tr?id=505297656647165&ev=PageView&noscript=1 Podróżując po Himalajach - Royal Enfieldami do Polski NAS Analytics TAG
NAS Analytics TAG

Podróżując po Himalajach - Royal Enfieldami do Polski

Autor: Himalaya Expedition 2011.09.30, 14:10 6 Drukuj

strony: 1 2

Himalaya Expedition, to grupa kolegów, którzy polecieli do Indii, tam kupili sobie po Royal Enfieldzie i na nich mieli zamiar dojechać do Urzędowa w Polsce. Dlatego też wyprawa nazywa się „Drogą do Urzędowa”. Pierwszą część relacji z ich podróży mogliście już przeczytać na naszych stronach. Zakończyła się ona lawiną kamieni, która zaatakowała Przemka na jednej z dróg...

NAS Analytics TAG

Rano noga po wczorajszym zdarzeniu nie wyglądała ciekawie. Ból był bardzo silny, uniemożliwiał dalszą jazdę motocyklem, potrzebne jest szczegółowe badanie. Szukamy jakiegoś samochodu żeby zawiózł Przema do najbliższego szpitala. Jest chętny, 55 km i będzie wszystko jasne. Reszta ekipy do Almory jedzie motocyklami, jeden zostaje w miejscu noclegu, jutro go odbierzemy. Do szpitala docieramy na wieczór. Wstrzymany oddech i głęboka nadzieja że to tylko silne stłuczenie. Noga na stole do rentgena. Ciemno, zdjęcie, zmiana pozycji, ciemno, zdjęcie. Teraz czekamy na wynik badania. Lekarz znika w ciemni. Wszyscy z niecierpliwością czekają na opinię. Widać zaniepokojenie na twarzach. Myśli się kołaczą. Raz dobre raz złe. Wzrok zawieszony w dalekiej przestrzenni. Po kilku minutach, lekarz do swojego pokoju zaprasza Michała. On będzie musiał przekazać wiadomość Przemowi. Tylko jaką wiadomość? Najgorszy scenariusz jaki mógł się przytrafić. Złamana kość strzałkowa i awulsyjne złamanie wyniosłości międzykłykciowej!!

Chwilowy zawias. Smutne miny. Może pomyłka. Co dalej? To nie tak miało być. Jedynie wyjście to gips i powrót do Polski. Koniec wspaniałej przygody. Trzeba się zastanowić co czynić. Czy reszta ma kontynuować, czy wszyscy kończą zabawę. Wiele rzeczy do rozważenia. Okazuje się że w szpitalu w którym robimy prześwietlenie nie ma ortopedy. Musimy przejechać do innego szpitala. Po krętych, dziurawych i wąskich ulicach Almory docieramy do drugiego szpitala. Tutaj natomiast okazuje się że ortopeda zakończył już swój dyżur, będzie dopiero jutro rano. Co za los. Odsyłają nas do trzeciego szpitala który znajduje się na 3 i 4. piętrze. Co w tym dziwnego? A to, że na 1 i 2. piętrze znajdują się normalne mieszkania i na początku szukając izby przyjęć w „szpitalu” trafiliśmy do jednego z nich. Kiedy odnaleźliśmy odpowiedni pokój, zastaliśmy w nim kilku młodych chłopaczków, którzy w niczym nie przypominają lekarzy. Po krótkiej rozmowie okazało się że i tutaj nie ma odpowiedniego lekarza. To jakieś fatum? Zdenerwowanie nasze wyraźnie wzrosło. Jak to możliwe, że w tak dużym mieście nie ma jednego szpitala z ostrym dyżurem. Z całego tego zamieszania wynikło to, że wróciliśmy do pierwszego szpitala, gdzie udało się załatwić nocleg dla całej ekipy. Na dowód tego, jak słabo funkcjonuje służba zdrowia w Indiach niech świadczą słowa wszystkich osób pracujących w szpitalach, z którymi rozmawialiśmy, żeby tutaj na miejscu opatrzyć nogę i jak najszybciej wracać do Polski dalej się leczyć, gdyż w Indiach usługi medyczne są mizerne i nie ma co ryzykować swojego zdrowia i życia. Za każdym razem wszyscy tak powtarzali. Obecnie priorytetem jest załatwienie jak najszybszego powrotu Przema do domu. W tym kierunku pomaga nam ubezpieczyciel i ambasada Polski w New Delhi.

Od czego tu zacząć. Niestety Przema nie ma już z nami. Złamanie wykluczyło go z dalszej jazdy. Od samego rana panowała ponura atmosfera. Każdy szwendał się z kąta w kąt. Poza tym załatwiliśmy sprawy powrotu do Polski. Ostatni uścisk. Przemo ambulansem udał się w kierunku New Delhi. Reszta ekipy jedzie dalej. Ta kwestia jak i wiele innych zostały ustalone przed wyjazdem. Także odbyło się bez rozmów „co dalej?”. Przez pierwszych kilka dni na pewno będzie inaczej. Będzie brakować czwartego „motocykla”. Trudno jedziemy dalej do samego Urzędowa. Musimy skorygować plany. Niestety nie pojedziemy już do Kashmiru, pozostało zbyt mało czasu. Poszwendamy się po niższych partiach. Przema motocykl pozostał 55 km przed Almorą. Poprosił nas żeby wysłać go do Polski, chce mieć pamiątkę z tej wyprawy.

Po południu Michał z Brysyją udali się po motocykl. W czasie brania lewego winkla, momentalnie na ich pasie pojawiła się ciężarówka. Motocykl jedzie 40 km/h. Michał zamyka oczy. Uda się. Brysyja wie, że się nie uda. Uderzenie w tylne koło ciężarówki. Michał przelatuje nad Brysyją. Noga, ręka, głowa, wszystko całe, jedynie kolano stłuczone. Żadnych kontuzji, jest dobrze. Po chwili zadaje pytanie. Brysyja, cały jesteś? Tak nic mi nie jest. Delikatne obtarcia i stłuczenia. Gdy siedzimy na ulicy próbując zrozumieć co się stało, podbiega wystraszony kierowca felernej ciężarówki. Pyta czy wszystko OK. Gdy zrozumiał, że nic się nam nie stało, wskoczył do kabiny ciężarówki i uciekł. Nie zdążyliśmy spisać tablic rejestracyjnych. Ale czy by to coś dało? To Indie, pewnie musielibyśmy poświecić ogrom czasu, żeby coś osiągnąć w tej sprawie. Szacowanie strat. Brysyja spojrzał okiem specjalisty na Royala i mało się nie rozpłakał. Cały przód do wymiany. Koło, lagi, lampa, kierownica. Nic się nie nadaje. A tak o niego dbał. W ciągu trzech dni zdarzyły się dwa poważne wypadki. Co za okres. Co teraz? Trzeba szukać części zamiennych, naprawić i dalej przygoda. Chwilę odpoczęliśmy. Złapaliśmy ciężarówkę, włożyliśmy rozbity motocykl na pakę i powrót do Almory w poszukiwaniu mechanika. Jazda ciężarówką po górach to również ciekawe przeżycie. Ów samochód wyładowany był kamieniem. Pod górę kierowca jechał na pół sprzęgła gdyż silnik nie wyrabiał, zaś z góry hamulce niemal płonęły. W pewnym miejscu zatrzymaliśmy się na herbatę. Kierowca wypił czai, zapalił jointa z haszyszu. Trochę przeraziliśmy się. Pytam. Palisz haszysz i jeździsz po tak niebezpiecznych drogach. Uśmiechnął się i rzekł - no Problem. Wieczorem dotarliśmy do Almory, zostawiliśmy motocykl w garażu u gościa i ruszyliśmy do hotelu podzielić się wydarzeniami z Arturem. Jutro wielka harówka. Trzeba pojechać po Przema motocykl, drugie podejście oraz szukać części do rozbitego motocykla.

Po spokojnej nocy, chociaż Brysyja nie za bardzo się wyspał, poranna pobudka i do dzieła. Brysyja zaczyna rozbierać zniszczony przód motocykla. W tym czasie Artur z Michałem jednym Royalem wyjeżdżają po motocykl Przema. Drugie podejście. Kilometry szybko ubywają. Droga sucha można dobrze pocisnąć, a i kierowca świetnie sobie radzi na krętych drogach gór, jak sam twierdzi „lubi zapier...”. Na jednym z winkli delikatny uślizg tylnego koła, to może oznaczać jedno - kapeć. Stoimy w szczerym lesie, żadnych narzędzi. Wybraliśmy się w drogę bez niczego: kluczy, zapasowej dętki, pompki. To wszystko przez pośpiech. Jak widać, nie popłaca. Jeszcze musimy się wiele uczyć. Zatrzymujemy samochody licząc na pomoc, nic z tego. Po jakimś czasie zatrzymujemy motocyklistę. Ten dzwoni po kolegę który zjawia się pick upem. Pakujemy Royala na pakę i jedziemy do wulkanizacji. Michał – z racji tego, że mój wujaszek od kilkunastu lat prowadzi wulkanizację, to trochę obyty jestem z tym tematem. Rozebraliśmy koło, okazało się że stara łatka się odkleiła a pod nią 3 centymetrowa dziura. Co robi wulkanizator? Bierze igły i nici i zaczyna ją zaszywać! Patrzymy z Arturem na do wydarzenie z osłupieniem. Zszywa dziurę. WOW. Michał - Pamiętam początki działalności wuja, również były archaiczne, ale żeby stosować taką metodę naprawy... Później było już lepiej na zszyte miejsce przyłożył materiał z gumy i specjalną maszyną zgrzał go razem z dętką zaklejając dziurę. W czasie sprawdzanie dętki w wodzie okazało się, że jest jeszcze druga dziurka, drut wszedł w oponę. Po tej godzinnej przerwie na naprawę kapcia ruszyliśmy w dalszą trasę. Udało się dojechać do celu już bez przygód. Zjedli obiad, odebrali motocykl i w drogę powrotną do Almory. Tempo ekspresowe, widocznie spragnieni jazdy. Niestety nie wszystkie części udało się skompletować do Brysyji bryki, brakujące elementy mają być dopiero jutro. Wieczór przeznaczamy na chill out.

Udało się skompletować i złożyć do kupy Royala. Niestety wynikły duże problemy z wysyłką Przema motocykla. Osoba która wcześniej zaoferowała się pomóc, w ostatniej chwili się wycofała. Obeszliśmy kilka firm w Almorze zajmujących się transportem, żadna nie wyraziła zainteresowania, mimo że oferowaliśmy bardzo dobrą kasę. Zostawiamy go w Almorze, będziemy szukać innego rozwiązania.

Kolejne kilometry, kolejne krajobrazy, kolejne doznania. Czy nadal jest tak samo? Wszyscy czują, że nie. Trudno się odnaleźć. Trzy to nie cztery. Nadal pozostał jeden cel - dojechać do Urzędowa. Wszyscy to sobie założyliśmy.

Jesteśmy w Shimly. Przez ostanie trzy dni dzień w dzień przejeżdżaliśmy ponad 200 km niezależnie od terenu. Lada moment minie pierwszy miesiąc. Dla niektórych to pierwsza w ogóle wyprawa, dla niektórych tak długa, dla pozostałych normalność. Pojawiają się pierwsze pytania o sens tego, co robimy. Zmęczenie fizyczne i psychiczne daje o sobie znać. Problemy, stres, gorąco, deszcz, ostre jedzenie, niebezpieczna jazda, presja. To wszystko miesza się w głowie. Największe problemy ma Brysyja. Dla niego jest to duże oderwanie od rzeczywistości. Sam przyznaje, że nie jest łatwo. Pięknie grzmi za oknem, niebo co chwilę przecinają wyładowania atmosferyczne. Przez te ostanie trzy dni każdy zapamiętał obrazy, których nie można przedstawić na papierze. Widzisz? Przyjedź i zobacz.

Całą noc padało, dla nas to nie miało żadnego znaczenia, bo spaliśmy w hotelu. Gorzej, że taka sytuacja trwała do południa więc dłużej pospaliśmy jak nigdy. W delikatnym deszczu ruszyliśmy w kierunku Manali. Ślisko, mnóstwo kamieni na drodze, kilometry ubywały powoli. Z czasem pogoda się poprawiała, błysnęło słońce, można było przyspieszyć. Zmierzając w kierunku Manali, z każdym kilometrem sceneria stawała się coraz atrakcyjniejsza. Droga wiodła wzdłuż doliny rzecznej ukazując swoje całe piękno. Prędkość turystyczna 40 km/h czerpanie radości z tego, co oko chłonie. Wysokie, strzeliste góry, palmy rosnące na zboczach, warto płynąca rzeka szlifująca skały, zagubione domki i świątynie wysoko na zboczach w chmurach, kipiące wodospady, wysoko nad górami kołujące ptaki, cisza, harmonia i spokój, przerywany rykiem ciężarówek wyrzucających tumany czarnych spalin podążającej powolutku do góry. Gdzie jest Green Peace, ja się pytam? Ciemne pojedyncze światła daleko, wysoko na zboczach, życie przygasa do jutrzejszego poranka. Nocleg pośród ogromnych kamieni na tarasie zalewowej spienionej rzeki Bees. Niekończący się szum. Okazja do prania i mycia, chociaż woda piekielnie zimna. Płynie tutaj z topniejących śniegów najwyższych partii Himalajów. Na wyprawie nigdy nie ma lekko. Minął kolejny dzień.

Mimo że wyjechaliśmy koło południa. udało się nawinąć niemal 200 km. Czemu tak od początku nie szło? Popełniliśmy kilka poważnych błędów. Zaufaliśmy na słowo sprzedawcy, że nasz sprzęt jest „good condition”. Jak wiadomo dwie sztuki padły w bardzo krótkim czasie po opuszczeniu Delhi. Po ich naprawie motocykl szwankował, non stop problemy. Chodzi o motocykl Przema. Z tym egzemplarzem jest coś nie tak. Może to dla niektórych dziwnie zabrzmi, ale uważamy że ciąży nad nim fatum. W momencie zakupu miał na kierownicy przewiązany czarną materiałową wstążkę. Indie są krajem symboli, także to coś znaczy. Druga rzecz, że ten motocykl na okrągło się psuł, co powodowało ciągłe postoje i nie potrzebne zdenerwowanie. Kolejno był problem z przyjechaniem nim do Almory, felerny wypadek Michała i Brysyji w drodze po niego. Kiedy znalazł się już w Almorze, nikt nie chciał go nawet za dobre pieniądze zawieź do Delhi żeby wysłać do Polski. Czy to się uda? Stwarzał ogrom problemów, powodował że sam Przemo tracił do niego cierpliwość. Raz nawet rzucił kaskiem „pier... złom”. Jednak to nie sprawiło, że motocykl nagle zaczął jechać.

Michał. „Uraz kolana po wypadku okazał się poważniejszy, niż w pierwszym momencie myślałem. Powstała dziwna narośl na kolanie, noga do kostki mi puchnie w czasie jazdy. Problem jest przy zsiadaniu z motocykla. Nic mi z tego jadę dalej. Nasuwają mi się tu słowa piosenki śpiewanej przez Grechutę: „I ten upór żeby powstać i znów iść i dojść do celu”. Do celu, do Urzędowa.”

Księżyc w pełni. Swoim odbitym światłem podświetla różnobarwnie chmury. Wokół wysokie góry poprzykrywane płatami śniegu, z których sączy się woda tworząc setki wodospadów większych i mniejszych. Litą skałę która buduje te góry w niższych partiach pokrywa skąpa roślinność, głównie trawy, na których miejscowa ludność wypasa owce i kozy. Koło południa znaleźliśmy się w Manali. To tu rozpoczyna się słynna „podniebna autostrada” Manali-Leh. Niemal 500 km po najwyższych partiach Himalajów. Słynie z tego, że roztaczają się niesamowite widoki na najwyższe góry świata. Z drugiej strony jest bardzo niebezpieczna. Często nie ma asfaltu, drogą płynie woda, czasami bardzo głęboka, momentami całą szerokością, wartko, leży mnóstwo kamieni, tworzą się ogromne kałuże, na zboczach powstają osuwiska, nie ma żadnych zabezpieczeń. Po drodze nisko w dolinach można ujrzeć wraki samochodów. Wyjazd z Manali okazał się horrorem. Co parę metrów stawaliśmy na kilkanaście minut w korkach. Droga jest tak wąska że trudno wymijać w szczególności, gdy jadą autobusy i ciężarówki. Czy tak będzie na całej autostradzie? Kołatało się pytanie. Miejmy nadzieję, że nie. Z czasem ruch był coraz mniejszy, coraz więcej serpentyn, coraz wyżej, coraz pięknej. Stan drogi z każdym kilometrem pogarszał się, woda, kamienie i błoto. Ale w jakiś sposób czerpało się radość z pokonywania tych trudności. Po drodze na przełęcz zmuszeni zostaliśmy jak i inny uczestnicy tej autostrady na godzinny postój. Ciężarówka utknęła w błocie, tarasując przejazd.

  NAS Analytics TAG


NAS Analytics TAG
Zdjęcia
altanka
chlopak miejscowy
ciezarowka w blocie
droga do urzedowa
dwie rzeki lacza sie
dzieci i narzedzia
himalaya expedition
kanion
kawka
menu snacks
miasto na zboczu
mycie sie
naprawa detki
okocim w indiach
osiolek
plasowyz
podniebna autostrada
zespol regionalny
PRZEMO ZDROWIEJ
zza szyby naklejka
Wypadek motocykl ciezarowka
roboty
Komentarze 4
Pokaż wszystkie komentarze
Autor:Hazza 01/10/2011 15:51

ile daliscie za te rojale?

Odpowiedz
Dodaj komentarz

Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników portalu. Ścigacz.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Jeżeli którykolwiek z komentarzy łamie regulamin , zawiadom nas o tym przy pomocy formularza kontaktu zwrotnego . Niezgodny z regulaminem komentarz zostanie usunięty. Uwagi przesyłane przez ten formularz są moderowane. Komentarze po dodaniu są widoczne w serwisie i na forum w temacie odpowiadającym tematowi komentowanego artykułu. W przypadku jakiegokolwiek naruszenia Regulaminu portalu Ścigacz.pl lub Regulaminu Forum Ścigacz.pl komentarz zostanie usunięty.

Nasi fani komentowali

Polecamy

Aktualności

NAS Analytics TAG
reklama
NAS Analytics TAG

sklep Ścigacz

    na górę