Nepal Extreme Tour,czyli podró¿ motocyklami z Katmandu pod chiñsk± granicê
Czterech kumpli (Michał Czerniak, Jacek Głuchowski, Michał Pernach i Grzegorz Torba), cztery motocykle i jedno wielkie marzenie: przejechać przez najpiękniejsze, a zarazem najbardziej wymagające drogi Nepalu — z zatłoczonego Katmandu aż do himalajskich pustkowi Upper Mustang, regionu leżącego naprzeciw samej chińskiej granicy.
Ta wyprawa to 10 dni jazdy przez zatłoczone miasta, głębokie doliny, wiszące mosty, księżycowe krajobrazy i jedne z najwyżej położonych dróg świata.
Wyprawa planowana była ponad pół roku wcześniej, żeby nie umknęło nic z dużej ilości formalności i spraw organizacyjnych. Wchodziło w to: wybór wypożyczalni motocykli, znalezienie przewodnika (wymagany przy wjeździe do Upper Mustang), opłacenie tzw. permitów (500 dolarów za osobę), wyrobienie wiz na pobyt w Indiach (przesiadka się w New Delhi), ustalenie trasy, części noclegów, niezbędnego sprzętu. Wyzwaniem była organizacja bagażu. Biorąc pod uwagę, że część trasy będzie w bardzo niskich temperaturach, trzeba było zabrać ze sobą pełne zimowe ubranie zarówno codzienne, jak i motocyklowe. Zapakowanie tego na lekki motocykl enduro wymagało zaplanowania.
Samolot z Warszawy do New Delhi ok 8 godzin, potem 4 godziny na lotnisku i lot do Katmandu - stolicy Nepalu - niecałe 2 godziny.
Lądowanie w Katmandu już w ulewnym deszczu. W tłumie ludzi i pojazdów przed lotniskiem udało się po dłuższym czasie poszukiwań odnaleźć przewodnika Pandey Gabin - młody sympatyczny chłopak, który szybko okazał się bardzo dobrym kompanem.
Dzień 1 (31.10) - Katmandu → Pokhara: 9 godzin jazdy w ścianie deszczu
Pierwszy dzień wyprawy nie zaczął się łagodnie. Mimo ulewnego deszczu trzeba było ruszyć w drogę. Z hotelu do wypożyczalni było nie więcej niż 2 km, ale przez ogromny tłok w mieście przejazd zajął pół godziny. W wypożyczalni ekipa spędział godzinę, na pierwszym pakowaniu motocykli, ubieraniu się w sprzęt i deszczowe stroje. Trzeba był też połączyć cały zestaw Cardo.
To było 9 godzin jazdy w jednostajnym deszczu, bez momentu wytchnienia. Woda lała się spod kasków, spływała po kurtkach, wciskała wszędzie, gdzie tylko mogła. Drogi Nepalu i tak wymagające w suchych warunkach, w ulewie zamieniają się w chaotyczną mieszankę błota, kałuż po kostki, kamieni i ciężarówek, które nie zwracały na nikogo uwagi.
Przez Kakani i Nuwakot droga była pełna mgły i ograniczonej widoczności. Po wjechaniu na Prithvi Highway sytuacja wcale się nie poprawiła: śliska nawierzchnia, ruch lokalny,
wyprzedzające się autobusy, pojazdy bez świateł, a do tego niekończące się serpentyny prowadzące w dół nad przepaściami.
Najgorsze przyszło jednak na koniec. Ostatnie trzy godziny motocykliści jechali po zmroku, w tropikalnym deszczu i w warunkach, które w Europie byłyby po prostu nieprzejezdne — ale w Nepalu są "standardem". Rozświetlone odbicia świateł na mokrym asfalcie, oślepiające reflektory ciężarówek, potoki wody spływające przez jezdnię… wszystko składało się na jazdę, w której adrenalina miesza się z absolutnym skupieniem.
Wieczorem grupa dotarła do Pokhary. Zmęczona i doskonale świadoma, że to była dopiero rozgrzewka przed Himalajami.
Dzień 2 (01.11) - Pokhara → Beni → Jomsom: suche niebo, mechaniczne wyzwania i wiszący most
Pierwsze promienie słońca wstały nad pierwszym widokiem Himalajów a deszcz z pierwszego dnia na szczęście odpuścił. Ekipa wsiadła na maszyny w Pokharze pełna nadziei na lepszą pogodę i sprawniejsze tempo. Pod hotelem przewodnik musiał jeszcze zmienić klocki hamulcowe w jednym z motocykli. Pracownicy hotelu pokazali się jako niezwykle pomocni: dopinali bagaże, pomagali z narzędziami, robili zdjęcia całej grupie, co dodało rozluźnienia przed startem.
Na trasie pojawiła się jedna z najciekawszych atrakcji podróży: Kushma‑Gyadi Suspension Bridge (często nazywana Khareya-Gyadi - nazwy lokalne mogą się różnić), wiszący most o rozpiętości około 344 metrów i zawieszony nad przepaścią 117 metrów ponad dnem rzeki. Przekraczanie takiego mostu na motocyklu to nie lada wyzwanie: wąska konstrukcja, wisząca platforma, a dookoła tylko przepaść i wiatr. Motocykl, pełen bagażu, musiał być prowadzony bardzo ostrożnie — nie było miejsca na swobodną jazdę. Ruch i wahania powodowały bujanie mostu, a każdy podmuch wiatru dawał poczucie latania.
Po emocjonującym przejeździe mostem grupa dotarła do Beni na obiad. Atmosfera była niezwykle przyjazna — dzieci z pobliskich wiosek podchodziły do motocykli, robiły sobie wspólne zdjęcia pytając o trasę i sprzęt.
Kolejnym formalnym punktem dnia był checkpoint - punkt kontrolny, gdzie trzeba było pokazać permity, czyli oficjalne zezwolenia na wjazd do obszaru chronionego Annapurna Conservation Area. Policja sprawdziła dokumenty, motocykle zostały odnotowane, a przewodnik upewnił się, że grupa ma wszystko zgodnie z przepisami na wjazd w wyższe partie wyższych Himalajów.
Ten dzień, choć pozbawiony ulewy z dnia poprzedniego, wcale nie był prosty — był pełen technicznych wyzwań, wysokich podjazdów i zaangażowania na trasie.
Ten odcinek, to ok. 200 km jazdy częściowo asfaltem i offroad.
Dzień 3 (02.11) - Jomsom, Marpha i wjazd w górę doliny Kali Gandaki
Z Jomsom ekipa wyruszyła z samego rana, a słońce nieśmiało odbijało się od ośnieżonych szczytów Himalajów. Na rozruch — w gościnnym hotelu Holiday Camp, położonym wzdłuż drogi F042 wzdłuż rzeki Kali Gandaki — chłopaki popijali kawę z widokiem na miejsce zwane Titi Lake. To jezioro leżące na wysokości około 2 679 metrów n.p.m., w dolinie Mustangu, stanowiące ostoję przyrody i punkt widokowy na masyw Dhaulagiri. Wraz ze wzrostem wysokości powietrze stawało się chłodniejsze — temperatura nie przekraczała 10 °C.
Wyruszając dalej, pierwszym dużym przystankiem była malownicza wioska Marpha leżąca na wysokości około 2 650 m n.p.m. w dolinie Kali Gandaki. Kamienne uliczki, sklepy z lokalnymi przetworami (słynne jabłka Marphy!) oraz kawiarnia, w której zatrzymali się na kawę i chwilę rozmowy z miejscową młodzieżą. Było to idealne miejsce na krótką przerwę, przed tym, co czekało wyżej.
Dalej droga wiodła w górę — coraz wyżej, coraz węziej, coraz trudniej. W okolicach Thinigaun grupa natrafiła na pasące się Jaki — symbol górskiego świata, który już się nieco oddala od zwykłej cywilizacji. Potem dotarli do punktu widokowego Yharu‑Zho Viewpoint (ok. 3.750 m n.p.m.) — moment wręcz epicki: panorama ogromnych łańcuchów Himalajów na wyciągnięcie ręki, spojrzenie z góry na Jomsom i widok na długi pas startowy portu lotniczego Jomsom.
Choć widoki zapierały dech, to trasa nie odpuszczała. W pewnym momencie załoga wjechała w fragment drogi pokryty gliniastym błotem, który wyglądał niewinnie, ale okazał się znacznie głębszy niż się wydawało. Motocykle ugrzęzły, błoto sięgało niemal do silników. Część osób przewróciła się a bagaże osiadły w brunatnej mazi. Wyciąganie sprzętu zajęło około 40 minut. Wszyscy byli od stóp do głów umazani, ale czuło się sens wyprawy.
Na koniec dnia docierają do celu — miasteczka Muktinath. Zakwaterowali się w pięknie położonym i komfortowym hotelu The Face Resort. Zasłużona nagroda za kąpiel w błocie. Po szybkim rozpakowaniu ruszyli na kolację. Trafił się klimat totalny, czyli lokal Rasta Restaurant & Reggae Bar w hotelu Bob Marley. Palące się lampki, reggae w głośnikach, dobre jedzenie, śmiechy i opowieści. Gdy wrócili do hotelu — pieszo ok. 100 m i kilka schodów — spotkała ich przykra niespodzianka. Pierwsze objawy choroby wysokościowej — trudności w oddychaniu i bóle głowy dawały znać, że będą musieli słuchać ciała, nie tylko maszyn.
Tego dnia ekipa przejechała ok 90 km.
Dzień 4 (03.11) - do opisania
To był dzień zwiedzania okolicy a przy okazji odpoczynek od kolejnej całodniowej jazdy. Rano była wizyta w pobliskiej świątyni, gdzie nie zabrakło kolejnego ekstremalnego doświadczenia. Muktinath to jedno z najświętszych miejsc Nepalu, położone wysoko w Himalajach, gdzie od wieków spotykają się tradycje hinduistyczne i buddyjskie. Świątynia słynie ze swoich naturalnych źródeł i lodowatej wody spływającej prosto z górskich zboczy, która według wierzeń oczyszcza ciało i duszę pielgrzymów.
Najbardziej charakterystycznym elementem kompleksu jest długi mur ze 128 kranami ustawionymi w równym szeregu. Obmywanie się pod nimi to rodzaj rytuału przejścia — pielgrzym idzie powoli wzdłuż ściany, lekko pochylony, a z każdego kranu spada na głowę lodowata, święta woda.
Po wyjściu spod kranów rozpoczyna się drugi etap rytuału, czyli zanurzenie w niewielkich kamiennych zbiornikach. Schodzi się do nich po kilku stopniach, kuca w lodowatej wodzie i zanurza głowę, po czym przechodzi do kolejnego, identycznego baseniku. To symboliczne "zmycie" wszystkiego, co trudne — duchowa i fizyczna próba, którą wielu pielgrzymów traktuje jako oczyszczenie i odrodzenie.
Po lodowatej kąpieli przewidziana była wycieczka na górski punk widokowy, ale po kilku kilometrach pękła linka gazu w jednym z motocykli i po szybkiej tymczasowej naprawie, trzeba było wrócić do hotelu.
Dzień 5 (04.11) - Z Muktinath do Chhusang: paliwo w butelkach, górskie pustkowia i najtrudniejszy nocleg wyprawy
Dzień zaczął się od opóźnienia. Wydłużał się czas oczekiwania na linkę gazu zerwaną poprzedniego dnia. Linka jechała autobusem do pobliskiego miasta. W Muktinath, na wysokości ponad 3.700 m, każdy ruch jest cięższy, a że ekipa wymeldowała się już z hotelu, naprawa była robiona w pełnym rynsztunku. W końcu udało się przywrócić motocykl do życia i ruszyć na trasę.
Pierwszy dłuższy postój zrobili w Kagbeni, bramie do Upper Mustangu. I tu zaczęła się prawdziwa himalajska logistyka paliwowa. Skończyły się klasyczne stacje benzynowe — paliwo sprzedawane jest w małych sklepach, w plastikowych litrowych butelkach. Każdy bierze po kilka butelek, przelewa do baku, a potem znowu jedzie dalej z nadzieją, że starczy do następnej osady. Od tego etapu paliwo staje się dobrem strategicznym — stan baku trzeba kontrolować jak tętno w strefie śmierci. W Himalajach nie ma marginesu błędu.
Dalej droga prowadziła przez pustynny, pomarańczowo-szary krajobraz Upper Mustangu — wyschnięte klify, osuwiska, mosty z metalowych kratownic i słynne odcinki wspinające się serpentynami. To tutaj zaczyna się prawdziwe "królestwo Lo", gdzie każdy zakręt wygląda jakby wyrzeźbił go wiatr, a każda dolina wydaje się opuszczona od wieków.
Ostatnie kilometry tego dnia okazały się dużo trudniejsze niż ktokolwiek zakładał. W jednym z motocykli pękła dętka. Nie było wyboru — trzeba było jechać bardzo delikatnie, żeby w ogóle dotoczyć się do Chhusang. Każdy kamień, każdy dołek mógł oznaczać koniec jazdy w zupełnie niewłaściwym miejscu.
Gdy dotarli do Hotelu Mustang Gate & Restaurant, zaczęła się walka z czasem i zmęczeniem. Trzeba było zdjąć koło i wymienić dętkę. Bez odpowiednich narzędzi, na klepisku, pod hotelem, który... z hotelem miał niewiele wspólnego. Motocykl trzeba było podnieść na ogromny fragment wyrwanego pnia, który jeden z mieszkańców przyniósł jako "podnośnik terenowy". Sama wymiana dętki zajęła ponad godzinę — dłonie grabiały od zimna, a wysokość i zmęczenie nie ułatwiały pracy.
Kiedy w końcu udało się zakończyć naprawę, weszli do swoich pokoi… i zrozumieli, że to będzie najtrudniejsza noc wyprawy. "Hotel" okazał się nazwą czysto symboliczną. Pokoje miały drewniano-słomiane sufity, brak ogrzewania, brak łazienek. Toalety znajdowały się na zewnątrz, z lodowatą wodą, którą ciężko było nawet nabrać gołą ręką.
Tego wieczoru temperatura spadła gwałtownie. Motocykliści spali w pełnym ubraniu, w czapkach, trzęsąc się z zimna, brzęcząc zębami jak w zimowym biwaku, a nie w pokoju. To były najbardziej ekstremalne warunki pobytowe podczas całej wyprawy. Ten dzień na zawsze zapisał się jako moment, w którym Upper Mustang pokazał swoją surową, bezlitosną twarz.
Łącznie motocykliści pokonali około 55-60 kilometrów, ale były to jedne z najtrudniejszych 60 kilometrów całej wyprawy. Wąskie, kamieniste drogi, serpentyny, strome zjazdy i dojazd na kapciu, który wymagał maksymalnego skupienia i ostrożności.
Dzień 6 (05.11) - Wjazd do "Królestwa Lo": Charang → Shree Luri Monastery → Lo Manthang
Szósty dzień przywitał ich chłodnym, ale słonecznym porankiem. Wysokogórskie powietrze budziło zmysły, a niebo było niemal bezchmurne.
Start nastąpił w dynamicznym stylu. Na krętych, kamienistych i wąskich drogach prowadzących w górę doliny ruszyli przez wioskę Chhusang i dalej w stronę widokowego punktu Chhusang View Point — pierwszy prawdziwy podjazd w tym dniu. Widoki stawały się coraz bardziej spektakularne. Surowe ściany canyonu Kali Gandaki, piaskowo-pustynny krajobraz Mustangu i lśniące szczyty na horyzoncie.
Kolejny przystanek w miasteczku Charang. Malownicze, kamienne domy, sielska atmosfera, moment na wydech i szybkie spojrzenie na mapę. Stąd ruszyli w stronę jednego z najbardziej wyjątkowych miejsc całej wyprawy: klasztoru Shree Luri Monastery, znanego również jako Luri Gompa, wykutego w klifach. Luri Gompa znajduje się w gminie Lo Ghekar, w rejonie Upper Mustang. Jest wykuta w skalnych ścianach, pochodzi z XIII-XIV wieku i posiada bogate malowidła ścienne oraz znaczenie duchowe dla regionu. Wizyta tam dała chwilę zadumy, spokoju i kontaktu z kulturą, która nie uległa szybkim zmianom.
Wreszcie! Came the moment, którego wszyscy wyczekiwali. Dotarcie do celu nepalskiej wyprawy — Lo Manthang, murunowanego miasta-królestwa na krańcu Mustangu, gdzie granica z Tybetem zdaje się być o jedno zakręcenie dalej. Po emocjach i wzniosłych widokach grupa zameldowała się w hotelu Mandala. Wygodne i wyjątkowe miejsce na nocleg, zasłużony po dniu pełnym wspinaczki i jazdy w porywistym wietrze.
Łącznie tego dnia motocykliści pokonali około 35-40 kilometrów, ale w warunkach Upper Mustangu to dystans znacznie trudniejszy niż jakiekolwiek 40 km w normalnych górach. Wąskie, kamienne trawersy, ostre podjazdy i liczne serpentyny sprawiły, że każdy kilometr wymagał pełnego skupienia.
Dzień 7 (06.11) - Lo Manthang i okoliczne pustkowia: jaskinie, opuszczone wioski i najbardziej niebezpieczna sytuacja wyprawy
Dzień rozpoczął się spokojnie, choć w powietrzu czuło się już himalajską surowość. Poranek był chłodny, ale słoneczny, a z hotelu Mandala cała ekipa wyruszyła pieszo, żeby zobaczyć Lo Manthang od środka.
Lo Manthang - ostatnie tybetańskie królestwo
Lo Manthang to miejsce absolutnie unikalne. Położone na wysokości 3 820 m n.p.m., otoczone murami, zamieszkane przez zaledwie 800-900 osób, które żyją tu w rytmie zbliżonym do tego sprzed setek lat. Białe domy z gliny, czerwone klasztory, pałac królewski z XV wieku, styl życia niemal nietknięty globalizacją. Mieszkańcy Lo Manthang posługują się językiem Lowa, odmianą tybetańskiego, a kultura, stroje i religijne zwyczaje mają charakter czysto tybetański, nie nepalski. To jedno z ostatnich miejsc, gdzie można zobaczyć dawne Królestwo Lo w oryginalnej formie.
Grupa przeszła wąskimi uliczkami, odwiedziła lokalne sklepy, klasztory i mury obronne. To miejsce ma w sobie magię, jakby czas zatrzymał się tu przed wiekami.
Samjhong - opuszczona wioska na końcu świata
Po krótkim spacerze motocykliści odpalili maszyny i ruszyli w stronę Samjhong — opuszczonej, odizolowanej wioski leżącej wysoko na płaskowyżu. Dawniej zamieszkana przez społeczność pasterską, dzisiaj jest niemal całkowicie pusta. Kilka zrujnowanych domów, kolorowe flagi modlitewne, cisza tak głęboka, że słychać własny oddech. Nie ma tam sklepu, drogi, infrastruktury — tylko gigantyczna przestrzeń Mustangu.
Przejazd korytem wyschniętej rzeki
W drodze do kolejnego punktu ekipa musiała przejechać odcinek prowadzący korytem częściowo wyschniętej rzeki.
To był jeden z bardziej wymagających technicznie fragmentów. Grząski, piaszczysty teren, duże, luźne kamienie, płytkie, ale szybkie strumienie, brak jakiejkolwiek wyznaczonej trasy. Każdy błąd mógł skończyć się solidną wywrotką. Tutaj naprawdę zaczęły liczyć się doświadczenie, pozycja stojąca, balans i kontrola gazu.
Zhong Cave - jaskinie wykute w pionowych klifach
Następnie dotarli do Zhong Cave — jednego z najciekawszych miejsc w całym Mustangu. To system jaskiń wykutych w pionowych ścianach klifowych, wykorzystywany od setek lat jako schronienie, magazyny, a nawet grobowce. Wnętrze składa się z kilku poziomów, wąskich przejść, półek skalnych i otworów okiennych z widokiem na dolinę.
Na dole ekipa spotkała grupę lokalnych dzieci — uśmiechniętych, ciekawych motocykli i chłopaków, chętnie pozujących do zdjęć i przybijających piątki. Ta beztroska energia kontrastowała z surowym krajobrazem dookoła.
Posiłek w Lo Chhoser
Po zwiedzaniu jaskiń motocykliści zatrzymali się na obiad w Lo Chhoster Guest House & Restaurant. W tym regionie nie ma bogatego menu: zupa thukpa, ryż, momo, jajka, czasem smażone ziemniaki, ale w temperaturze poniżej 10°C i przy malejącej ilości tlenu smakowało jak uczta.
Najbardziej ekstremalny moment wyprawy - jazda granią bez szlaku
Po obiedzie grupa ruszyła dalej w stronę Golden Fish Stone — charakterystycznej formacji skalnej. W tym miejscu zapadła decyzja, która mogła mieć dramatyczne skutki.
Część grupy uznała, że zamiast wracać tą samą drogą, spróbują przejechać graniami górskimi do odległego, drugiego punktu widokowego — a stamtąd zjechać w dół do trasy powrotnej. Problem w tym, że nie istniała tam żadna droga. Jechało się po wąskiej kilkudziesięciocentymetrowej grani a po obu stronach była kilkusetmetrowa przepaść. Wysokość przekraczała 4.000 metrów, a każdy ruch kosztował dwa razy więcej tlenu.
W pewnym momencie, tuż pod podjazdem prowadzącym na drugi szczyt widokowy, jeden z motocyklistów przewrócił się. Maszyna omal nie stoczyła się po stromiźnie — zatrzymała się szczęśliwie, jakby przyklejona do zbocza. Serce wszystkich podeszło do gardła. Aby zdobyć ten punkt, pozostałych dwóch motocyklistów musiało położyć swoje maszyny i we trójkę wpychać każdy motocykl osobno, asekurując go przed przechyłem na bok. W rzadkim powietrzu, z palącymi płucami, każdy metr był walką o równowagę. Po wielu minutach pełnych napięcia udało się dotrzeć na szczyt a potem znaleźć drogę zjazdu do doliny i wrócić na właściwą trasę. Była to chwila grozy, której nikt z uczestników nie zapomni. To był najbardziej niebezpieczny manewr całej wyprawy.
Łącznie tego dnia motocykliści przejechali około 35-45 kilometrów, ale była to najbardziej intensywna, techniczna i wyczerpująca trzydziestka całej wyprawy — z jaskiniami, korytem rzeki, stromymi podjazdami i ekstremalną jazdą po górskich graniastych zboczach.
Dzień 8 (07.11) - Powrót z Lo Manthang: mróz, szron i kolejna "guma"
Gdy motocykliści wyszli przed hotel Mandala, termometry pokazywały -3°C, a siedzenia motocykli pokryte były warstwą szronu, który trzeba było zdrapać rękami przed spakowaniem bagaży. W tych warunkach ruszyli w drogę powrotną przez najwyższe partie Mustangu.
Lo Gekhar Gompa - jeden z najstarszych klasztorów Himalajów
Pierwszym przystankiem była świątynia Lo Gekhar Gompa, położona na wysokości ok. 3 900 m n.p.m. To niezwykle stare miejsce — według tradycji klasztor został założony około VIII wieku przez legendarnego Guru Rinpoche, który miał tu "ujarzmić demona" i wznosić świątynię na jego pokonanym ciele. Lo Gekhar znany jest z wyjątkowo starych malowideł ściennych, tradycyjnych modlitewnych młynków (mani) czy mistycznej, surowej atmosfery typowej dla pierwotnego buddyzmu tybetańskiego.
To miejsce nie tylko duchowe, ale też pięknie położone — na czerwono-brązowych grzbietach Mustangu, gdzie cisza jest niemal absolutna.
Kolejna guma — tym razem rekordowa naprawa w Syangboche
Droga prowadząca z Lo Gekhar w dół doliny to klasyka Mustangu: kamienie, piach, ostre zjazdy i ciągłe wibracje, które niestety znów dały o sobie znać. Kolejna guma w dodatku w tym samym motocyklu. Tym razem jednak byli już zahartowani i doświadczeni. W najbliższym miasteczku Syangboche zorganizowali szybki "pit stop" i dokonali rekordowej naprawy - tylko 26 minut od zatrzymania do ponownego ruszenia w trasę. W Mustangu to wynik godny mechaników Le Mans 24, tylko że tu tor, to wysokość 3.500 metrów, piach, wiatr i zimno.
Zjazd z Himalajów do Beni - zachód słońca nad doliną
Reszta drogi była już długim, wymagającym zjazdem z surowych, pustynnych terenów Upper Mustangu w dół, w stronę cywilizacji. Wraz z każdym kilometrem temperatura rosła, a krajobrazy zmieniały się z księżycowych klifów na zielone zbocza doliny Kali Gandaki.
O zachodzie słońca, po intensywnym i męczącym dniu, dotarli do Beni. Nocleg w Hotelu Yak był jak nagroda. Po lodowatym poranku i dwóch dniach jazdy w wysokich partiach gór możliwość wykąpania się w ciepłej wodzie i spania w normalnych łóżkach była luksusem.
Łącznie tego dnia motocykliści pokonali około 90-100 kilometrów. Pozornie niewielki dystans, ale w realiach Mustangu był to cały dzień jazdy: mroźny poranek, wysokości powyżej 4.000 m, zjazdy po kamieniach, kolejna naprawa dętki i długi odcinek do samego Beni.
Dzień 9 (08.11) - Ekstremalne skoki termiczne: z mrozu w Himalajach do +26 °C w dolinie
Poprzedniego dnia rano temperatura wynosiła około -3 °C. Tego dnia już na trasie, w dolinach niżej położonych, termometry pokazały +26 °C — różnica praktycznie 30 stopni Celsjusza w ciągu jednego dnia! Niezwykła zmiana klimatu dodatkowo podkreślała surowość gór i magiczność dolin Nepalu.
Beni i świątynia Galeshwor
Pierwszym punktem programu było piesze zwiedzanie miasteczka Beni - stolicy dystryktu Myagdi, położonej u zbiegu rzek Kali Gandaki River i Myagdi, na wysokości około 899 m n.p.m. To ważny węzeł komunikacyjny i turystyczny — brama do rejonu Mustangu. Odwiedzili świątynię Galeshwor Temple — miejsce kultu dedykowane bogu Siwie, położone na skałach nad rzeką. Tam zostali zaproszeni do udziału w lokalnych modłach. Tubylcy grali na instrumentach, śpiewali pieśni, a motocykliści obserwowali i uczestniczyli w tej duchowej chwili — moment, kiedy kultura i przygoda spotykają się w jednym.
Gandaki Golden Bridge - most i adrenalina
Następnie już na motocyklach trasa wiodła w stronę Gandaki Golden Bridge - zawieszonego mostu-kładki nad głęboką doliną Kali Gandaki. Ta konstrukcja ma rozpiętość około 567 metrów i zawieszona jest około 122 metrów nad lustrem rzeki.
Kushma - drugi najwyższy bungy na świecie
Kolejny przystanek był w miejscowości Kushma, gdzie znajduje się drugie najwyższe na świecie bung. Platforma ma wysokość 228 metrów nad korytem rzeki. Na skok zdecydował się tylko jeden śmiałek.
Nocleg w Depche Village Bandipur
Wieczorem motocykliści dotarli do hotelu Depche Village Bandipur. Ciekawostka jest, że hotel usytuowany był tak, że nie można było podjechać pod sam budynek. Parking był około 300 metrów dalej, a do hotelu prowadziła wąska ścieżka. Obsługa mówiła, że wszystkie materiały budowlane musieli wnosić ręcznie na piechotę, bo droga dojazdowa była niedostępna dla ciężkiego sprzętu — to pokazuje prawdziwe wyzwania infrastrukturalne w górskich rejonach Nepalu.
Łącznie tego dnia motocykliści przejechali około 120-140 kilometrów — od głębokich dolin Myagdi przez mosty nad przepaściami, po malownicze wzgórza Bandipuru. Dzień pełen kontrastów: temperatury, krajobrazów i emocji.
Dzień 10 (09.11) - Powrót do Katmandu: ta sama trasa, ale zupełnie inny świat
Z Bandipur grupa ruszyła w stronę Katmandu. Choć wracali tą samą drogą, którą jechali pierwszego dnia, wszystko wyglądało zupełnie inaczej. Tym razem nie było mroku, ulewy ani mgły. Zamiast ściany deszczu, która towarzyszyła im w drodze do Pokhary, teraz mieli piękne, słońce, przejrzyste powietrze i krajobrazy, które wcześniej były schowane za chmurami. To jeden z tych motocyklowych fenomenów. Choć jedziesz tą samą trasą, w drugą stronę jest ona zawsze inna — inne światło, inne kolory, inna energia.
Monkey Temple - Swayambhunath
Zanim wrócili do hotelu, ekipa zatrzymałą się na jednym z najbardziej kultowych miejsc Katmandu — Swayambhunath, znanym również jako Monkey Temple (Świątynia Małp).
To jedno z najstarszych miejsc kultu buddyjskiego w Nepalu, położone na wzgórzu z widokiem na całą Dolinę Katmandu. Charakterystyczna biała stupa z malowanymi "oczami Buddy" patrzącymi w cztery strony świata jest symbolem miasta. Nazwa "Monkey Temple" wzięła się od licznych małp, które mieszkają na terenie świątyni i są traktowane jako święte zwierzęta.
Powrót do hotelu w Katmandu
Gdy słońce powoli chowało się za wzgórzami Doliny Katmandu, motocykliści dotarli z powrotem do hotelu Aarya — miejsca, z którego wszystko się zaczęło.
Ta wyprawa nie była ani łatwa, ani wygodna. Była natomiast wszystkim, czego oczekuje się od jazdy w Himalajach: surowa, piękna, wyczerpująca, a momentami wręcz nierealna. Przejazd przez Upper Mustang to podróż w czasie — do miejsca, gdzie świat wygląda jak przed setkami lat, a każdy kilometr kosztuje wysiłek, skupienie i odwagę.
Dla czterech motocyklistów była to wyprawa życia — i tylko oni wiedzą, jak bardzo Himalaje potrafią zmienić człowieka.
Oficjalni Sponsorzy i Partnerzy wyprawy:
- ścigacz.pl - wyłączny patron medialny
- Liberty Motors - zaopatrzył ekipę w najwyższej jakości odzież i akcesoria motocyklowe, która idealnie sprawdziła się zarówno w czasie wielogodzinnego deszczu, jak i podróżowania przy 26 oraz -3 stopniach Celsjusza.
- Diverse - zaopatrzył ekipę w kompletną odzież codzienną, która była niedzowna w zimne wieczory a nawet noce, kiedy spaliśmy całkowicie ubrani także w czapkach i rękawiczkach.
- Fitness Authority - producent marki suplementów i przekąsek funkcjonalnych Guarilla, który zapewnił nie tylko zapas elektrolitów i aminokwasów, ale też pyszne batony i chipsy proteinowe.
- Cardo - najlepsze na rynku rozwiązanie łączności dla motocyklistów, dzięki któremu było wesoło, ale przede wszystkim bezpiecznie, ponieważ mogliśmy uprzedzać się o niebezpieczeństwach na drodze, których było całe mnóstwo.
- Insta360 - genialna kamera, którą rejestrowaliśmy całą wyprawę i mamy fantastyczne ujęcia do naszego filmu dokumentalnego z wyprawy (zostanie opublikowany na ścigacz.pl).
- Vitamizu - producent smacznych i zdrowych napojów MIZU MATE, które były idealną nagrodą po wielogodzinnej jeździe.
📊 PODSUMOWANIE W LICZBACH
🗺️ Trasa
- Łączna długość wyprawy: 1050 km
- Liczba dni w podróży: 10
- Najwyżej położony punkt trasy: ok. 4.200 m n.p.m.
- Najniżej położony punkt: ok. 800 m n.p.m.
- Średnie dzienne przewyższenia: 1500-2600 m
- Najdłuższy dzienny dystans: ok. 200 km (Katmandu → Pokhara)
- Najkrótszy dzienny dystans: ok. 35 km (zwiedzanie okolic Lo Manthang)
🌡️ Warunki pogodowe
- Najniższa temperatura: -3°C (Lo Manthang o świcie)
- Najwyższa temperatura: +26°C (Beni w drodze powrotnej)
- Różnica temperatur w 24 godziny: ~30°C
- Liczba dni z intensywnymi opadami: 1 (katastrofalny dzień wjazdu do Pokhary)
- Liczba dni z pełnym słońcem: 8
⛰️ Teren
- Przejazdy po pełnym błocie: 1 (głęboka pułapka przed Muktinath)
- Przejazdy korytem wyschniętej rzeki: 1
- Odcinki skrajnie techniczne: 4+
- Przejazdy po grani bez drogi: 1 (najbardziej niebezpieczny moment wyprawy)
- Wiszące mosty: 2 (w tym Khareya-Gyadi Suspension Bridge)
🏍️ Motocykle i awarie
- Przebite dętki: 2 (w tym jedna naprawiona w 26 min)
- Zerwana linka gazu: 1
- Motocykle zakopane po silniki: 4
- Wywrotki: kilka (głównie w błocie i na technicznych podejściach)
- Tankowania z plastikowych butelek: 4
- Podjazdy wymagające ręcznego pchania motocykli: 3 maszyny / 1 punkt
🏞️ Miejsca i kultura
- Wioski i miasta odwiedzone: ok. 20
- Świątynie i klasztory: 7+ (m.in. Lo Gekhar, Luri, świątynie Lo Manthang)
- Jaskinie wykute w skałach: 1 (Zhong Cave)
- Spotkania z lokalnymi dziećmi: kilkanaście
- Wysoko położone punkty widokowe: 4
- Wzięte udział w modłach: 1 raz (Galeshwor Temple)
🎢 Adrenalina i ekstremalne momenty
- Najwyższy most: Gandaki Golden Bridge (122 m nad rzeką)
- Najwyższe bungy odwiedzone: Kushma Bungy (228 m)
- Uczestnicy, którzy skoczyli: 1
- Najbardziej niebezpieczny moment: przejazd po grani z przepaściami po obu stronach
🏨 Logistyka i noclegi
- Liczba noclegów: 9
- Najtrudniejszy nocleg: Chhusang (zimno, brak ogrzewania i łazienki)
- Najwyżej położony nocleg: Lo Manthang
- Najbardziej komfortowy nocleg: Hotel Yak w Beni
- Nocleg dostępny tylko pieszo: Bandipur (300 m od parkingu)
👥 Uczestnicy
- Liczba motocyklistów: 5 (4 + przewodnik)
- Liczba osób z objawami choroby wysokościowej: 4 (w różnym stopniu)
, Michał Czerniak.jpg)





































































































































































































































































, Michał Czerniak.jpg)









































Komentarze
Poka¿ wszystkie komentarze