pacjentami których leczyli i którym pomogli stawiając trafne diagnozy, bądź przeprowadzając takie operacje. Nie miałem z tym żadnego problemu, gdyż większość czasu spędzałem w poczekalniach gabinetów lekarskich. Rehabilitanci w Medical-Magnus mają jedną z najlepszych opinii w Polsce i przyjeżdżają do nich pacjenci z odległych zakątków naszego kraju, jak i z zagranicy . Z zebranych informacji uznałem, że najbardziej odpowiednim będzie neurochirurg Dariusz Jaskólski zastępca ordynatora w szpitalu im. Barlickiego. I znów napotkałem ścianę na swojej drodze. Na terminy wizyty z NFZ należy poczekać około trzech miesięcy. Udało mi się ustalić prywatny gabinet dr Jaskólskiego. Niestety jedynym mankamentem wizyty u niego był brak prowadzenia historii choroby. Wiedząc o tym fakcie byłem świadom, że ubezpieczyciel może podważyć zwrot kosztów za wizyty u niego. Ale czy w tym wszystkim naprawdę chodzi o pieniądze? Czy o godne życie bez bólu, bez obaw że jadąc samochodem nie będę się zastanawiał, czy gdy stracę czucie i władność w ręku i nie spowoduję wypadku w, którym ktoś ucierpi. Nie chcę się czuć jak pan który we mnie wjechał. Choć on o moich problemach, dylematach i zmaganiach z służbą zdrowia pewnie nic nie wie. Stwierdziłem, że żadne pieniądze nie są warte tego by ich żałować  na walkę o własne zdrowie, tym bardziej, że nie zarabiam ich tylko dla siebie lecz na utrzymanie domu i rodziny. I Tak oto w dniu 14.12.2011r. poszedłem na wizytę do dr Jaskólskiego. Trzymając płytę i opis rezonansu w ręku wypaliłem pół paczki papierosów w drodze do jego gabinetu, odpalałem niemalże jednego od drugiego. Czułem się tak jak bym szedł na skazanie, co chwilę zalewał mnie zimny pot.

Wizyta u chirurga-ortopedy przy tym to błahostka. Usłyszałem wcześniej opinie pani poktor z przychodni i rehabilitantki która po wielu wizytach po raz pierwszy czuła się bezradna. Doktor Jaskulski prywatnie stwierdził zaniedbanie podczas wizyty w szpitalu im. Kopernika, gdyż wówczas powinni już dostrzec powstały uraz, który był widoczny na wykonanym zdjęciu CT głowy, a przyniesiony przeze mnie rezonans tylko to potwierdził. Nakazał mi założyć kołnierz sztywny na okres dwóch tygodni i zaobserwować czy mrowienie i drętwienie ręki ustało. Niestety noszenie kołnierza nie przyniosło oczekiwanych rezultatów i 28.12.2011r. udałem się do jego gabinetu by usłyszeć najgorsze. Niema na świecie chyba osoby, która nie obawiała by się ingerencji w kręgosłup. Niestety usłyszałem smutną prawdę. Niezwłocznie należy skorygować powstałą szkodę i tak 15.01.2012r. ma się odbyć operacja w klinice SalveMedica. Wchodząc na Internet i szukając podobnych przypadków każdy odradza tego, znajomi pytali mnie czy jestem w stanie zaufać temu lekarzowi w końcu to w jego ręce powierzam nie tylko swoje życie, lecz losy mojej rodziny. Czy w przypadku najgorszego scenariusza poradzą sobie. Czy niczego im nie będzie brakowało, czy mały będzie mógł spełniać się i realizować swoje marzenia. A mam inne wyjście? Co będzie za pięć, dziesięć lat mam syna chciałbym poznać wnuki. Teoretycznie nie mam nic do stracenia. Tak czy tak mogę skończyć na wózku, wolę się o tym przekonać teraz, niż później będąc kulą u nogi żony i powodem wstydu dla syna, który tego wszystkiego nie rozumie, bo dzieci nie są wstanie tego pojąć. W celu pozornego zabezpieczenia syna przed moimi obawami ustaliłem z przyjacielem, który jest dla mnie jak brat, a jest mi dłużny znaczną ilość gotówki, o której żona nie wie. Miał te pieniądze trzymać do czasu, gdy będą im naprawdę potrzebne, by mały mógł zrealizować swoje marzenia.

Na szczęście operacja powiodła się, wszystko poszło podręcznikowo. Obolały, ale szczęśliwy i pełen optymizmu wróciłem do domu. Wszystko było ładnie, pięknie dopóki nie przyszedł czas na sen. To było straszne, najgorszemu wrogowi bym tego nie życzył. Po pół godzinie masakry podczas próby zaśnięcia na leżąco poprosiłem żonę, by przyniosła mi z garażu fotel ogrodowy bym mógł na nim spróbować zasnąć na siedząco. Ten fotel okazał się zbawieniem. Przespałem na nim dwa tygodnie. Myślałem, że gdy zejdzie opuchlizna i przyzwyczaję się do ciała obcego w moim organizmie wszystko wróci do normy. Niestety nie stało się tak. Mam bardzo duże ograniczenia ruchowe głowy. Uniemożliwiają mi one spanie na brzuchu. To była moja ulubiona pozycja. Na dzień dzisiejszy nie potrafię spać na plecach i budzę się w środku nocy za każdym razem ,gdy tylko ciało me przewraca się na brzuch. Wstaję niewyspany ale, co mam począć skoro muszę utrzymać i zapewnić godny byt mojej rodzinie. Państwo mi nie pomoże. Rząd Polski, konstytucja i ustawy nie są w stanie pomóc osobom bardziej poszkodowanym przez los, niż ja. Nieraz zastanawiałem się by pozwać również sprawcę wypadku z powództwa cywilnego. Lecz za każdym razem zadaje sobie pytanie, czy ma to jakikolwiek sens, czy coś to zmieni. Wątpię, jedyne co by to przyniosło to stres i załamanie tego emeryta i jego rodziny, najbliższych. Tłumaczę sobie to tym, że nie zrobił tego celowo, po prostu nieszczęśliwy zbieg okoliczności. Ukaranie go w niczym nie pomoże, co innego sprawa Maćka Zawiszy, który nie miał tyle szczęścia co ja i zginął na miejscu, a sprawcy tej tragedii zabrali tylko prawo jazdy na dwa lata.

W dniu 24.01.2012r. udałem się do Kliniki Medical-Magnus w celu uzgodnienia terminu rozpoczęcia przerwanej rehabilitacji. Po podjęciu dalszej rehabilitacji okazało się, że przez ten czas pogorszyło się i musiałem od nowa ciężko pracować  nad formą mięśni nogi. W celu szybszej odbudowy mięśni nogi z własnych środków zakupiłem rower treningowy i ciężarki na nogi, dzięki którym czas rehabilitacji mógł się skrócić o dwa, trzy miesiące. Czy ubezpieczyciel mi za to zwróci? Nie wiem. Wiem tylko, że już do końca życia będę musiał ćwiczyć by nie zaniedbać tych mięśni które odciążają wiązadła krzyżowe. Rehabilitant poinformował mnie, że to co można było osiągnąć u nich, pod ich okiem zostało osiągnięte i powinienem udać się na siłownię w celu dalszej pracy nad mięśniami. Tak też uczyniłem. Na chwilę obecną by nie obciążać i tak nadwyrężonego budżetu mojej rodziny skonstruowałem ławeczkę do ćwiczeń i za pomocą zakupionych w między czasie ciężarków pracuję nad tym by normalnie funkcjonować. Paradoksem jest pismo jakie otrzymałem od firmy Generali, która stwierdziła, że nie widzą zasadności w zwrocie kosztów za wyżej wymieniony sprzęt, gdyż jest to bezpodstawne generowanie kosztów. Jakich kosztów? Zakup tych rzeczy jest równowarty z miesięczną rehabilitacją jaką miałem w MedicalMagnusie i przynajmniej nie muszę już tam jeździć i marnować cennego czasu.

Obecnie stale jestem pod opieką neurologa który stwierdził u mnie migrenę od kręgosłupa. Niewinem jaką to nosi fachową nazwę. Niestety bóle na które biorę lek pod nazwą SUMAMIGREN pojawiają się podczas pracy. Będąc na urlopie dwu tygodniowym ani razu nie wystąpiły u mnie. Na ostatniej wizycie w dniu 14.06.2012r. pani neurolog zaproponowała mi lek dzięki któremu nie będę ich odczuwał, ale jest jeden poważny mankament. Po jego zażyciu musiał bym przyjmować go do końca życia. Cały czas się łudzę - a jeżeli to przejdzie, ból minie, ustąpi po co się truć? Podziękowałem. Jeszcze chcę się pomęczyć bo chyba warto, tak sądzę. Jeżeli to się nie zmieni przez następne pół roku to chyba się zdecyduję. Nie wiem, boję się tego.

Za namową lekarzy w dniu 21.05.2012 złożyłem dokumenty na grupę inwalidzką. W skutek doznanych obrażeń lekarze przyznali mi umiarkowany stopień inwalidzki na okres dwóch lat. W pierwszym momencie byłem bardzo oburzony i zdegustowany. Czy oni liczą na poprawę? Czy zdarzy się cud i stan mojego zdrowia zmieni się na ten sprzed wypadku? Już miałem pisać odwołanie od decyzji określającej ten okres, ale zostało mi to odradzone. Sąsiadem który nie ma nogi był bardzo zdziwiony, że dostałem na dwa lata on dostaje już od paru lat na okres jednego roku. Na początku też się śmiał z tego, że może lekarze liczą, że noga odrośnie. Niestety w obawie o pracę nie mogę z niej w pełni skorzystać. Byłoby dla mnie wielką ulgą bym mógł pracować siedem godzin. Ale, który pracodawca chce mieć pracownika na tym stanowisku tylko na siedem godzin, a płacić mu za osiem? Nie wieżę w zapewnienia, że prawo tak mówi i nic się nie zmieni. Może nie od razu ale z czasem powoli bym był odsuwany tym bardziej, że nie mogę zostać w pracy ponad osiem godzin. Kto mi zagwarantuje, że gdy pracodawca dostanie taką informację od lekarza stopniowo nie będą chcieli mnie odsunąć i wziąć kogoś innego, bardziej dyspozycyjnego?

Wracając do mojej pasji, zamiłowania jak mógł bym nie wspomnieć o wizytach u psychologa? Podczas pierwszych wizyt pani wysłuchała mojej historii. Następnie kazała mi do następnej wizyty się zastanowić i podać kilka opcji zastępczych dla jazdy motorem, bym znalazł sobie inne hobby. Po przemyśleniu i dogłębnej analizie umówiłem się na 31.07.2012r.

W dniu 04.07.2012r. miałem komisję lekarską przeprowadzoną przez lekarzy wskazanych przez ubezpieczyciela. Do dnia dzisiejszego 25.07.2012r. nie otrzymałem jeszcze żadnej informacji jak ocenili stan mojego zdrowia. Po tej komisji uważam, że była to jedna wielka farsa. Nie wiem po co ja miałem się tam stawić, ponieważ w sposób kulturalny nie dopuszczali mnie do słowa i dyskutowali między sobą. Po pierwsze niebyło tam neurochirurga tylko neurolog, który podważył opinię dr Jaskulskiego, że uraz jaki doznałem powstał w skutek wypadku drogowego (co jest odnotowane w historii choroby) i uznał, że już wcześniej miałem mrowienie i drętwienie ręki. Skoro tak by było to nasuwa się pytanie czemu wcześniej mi to nie przeszkadzało, nie udałem się z tym do lekarza skoro w firmie takich specjalistów do konsultacji mamy za darmo i poza kolejnością zagwarantowanych umową na WAMie? Lekarze z komisji po tym stwierdzeniu zgodnie orzekli, że urazu kręgosłupa szyjnego nie będą brali pod uwagę. Z tego względu nie oczekuję, że zgodzą się z lekarzami z Komisji ds. orzekania niepełnosprawności Oddział Łódź-Wschód i raczej stwierdzą znikomy uszczerbek na zdrowiu. W tym miejscu nasuwa się jedno zasadnicze pytanie. Czy jeżeli biegli lekarze sądowi orzekną inaczej i uznają, że uraz ten powstał w skutek wypadku jakiego doznałem powinno się zgłosić to do rzecznika praw pacjentów? Skoro decyzje będą tak odmienne to przypadkiem nie jest to celowym zabiegiem mającym na celu uchronić ich pracodawcę, w tym przypadku firmę Generali, od poniesienia konsekwencji w postaci wynagrodzenia mi doznanych urazów powstałych w skutek niefrasobliwości ich klienta. Czy Ci lekarze nie powinni ponieść jakiejś konsekwencji z tego tytułu. Ile jest osób, które po takiej komisji odpuszczą, nie odwołają się, bądź nie skierują sprawy do sądu? Uważam, że to sprawcy kolizji drogowych, wypadków powinni nieść to brzemię i odczuć finansowo co zrobili, a nie osoby, które przez to ucierpiały.

Dziś jak to piszę jest 23.02.2012r. wiem, że nigdy nie zrezygnuję z jazdy motorem. Dużo osób niedowierza, gdy widzą jak wsiadam i jadę motorem. Pytają czy niczego mnie to nie nauczyło? Odpowiadam, że tak nauczyło mnie to jednej rzeczy - wszystkiego nie da się przewidzieć. By było lepiej, bezpieczniej na drogach, by nikt nie musiał cierpieć jak ja, powinna się zmienić mentalność ludzi. Czemu wszyscy pierwsze, co mówią o nas to „dawcy”? Oczywiście są idioci na motorach ale są też wśród kierowców samochodów. Czemu motocyklista musi przewidywać zachowania kierowców samochodów i innych użytkowników dróg, a oni są zwolnieni z myślenia i rozglądania się? Ile osób i rodzin musi ucierpieć by coś się zmieniło. Przecież na motorach jeżdżą wszyscy nawet lekarze, prawnicy i politycy.

Obecnie mogę jeździć na motorze tylko i wyłącznie w stabilizatorze szyjnym i z ochraniaczem na plecach. Tak poradzili mi prywatnie lekarze, z którymi rozmawiałem o następstwach wypadku. Nikt oficjalnie tego nie potwierdzi, bo najbezpieczniej było by po prostu przesiąść się na cztery kółka. Stabilizator, który zakupiłem został opracowany i stworzony przez dr Chrisa Leatta w celu zabezpieczenia odcinka kręgosłupa szyjnego poprzez drastyczne zmniejszenie ruchomości szyi. W moim przypadku jest to konieczne, gdyż moje ruchy szyją są bardzo ograniczone przez „koszyczek” jaki mam założony. Ubezpieczyciel w tym miejscu może podważyć konieczność jego zakupu uzasadniając to generowaniem zbędnych kosztów. Ale dla mnie jest to jedyna możliwość bym mógł świadomie bez narażania własnego życia jeździć na motorze. Oczywiście zakupione przeze mnie ochraniacze również zostały zakwalifikowane jako nieuzasadnione generowanie kosztów. Ale nie ma się co dziwić. W końcu według ich mniemania nie jest najważniejszy człowiek, lecz ich wynik finansowy.

W dniu 26.07.2012r. udałem się na ostatnią wizytę kontrolną po operacji kolana. Na wstępie po obejrzeniu i sprawdzeniu wiązadeł i ruchomości kolana, doktor nakrzyczał na mnie. Dlaczego? Otóż oberwało mi się za to, że skupiłem się na ćwiczeniach mięśni w domu a nie na siłowni. Usłyszałem, ze jeżeli nie podejmę ćwiczeń na siłowni to spotkam się powtórnie z doktorem na stole operacyjnym, tylko tym razem na wstawieniu implantu rzepki. Po wykonanej rekonstrukcji wiązadeł krzyżowych i plastyce kolana którą miałem zrobioną rzepka jest na tyle osłabiona, że bez bardzo mocnych mięśni się rozsypie. Stąd też zalecenie bym przez okres dwóch miesięcy chodził na siłownię poniedziałek, środa, piątek a później już tylko dwa razy w tygodniu. Rozumiem przez to, że jeśli chcę mieć swoją rzepkę muszę już ćwiczyć do końca życia lub do kiedy starczy mi sił i zdrowie pozwoli. A lekarze z Generali stwierdzili że moje faktury za wizyty w marcu to moje „widzimisię” przez co ubezpieczyciel nie powinien mi zwrócić pieniędzy. Czy to są lekarze? Powinno im się odebrać tytuły. Gdybym nie poszedł na ostatnią kontrolę, to bym zignorował siłownię. Wyszedł bym z założenia, że jest to zbędne bo jest w miarę dobrze. Przez co w przeciągu roku miałbym kolejną operację, tym razem rzepki. Słyszałem również, że basen jest dobry na mięśnie. Niestety w moim przypadku ja na basenie mogę już jedynie z dzieckiem w brodziku bądź na plecach popływać. Kraulem odpada nie mogę aż tak głowy odwrócić na bok, żabką również bo trzeba głowę do tyłu odchylić a też tego nie mogę na tyle zrobić.

Żona zaakceptowała moją decyzję i mój wybór. Jestem jej za to bardzo wdzięczny. Dwa tygodnie temu poprosiła mnie bym pokazał jej jak się jeździ na motocyklu, by mogła to poczuć i przekonać się czy faktycznie pokonywanie kolejnych kilometrów może sprawiać taką przyjemność. Ku jej zaskoczeniu odpowiedziałem, że niema takiej opcji, by wsiadła na motocykl bez prawa jazdy i zakończyłem rozmowę na ten temat. Oczywiście następnego dnia udałem się do szkoły nauki jazdy i zapisałem ją na kategorię A. Po powrocie do domu poinformowałem, że skoro chce dowiedzieć się jakie to jest uczucie i jakie są wrażenia to od 16.07.2012r. zaczyna kurs na prawo jazdy. Oczywiście nasłuchałem się, że jest to głupi pomysł bo ona chciała się tylko kawałek przejechać, a nie od razu robić prawo jazdy. W końcu udało mi się wytłumaczyć, że takie coś było by bardzo nieodpowiedzialne i nikt jej przecież nie każe kończyć tego kursu. Przebrnęła przez teorię i podstawy panowania nad motorem. W dniu gdy po raz pierwszy wyjechała na miasto stresowała się bardzo, ja zresztą też. Czekałem na placu na ich powrót i jej reakcje. Zazwyczaj jak kursant wraca z pierwszej przejażdżki jest przerażony i roztrzęsiony. A ona cieszyła się jak dziecko, po tym uśmiechu, który był widoczny z za szyby kasku wiedziałem, że będzie chciała ukończyć ten kurs, że poczuła to coś czego nie da się opisać. Czy ukończy kurs czy też nie w tej chwili niema żadnego znaczenia, ponieważ jestem pewny, że naprawdę mnie rozumie i wie co ja czuję.

Dziś 31.07.2012r. Byłem na ostatniej wizycie u pani psycholog. Niedowierzała, że mogę i chcę jeździć dalej na motorze. Na pytanie czy lęki i obawy mi już przeszły, odpowiedziałem tak i nie. Tak ponieważ już się nie obawiam jazdy jako jazdy na motorze. Nie, dlatego, że obawiam się innych użytkowników drogi, ponieważ ktoś może mnie znów nie zauważyć, bądź zignorować. Boję się jeszcze brzydkiej pogody. To ostatnie jest bardzo dziwne, przecież 05.09.2011r. była piękna pogoda, a opony jakie mam nawet jak jest mokro trzymają się asfaltu, jakby były do niego przyklejone. Bardzo pozytywnie zareagowała również na wiadomość, że brałem udział w wyjazdach doszkalających, by odzyskać wiarę w swoje umiejętności i pokonać strach, który się zagnieździł gdzieś we mnie. Uznaliśmy że to będzie nasze ostatnie spotkanie ponieważ resztę obaw muszę już samemu pokonać i zaufać w pewnym stopniu innym. Pomoc jaką otrzymałem jest nieoceniona i nie do opisania. Dzięki niej moje relacje z najbliższymi i otoczeniem diametralnie się poprawiły. Sądzę, że każdy po takim bądź podobnym przeżyciu powinien śmiało i bez najmniejszego wstydu udać się po pomoc do psychologa. Jest to trudne ale bardzo pomocne.

Dziś jest 17.09.2014r.  Nie pisałem gdyż do niedawna było "wszystko w porządku". Zmieniłem stanowisko pracy, niestety kosztem rodziny. Na własną prośbę zostałem zdegradowany ze Specjalisty Kierującego Zespołem Pracowników na technika. Na tą degradację czekałem prawie dziesięć miesięcy, gdyż dyrekcja nie chciała nawet o tym słyszeć. Oprócz stanowiska i możliwości awansu straciłem finansowo około 500 złotych miesięcznie. Lecz dzięki temu nie biorę tabletek na opiatach i nie muszę chodzić na jakieś masaże, prądy, pola magnetyczne itp. Jedynie pozostała siłownia na której jestem trzy razy w tygodniu.  Syn ma już pięć lat i przyzwyczaił się do faktu, iż tata jest ograniczony ruchowo i większość czasu bawi się z mamą. Jestem z niego dumny lecz boli fakt, że nie mogę z nim spędzać czasu aktywnie, jak niejeden ojciec. Moja aktywność fizyczna jest na siłowni na maszynach. Cały czas mówi o tym, by kupić mu motor. Może w przyszłym roku mu kupimy… Żona jest na „tak”, sama śmiga na Ducati. Ja niestety po ostatnich wydarzeniach już niestety nie wsiądę więcej na motocykl. Przez implanty straciłem w ostatnim czasie kilka razy przytomność . Teraz zostaje mi jedynie do samodzielnego podróżowania PKS i komunikacja miejska. Kiedyś  gdy usłyszałem dźwięk jakiegoś moto, to automatycznie się uśmiechałem teraz ściska coś w klatce piersiowej, a do oczu napływają łzy. Na razie nie ogarniam tego. I muszę sprzedać swą ERkę. Brakuje mi tego. To było moje życie pomimo, iż wiele osób  twierdziło, że jestem głupi, dawca itp. I co, mieli rację? Moim zdaniem nie. Gdybym miał możliwość cofnięcia czasu, jeździłbym na moto, tylko w tamtej sytuacji założyłbym, że kierowca tego auta jest ślepy i bez wyobraźni. Niestety przykład ten pokazuje że my, motocykliści… chociaż już nie powinienem tak pisać. Może powinno być tak: że wy motocykliści powinniście przewidywać takie sytuacje, a kierowcy aut powinni częściej używać wyobraźni i myśleć podczas jazdy. Niestety pierwsze wymuszenie tego pana dla mnie było tragiczne w skutkach. Zabrał mi wszystko, co było dla mnie najcenniejsze w życiu. Pasję, chwile z rodziną, karierę w pracy, zdrowie. Dużo osób pyta się ile dostałem odszkodowania, ja się pytam czy mogę za to pieprzone odszkodowanie którego de facto jeszcze nie dostałem, cofnąć czas. Sprawca tych zdarzeń nie jest świadom następstw swego czynu chyba, że sąd go wezwie na świadka. Ja go nie skarżyłem ze względu na jego wiek i stan w jakim był po tym zdarzeniu na miejscu wypadku. Mam nadzieję że ta historia da wszystkim do myślenia i oszczędzi komuś cierpień. Naprawdę zmieścicie się wszyscy na drodze, nie trzeba z zazdrości zajeżdżać drogi i te parę sekund nie zbawi cię kierowco auta by poczekać i nie zrobić komuś krzywdy…

Sebastian Rudnicki

Zdjęcia
Komentarze 21
Pokaż wszystkie komentarze
Dodaj komentarz

Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników portalu. Ścigacz.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Jeżeli którykolwiek z komentarzy łamie regulamin , zawiadom nas o tym przy pomocy formularza kontaktu zwrotnego . Niezgodny z regulaminem komentarz zostanie usunięty. Uwagi przesyłane przez ten formularz są moderowane. Komentarze po dodaniu są widoczne w serwisie i na forum w temacie odpowiadającym tematowi komentowanego artykułu. W przypadku jakiegokolwiek naruszenia Regulaminu portalu Ścigacz.pl lub Regulaminu Forum Ścigacz.pl komentarz zostanie usunięty.

Nasi fani komentowali
na górę