H.O.G. Od prosiaka do ikony motocykli. Musisz to znaæ!
Harley-Davidson to legenda i zapewne wiecie, że maszyny amerykańskiego giganta często zyskują przydomek "hogs". Ta nazwa nie wzięła się z powietrza. Co właściwie oznacza?
Aby się tego dowiedzieć, musimy wrócić do lat 80. ubiegłego wieku, czyli do czasu, gdy amerykańska gospodarka zmagała się z kryzysem wywołanym brakiem ropy naftowej. W tym okresie niedostatki czarnego złota doprowadziły do stagnacji i rosnących cen.
Reklama
Te motocykle najlepiej sprzedawały się w ubiegłym roku
Zobacz nowości na sezon 2026 »
Motocykle tej marki były na pierwszym miejscu sprzedaży w Polsce! Na rok 2026 przygotowali nowe modele, które mają być jeszcze większymi przebojami tego sezonu. Zobacz te nowości i przetestuj je podczas dni otwartych
ZOBACZ NAJNOWSZE MODLE NA 2026 »
Na krawędzi bankructwa
To był czas, gdy Harley-Davidson ledwo uniknął upadku. W 1981 roku firma została wykupiona od koncernu AMF przez grupę trzynastu menedżerów pod wodzą Vaughna Bealsa i Williego G. Davidsona. Produkcja była wtedy niskiej jakości, sprzedaż spadała, a amerykański rynek zalewały tańsze motocykle z Japonii. Oczywiście Harley-Davidson szukał sposobu na ożywienie biznesu, a kto szuka ten znajdzie. Marka z Milwaukee postawił na swoją największą siłę, czyli oddaną społeczność entuzjastów.
W 1983 roku firma uruchomiła oficjalny klub dla właścicieli, nazwany Harley Owners Group, szybko skrócony do H.O.G. Coś co początkowo mogło wyglądać na zwykły ruch marketingowy, okazało się czymś znacznie większym. Jak opowiadał w jednym z wywiadów Steve Piehl - należący do grupy twórców tej inicjatywy, HOG zapoczątkował erę bliskiego kontaktu z motocyklistami, co oznaczało iż pracownicy firmy aktywnie uczestniczyli w wydarzeniach, a szefowie bezpośrednio rozmawiali z fanami. W pewnym sensie twórcy motocykli wreszcie znaleźli sposób na to, by poznać fanów i wielbicieli marki. Harley przestał sprzedawać wyłącznie motocykle i zaczął sprzedawać przynależność.
Klub, który uratował markę
To właśnie ta strategia sprawiła, że w 2006 roku Harley zmienił nawet swój symbol na nowojorskiej giełdzie z HDI na HOG. Oczywiście sceptycy widzą w tym korporacyjną grę na emocjach, co nie zmienia faktu, że właśnie HOG wzmocniło więzi w społeczności, czyniąc "hogs" synonimem dumy dla właścicieli potężnych bestii na kołach. Ale lata 80. wcale nie były początkiem.
Przenieśmy się do korzeni nazwy, czyli burzliwych lat 20. ubiegłego wieku, gdy Harley-Davidson dominował na torach wyścigowych, zwłaszcza w zawodach dirt track organizowanych przez American Motorcyclist Association. Warto przypomnieć, że po pierwszej wojnie światowej fabryczne zespoły H-D, później Wrecking Crew, zgarniały zwycięstwo za zwycięstwem, stając się niepokonaną siłą w motocyklowym sporcie. Wszystko zaczęło się od pierwszego teamu w 1914 roku, który co prawda nie odniósł sukcesu, ale Harley i tak stał się szybko faworytem w wyścigach. Jeden z zawodników, Ray Weishaar, wprowadził niecodzienny element do tej dominacji, adoptując małego… prosiaka o imieniu Johnny. Oczywiście ta adopcja dotyczyła klubowych barw, a świnka miała zostać maskotką drużyny. Okazało się, że to coś więcej. Można powiedzieć, że to była przyjaźń między zawodnikiem i zwierzakiem, zresztą na tyle silna, że Ray zabierał Johnny'ego na okrążenia honorowe po wygranych, a z uwagi na serię triumfów Harleya, ta świnka stała się gwiazdą mediów.
Prosiak na torze
Prasa szybko podchwyciła temat. Zdjęcia trafiały do gazet, a publiczność zaczęła mówić o "hog boys". Słowo zadziałało podwójnie. Po pierwsze odwoływało się do maskotki. Po drugie w amerykańskim slangu "to hog" znaczyło zagarniać wszystko dla siebie, czyli dokładnie to, co robił zespół Harleya na torach. Z czasem przydomek przylgnął do samych motocykli.
Co ciekawe, firma przez wiele lat nie mogła go oficjalnie używać, bo prawa do znaku miało stowarzyszenie AMA. Dopiero dekady później Harley zaczął formalnie wykorzystywać skrót H.O.G., obchodząc stare ograniczenia prawne. Jeśli już jesteśmy przy kulturze amerykańskiej, słowo "hog" poza motocyklami bywało obraźliwe. Amerykanie mają mieszane uczucia do świń, postrzegając je jako brudne i chciwe, ale też inteligentne i sympatyczne zwierzęta, które mogą nawet służyć jako paliwo do lotów transatlantyckich!
Gdy świnie latają
Jeśli to ostatnie nawiązanie wydaje się to trochę niejasne, to wyjaśnijmy, że chodzi o współczesny temat zrównoważonego paliwa lotniczego SAF (Sustainable Aviation Fuel), produkowanego m.in. z odpadów tłuszczowych po uboju świń. Raporty organizacji ekologicznych, na przykład Transport & Environment podają, że do zasilenia jednego lotu transatlantyckiego potrzebny byłby tłuszcz z ok. 8800 świń i stąd właśnie żartobliwe i trochę prześmiewcze sformułowanie "świnie naprawdę latają" (pigs do fly).
Jeśli już jesteśmy przy kulturze amerykańskiej to w kontekście futbolu z lat osiemdziesiątych, jak drużyna Washington NFL, "hog" nie brzmi co prawda pozytywnie, ale na zlotach Harleya to określenie budzi entuzjazm i może powiedzieć jasno, że oznacza poczucie wspólnoty. Aktualnie, gdy motocykliści spotykają się na eventach, "hogs" wciąż mocno odnosi się do bogatej tradycji łączącej wyścigową chwałę z korporacyjną lojalnością. Można wręcz powiedzieć, że to czyni Harleya-Davidsona ikoną motocyklowego świata. Swoją drogą, to nawet zabawne, że ten niemały przecież ruch, a obecnie część legendy, został zapoczątkowany przez nietypową przygodę człowieka z prosięciem.







Komentarze
Poka¿ wszystkie komentarze