tr?id=505297656647165&ev=PageView&noscript=1 Drogą do Urzędowa 2011 - przez Indie do Nepalu Triumph Tlo premium Tiger prawdziwa przygoda 08-03
2019 05 Motul Afryka Tlo Premium
NAS Analytics TAG

Drogą do Urzędowa 2011 - przez Indie do Nepalu

Autor: Himalaya Expedition 2011.09.05, 14:53 4 Drukuj

Pamiętacie wyprawę „Drogą do Urzędowa”? Na stronach Ścigacz.pl już pisaliśmy, że chłopaki ruszają w trasę oraz zamieściliśmy wrażenia z pierwszych kilometrów. Teraz zapraszamy was do pełnej relacji z całej wyprawy! Przed wami pierwsza z kilku części opowieści:

Pornik! Pornik nie z tej ziemi. 17. maja 2011 rok, New Delhi. Wiatrak przy suficie daje delikatną ochłodę studząc powoli emocje pierwszego dnia. Wszyscy mocno zmęczeni wylegują na wyrkach. Ostatnie 36 godzin obfitowało w mnóstwo emocji i wydarzeń. Wszytko rozpoczęło się już na lotnisku w Warszawie. Pożegnanie z przyjaciółmi i start. Międzylądowanie w Moskwie, tutaj bezkres sklepów bezcłowych z alkoholem, papierosami, małe zakupy, a jakby i po 5 godzinach wylądowaliśmy u celu podróży. Po wyjściu z terminalu lotniska podmuch gorącego, 30-stopniowego powietrza o czwartej nad ranem, o mało co z powrotem wepchnąłby nas do środka. Do centrum dojechaliśmy dopiero co oddaną do użytku nową linią metra. Po wyjściu ze stacji na ulicę przez kilka minut staliśmy jak wmurowani. Nie mogliśmy uwierzyć w to, co dzieje się na drodze. Przed wyjazdem oglądaliśmy w necie filmiki i słyszeli od znajomych, że na drodze panuje chaos, ale na żywo potęguje się to dziesięciokrotnie. Tutaj żadne przepisy ruchu drogowego nie istnieją. Każdy porusza się jak mu się podoba a na dodatek non stop słychać trąbienie. Naprawdę nie do wiary. Dopóki się tego nie zobaczy to człowiek nie jest w stanie sobie to wyobrazić.

Postanowiliśmy szybko znaleźć hotel. Mieliśmy kilka typów z przewodnika gdzie można w miarę za małe pieniądze zamieszkać w przyzwoitych warunkach. Przed wyjazdem naczytaliśmy się że dużo jest naciągaczy i postanowiliśmy że się nie damy zrobić w balona. Nie udało się. Tak już z nowicjuszami jest. Zamówiliśmy „taxi”, to dużo powiedziane. Zamiast zawieźć nas na ulicę na którą chcieliśmy to on dostarczył nas do hotelu o takiej samej nazwie i jeszcze nas dużo skroił. Zaczailiśmy dopiero po pewnym czasie, że jesteśmy w nieodpowiednim miejscu, kiedy już odjechał. Tylko uśmiech pozostał. Szukając jakiegoś noclegu w okolicy, Michał napotkał młodego chłopaka, który wskazał nam miejsce gdzie oferują w mirę przystępne ceny. Poza tym osoba, która załatwiła nam zakwaterowanie zaproponowała kilka dodatkowych możliwości spędzenia ciekawie czasu w Delhi, jak zwiedzanie miasta, najlepszy towar z Afganistanu i miłe towarzystwo wieczorem. Po zakwaterowaniu i krótkim śnie ruszyliśmy w miasto w poszukiwaniu motocykli. Pooglądali, powybierali i mamy pierwsze typy.

Dzień drugi. Główny nacisk tego dnia położyliśmy na znalezienie jak najlepszych motocykli w przystępnych cenach. Schodziliśmy dziesiątki komisów z Enfieldami. Poznaliśmy mnóstwo ludzi. Każdy zapewniał, że sprzedaje nam bardzo dobry sprzęt. Good condition. Szczególnie do gustu przypadł nam Bobby. Spędziliśmy u niego pół dnia, co zaowocowało zakupem aż dwóch Royali w jego „stajni”. Nasz mechanik, dr Bryszewski odbywał pierwsze jazdy wszelakimi Royalami po Karol Bagh testując sprzęt. Pierwszy raz w życiu jeździł w ruchu lewostronnym. Nieźle mu szło, czyli da się.

Dzień trzeci uważamy za bardzo udany gdyż udało się skompletować wszystkie 4 motocykle z całym osprzętem czyli lagami i stelażami na sakwy. Tutaj jest tak, że jeśli np nie podoba ci się bak, koło czy błotniki, to mówisz, i wymienią Ci na takie jakie chcesz. Wracając do domu postanowiliśmy uczcić sukces piwkiem. Zaszliśmy do sklepu z alko, a tam ogromna kolejka, trochę nas to zszokowało, bo podobno tutaj alkoholu się nie spożywa, jest problem z kupnem. Dochodząc do sklepu, ku naszemu zdziwieniu, właściciel owegoż przybytku podnosi ladę i wpuszcza nas na zaplecze sklepu. Zaskoczeni i z uśmiechem na twarzy walimy między regały. Niestety Hindusi muszą czekać w długiej kolejce. Jednak białych tu lubią i im ufają. Nawet w normalnej cenie nam sprzedali. Po browarku i do hotelu.

Pogoda normalna czyli 44º C w cieniu, ale dzisiaj było trochę łatwiej i „ulica” już tak nie szokowała jak wczoraj. Michał – „z racji tego że jeżdżę co nieco rowerem moją uwagę w Delhi szczególnie przykuwają rowerowe riksze. Jest mi bardzo żal tych ludzi którzy w ogromnym upale wożą pasażerów, często ponad 200 kg, za tak nędzne pieniądze. Z swojego doświadczenia wiem, co to znaczy ciągnąć za sobą bagaż, w moim przypadku malutki bo to tylko 20 kg i to już się czuje. Nie wiem dlaczego, ale patrząc na tych rikszarzy robi mi się bardzo smutno, bardzo mi ich żal.”

Tekst dzisiejszego dnia - „no maliren”. Rzekł Brysyja w momencie kiedy właściciel Royala, którego chcieliśmy kupić, zaproponował, że pomaluje bak gdyż był podrapany. Odkrycie dnia to sok kokosowy o smaku zielonych truskawek z solą i pieprzem jak stwierdził Brysyja. W rzeczywistości okazało się, że ten sok zrobiony jest z ananasów i cytryn.

19 maja. Dziś sprawy chcieliśmy dograć jak najszybciej żeby jutro wyruszyć z Delhi, ale wyszło jak zawsze, do samej nocy załatwialiśmy różne pierdoły. Cyrk rozpoczął się już z samego rana jak okazało się że nie możemy wypłacić wystarczającej ilości pieniędzy z bankomatu. Niestety maksymalnie naraz można pobrać 10000 Rupi, więc transakcję trzeba powielać wiele razy, a pieniądze ledwo mieszczą się w kieszeniach. Po południu byliśmy w posiadaniu trzech motocykli, jeszcze tylko jeden i pełny sukces. Szybkie poszukiwania i jest ostatni okaz. Jeszcze tylko formalności papierkowe i jazda. Pierwsza przejażdżka, pierwsze kilkaset metrów bardzo niepewne, lecz z każdym metrem coraz odważniej i pewniej. Będzie dobrze, jutro startujemy.

Piąta rano. Wreszcie nastał moment kiedy trasę zaczynamy przemierzać royalami. Szybkie zapakowanie całego mandżuru i w drogę. Wszyscy podjarani na maksa. Pół roku czekaliśmy na ten moment. Na sam początek oczywiście zgubiliśmy się w Delhi. Ledwo ujechaliśmy kilka kilometrów i zaczął szwankować Przema motocykl. A miało być już tak pięknie. Co kilka kilometrów postój i jedziemy dalej. Na dłużej zatrzymała nas burza piaskowa. Niezły czad. „Fruwający” wszędzie piasek, butelki, gałęzie, blachy z dachu. Po tych ekstremalnych doznaniach pomknęliśmy dalej. Pięknie się leciało, niezbyt duży ruch, droga dobrej jakości, jedynie brakowało ciekawych krajobrazów. Koło południa postanowiliśmy zajechać na szamę. Na parkingu ku zdziwieniu wszystkich okazało się że z Przema Royala kapie olej. To nie wróżyło nic dobrego. W momencie kiedy Brysyja grzebał w silniku, zatrzymał się chłopaczek i po krótkiej rozmowie zaoferował dobrego mechanika kilka kilometrów stąd. Rzeczywiście okazał się dobrym ekspertem. Co ciekawe miał około 12 lat. Przema silnik przeszedł generalny remont, natomiast pozostałe trzy maszyny delikatny lifting. Wierzymy, że złe karty odwrócą się i od jutra wszystko będzie zmierzać w dobrym kierunku.

Kolejny dzień w drodze. Coraz lepiej nam idzie. Usterki są coraz rzadsze i naprawa ich trwa krótko, także można nawijać kilometry. Pierwsze miasto, które co nieco zwiedziliśmy to Jaipur. Wjazd do centrum robi bardzo złe wrażenie. Tony śmieci, smród i totalna ruina. Na szczęście w centrum jest zdecydowanie lepiej. Kilka fot, parę słów do kamery i wyjazd za miasto w poszukiwaniu noclegu. Po ciemku trudno szuka się odpowiedniego miejsca na obóz. Tym razem szczęście dopisało i udało się rozbić w dobrych krzakach na płaskim dostępnym terenie.

Kolejnego dnia zwiedzamy Fathepur Sikri, 500-letnią twierdzę. Na przykładzie tego miejsca opowiemy jak działa „obsługa” białego człowieka w Indiach. Po pierwsze jeśli ktoś jest świeżak, czyli pierwszy raz tutaj i wcześniej nie zapoznał się z tym tematem, to na każdym kroku za każdym razem przepłaca za wszystko. Podstawa to targować się głównie jeżeli chodzi o środki transportu, czy w naszym przypadku zakup motocykli. Niemal na wszystkich produktach podana jest cena, także szukajcie jej i nie dajcie się wydymać. Będąc w Fatehpur cena wstępu wynosiła 400 rupii. Z tego faktu, że nie ma teraz sezonu turystycznego, także i tutaj można targować cenę. Dogadaliśmy się z przewodnikiem że oprowadzi nas wszystkich za 200 rupii. W czasie płacenia za usługę za wszelką cenę chciał nam wcisnąć że mamy mu zapłacić 800 rupii czyli 200 od łepka. Targowanie trwało kilka dobrych minut, aż w końcu zmiękł. Myślał, że trafił na białych frajerów. Jednak nic z tego.

Odwiedziliśmy jedno z najbardziej rozpoznawalnych miejsc na świecie, czyli Taj Mahal. Tu przewodnik zrobił nam dobrą cenę, chociaż trzeba było się dobrze targować. Samo miejsce robi duże wrażenie. Wszystko wykonane z dużym kunsztem. Na każdym kroku widać ogrom włożonej pracy. Zmieniliśmy dalszą drogę naszej podróży, gdyż nikomu nie chce się użerać z ludźmi, którzy w miejscach turystycznych i nie tylko chcą ci wcisnąć różnego rodzaju tandetne duperele. Chcemy jak najszybciej dojechać do gór i w spokoju, daleko od zgiełku poruszać się wzdłuż nich. Poza tym ogromnie męczące jest ciągłe trąbienie potężnych ciężarówek. Wczoraj wieczorem znaleźliśmy bardzo dobre miejsce na obóz, pomiędzy malutkimi drzewkami. Robiąc małe naprawy Royali znikąd zaczęli pojawiać się miejscowi. Po kilku minutach urosła ich spora grupka. Niestety nie pogadaliśmy z nimi po angielsku, nikt nie kontaktował. Była to bardzo interesująca sytuacja. Po jednej stronie grupka hindusów stojących naprzeciw nas bez słowa, a po drugiej stronie my białasy, przypuszczam że dla nich bardzo egzotyczni. Ciekawe o czym myśleli. Jak nas pojmowali. Czy są świadomi, że świat na Indiach się nie kończy...

Z samego rana podjęliśmy decyzję, że napiszemy tekst do gazety oraz wybierzemy kilka zdjęć. Po zebraniu wszystkich materiałów w najbliższym większym mieście w kawiarence internetowej wysyłamy materiały. W czasie logowania na maila znika światło. W Indiach to chleb powszedni. Bardzo często są przerwy w dostawie prądu, dlatego dużo ludzi ma agregat prądotwórczy.

Skromny posiłek i jedziemy dalej. Przejeżdżamy przez święty Ganges, robi wrażenie. Płynie bardzo szerokim korytem. Na środku rzeki znajduje się duża wyspa na której są słomiane chatki oraz uprawia się rośliny. Nieprawdopodobne. Zajeżdżamy na stację paliw dotankować motocykle. Okazuje się że mamy za mało kasy żeby zapłacić za benzynę. Przemo jedzie do miasta wypłacić kasę z bankomatu. Znika na 4 godziny. Siedzimy na stacji i snujemy domysły, co się mogło stać, że tak długo go nie ma. Na szczęście właściciel stacji jest bardzo sympatyczny i ciągłe wspiera nas zimnymi napojami, jest bardzo gorąco, nawet wiatraki nie bardzo dają radę schładzać pomieszczenie.

Po czterech godzinach w końcu telefon, Przemo mówi, że bankomat wciągnął mu kartę i że karta będzie do odebrania po kilku dniach, ponadto w tym mieście „biali” nie mogą wymieniać dolarów na rupie. Mamy problem - brak kasy i karty. Ta karta to jedyne źródło pozyskiwania pieniędzy! Jesteśmy zmuszeni pozostać w Kanpur. No cóż mus to mus.

Kiedy Przemo siedział załamany na schodach banku, podszedł do niego ktoś i przyłożył mu słuchawkę do ucha. W telefonie odezwał się głos „What happened?”. Wtedy Przemo wytłumaczył całą sytuację i udał się z tajemniczym gościem do jakiegoś nieznanego miejsca. Okazało się że jest to olbrzymi, piękny dom, a właścicielem jest bardzo zamożny producent siodeł dla koni. Po kilku minutach okazało się, że wszystko można i dolary wymienić i załatwić odbiór karty następnego dnia, jak mówią w Indiach „no problem...”.

Z racji tego, że musieliśmy czekać do jedenastej, nie wstawaliśmy wcześnie rano. Kwadrans przed 11:00 w hotelu zjawili się kolesiem którzy wczoraj pomogli Przemkowi w banku. I  tym razem służyli swoją pomocą. Po kilku minutach formalności karta odzyskana, duża ulgam bo byliśmy bez pieniędzy. Jeden z kolesi (wszyscy tutaj mają strasznie trudne imiona do zapamiętania) pracuje w szkole jako nauczyciel informatyki, więc proponuje. że oprowadzi nas po niej. Po kilku minutach zwiedzamy pracownię techniczną, elektryczną, informatyczną, salę gdzie dziewczyny uczą się projektować i szyć ubrania. Wszędzie wzbudzamy bardzo duże zainteresowanie. Całe wyposażenie owej szkoły zostało ufundowane przez francuskie ministerstwo. Na sam koniec odwiedzamy dyrektora, z którym uścisnęliśmy dłoń i wypiliśmy po coli. Oczywiście pozowaliśmy do mnóstwa zdjęć. Ostatni uścisk z koleżkami, którzy dużo nam pomogli i w drogę.

Wszyscy Hindusi z którymi rozmawiamy zadają nam 3 podstawowe pytania: Where are you from? What's your name? You have a girlfriend? Zafascynowało nas ostatnie pytanie. Dziś dowiedzieliśmy się czemu ono pada. Mężczyźni w Indiach mają problem ze znalezieniem dziewczyny. Spora część mężczyzn szuka kobiet poza granicami. Przypuszczamy. że jeżeli odpowiada się twierdząco to oni zazdroszczą?

Zadziwia bardzo dobry stan dróg. Zero kolein. Biorąc pod uwagę, że jeździ tutaj ogrom potężnych ciężarówek, asfalt jest perfekt. Czyli można budować dobre i wytrzymałe drogi! Powoli zbliżamy się do Nepalu. Teren całkowicie płaski zastępują najwyższe góry świata – Himalaje. Z racji tego, że mamy rożnego rodzaju problemy, czasami dopada nas zniechęcenie. Chociaż z drugiej strony rozwiązane problemy dodają sił. Chcielibyśmy jednak więcej godzin spędzać w siodle, gdyż daje to dużo radości. Michał – „czuję że coraz lepiej idzie mi jazda motocyklem. Mam coraz większe obawy czy będę dalej chciał jeździć rowerem. Oby tak. Oparzyłem sobie nogę o tłumik. Pozostała konkretna rana. Także pamiątka z wyprawy zachowa się na lata.”

Dla nas dużym problemem jest jedzenie. Niemal wszystko jest ostre i podobnie smakuje. Jakiekolwiek mięso trudno dostępne. W sklepach jedynie można kupić picie, chipsy i orzeszki. Marketu samoobsługowego jeszcze nie spotkaliśmy.

ekipa na trasie
ekipa zdjecia
fajny sprzet
fontanna slon
himalaya expedition
jazda na sloniu
jazda testowa
kapiec w detce
kierownice
miejscowi sie zebrali
nagrywanie filmu
naklejka honda
naklejka miejscowy
nakrycia siedzen
naprawa
nosorozec
obrazki
olej kapie
piwo everest
krzeslo transport

Polecamy

Aktualności

NAS Analytics TAG
reklama
NAS Analytics TAG

sklep Ścigacz

    na górę