tr?id=505297656647165&ev=PageView&noscript=1 Rumuński motocyklowy sen - w pogoni za Draculą
NAS Analytics TAG
NAS Analytics TAG
NAS Analytics TAG
motul belka podroze 950
NAS Analytics TAG
motul belka podroze 420
NAS Analytics TAG

Rumuński motocyklowy sen - w pogoni za Draculą

Autor: Artur Mańtok 2015.06.01, 12:40 3 Drukuj

Od redakcji: Wyjaśnijmy sobie jedno. Nikt o zdrowych zmysłach nie powinien odradzać wizyty w Rumunii. Straszą, że tam kradną, biją i oszukują, ale Artur, którego pierwszą część relacji z wyprawy do Rumunii zaraz przeczytacie udowodni Wam, że jest zupełnie inaczej. Jest czerwiec. Sezon w pełni. No właśnie, w takim razie gdzie się wybieracie? Poniżej nieco inspiracji. Miłej lektury!

Plany na wyjazd do Rumunii były już dawno, brakowało tylko mocy sprawczej. W końcu się udało i pojechaliśmy. Kiedy przed wyjazdem opowiadaliśmy plany znajomym wszyscy dziwnie na nas patrzyli, ale nas to nie zrażało, wiedzieliśmy, że jakkolwiek tam będzie chcemy tego doświadczyć na własnej skórze…No i doświadczyliśmy. Co nas spotkało? Dziury w drodze tak duże, że gubiliśmy bagaż, powódź na trasie i częściowa ewakuacja miasta, 46 C i udar słoneczny… oraz mnóstwo innych wrażeń. Czy nasz sen o Rumuni to koszmar czy romantyczna wizja kraju Draculi? Przekonajcie się sami i przeczytajcie a najlepiej spakujecie motocykle i sami tego doświadczcie!

NAS Analytics TAG

Dzień 1

I tak oto nadszedł czas na kolejną nową przygodę. Przed nami Rumunia. Jak będzie? Przekonamy się już niebawem. Oficjalny start następuje o 10:00. Z uwagi, iż udało nam się załatwić dodatkowy dzień wolnego, trasę pierwszego dnia dzielimy na dwa, aby trochę spokojniej móc pozwiedzać i tak się nie gonić. Zatem dziś przed nami ok. 350 km. Ruszamy przy zachmurzonym niebie i niepewnej pogodzie. Lecimy autostradą A4 za Kraków, a potem odbijamy na Nowy Sącz. Malownicza droga biegnie wzdłuż Dunajca. Robimy przerwę na zdjęcia i chwilę odpoczynku. Zrobiło się pięknie, ciepło i słonecznie. W dobrych humorach wpadamy do Nowego Sącza. Jedziemy w kierunku centrum, a tam straszny korek. Na oko co najmniej kilometr długości. Parkujemy motocykl wcześniej, ciuchy do apteki i z buta uderzamy na rynek. Główna atrakcja to piękny XIX-wieczny ratusz. Sam rynek również ładny, zadbany i kolorowy. Kurczak wypatrzył watę cukrową i oczywiście trzeba było takową zakupić. Skromne śniadanie i pora opuścić nasz kraj na ponad dwa tygodnie. Wjeżdżamy na Słowację. Kolejna przerwa w polu słoneczników. Sesja foto i trochę odpoczynku bo Kurczaczek zasypia. Dalsza droga przez malownicze tereny oraz miasteczka mija dość sprawnie i po 18:00 lądujemy cztery kilometry przed Trebisovem. Nocleg na gospodarza u miłej pani z rodzinką. Na podwórku zaparkowany Chevrolet Corvette C6. Wieczorkiem krótka rozmowa dokąd jedziemy itp. Standardowo oczywiście po kolacji czas na krótki spacer po cichej i spokojnej okolicy. Powolutku zachodzące słońce, zapach wilgoci i pola pełne dojrzewającego żółtego zboża. Pierwszy dzień za nami. Teraz poleci już z górki:)

Dzień 2

Rumunia nas wita. Zanim jednak to następuje szybko przelatujemy Węgry, robiąc jedną dłuższą przerwę na skonsumowanie zakupionego w całości przy drodze arbuza. Pycha. Soczysty i słodziutki. Granica wita nas sporym korkiem. Powolutku boczkiem mijamy auta i wysuwamy się na pool position. Sprawdzenie dowodów, rzut oka na nas i jesteśmy wolni. Wjeżdżamy. Stajemy pod tablicą Romania na pamiątkowe zdjęcie i wymianę waluty w kantorze. Jesteśmy. Żyjemy:) Nasłuchaliśmy się strasznych opowieści jak to okropnie jest na granicy, pełno żebrzących itp. Tymczasem widać tylko kilka dzieciaków pukających w szyby aut i proszących o jakieś grosze. Wkoło biedne domki, inwentarz biegający tu i tam oraz towarzyszący temu specyficzny zapach. Dodatkowo dużo śmieci. Pierwsze wrażenie niezbyt korzystne, ale mówimy sobie, że będzie dobrze. Cel na dziś to Satu Mare leżące tylko kilka kilometrów od granicy. Parkujemy koło naszej pierwszej Dacii i standardowo zostawiamy ciuchy w aptece. Wkoło kilka szemranych typków, ale raz się żyje. Kaski i reszta zostaje na moto a my idziemy zwiedzać. Oglądamy zabytkowy hotel o jedynej słusznej nazwie, czyli Dacia, piękny park miejski oraz kręcimy się po miasteczku. Tutaj jest już o wiele lepiej. Czysto, ładnie i spokojnie. Oglądamy, robimy zdjęcia i chłodzimy się w jednej z fontann. Powoli zadomawiamy się w tym osławionym kraju. Po dłuższym odpoczynku kierujemy się na nasz jutrzejszy cel, czyli wesoły cmentarz w Sapancie. Droga robi się koszmarnie dziurawa i wyboista. Czujemy się jak na rodeo, a na jednej z dziur gubimy 2 litrową wodę przyczepioną na ekspanderach do bagażu. Żeby jeszcze dodać atrakcji horyzont spowijają ciemne chmury a do naszych uszu dochodzi, na razie jeszcze głuchy i stłumiony, dźwięk grzmotów. Sytuacja szybko się zmienia i zaczyna lać. Chowamy się pod rozłożyste drzewo przy tutejszym małym barze – spelunce. Niestety leje i leje coraz bardziej, więc chowamy się do środka za namową miejscowych. Po godzince niebo powoli się przejaśnia i można jechać dalej. Dziś pora na pierwszy nocleg u gospodarza na Rumuńskiej ziemi. Po 260 km wypatruję dobre miejsce i postanawiam zapytać o zgodę.

Parkuję na poboczu drogi i uderzam do kilku gospodarstw znajdujących się obok. Wypatruję ładną łąkę i postanawiam tutaj zapytać o zgodę. Starsza wiekiem kobieta z chustą na głowie, jak łatwo się domyśleć nie zna angielskiego, więc przechodzimy na migi. Po chwili nocleg już załatwiony a dodatkowo zbiega się reszta licznej rodziny. Kilka osób patrzy jak rozbijamy namiot, potem wszyscy znikają i zajmują się swoimi sprawami. Niebo nie wygląda zbyt obiecująco i zapowiada burzę. Namiot już stoi, więc możemy iść na krótki spacerek a po powrocie załatwiam wiadro z wodą do mycia. Kolację spożywamy przy zachodzącym w oddali słońcu, rzucającym piękne czerwone promienie spod granatowych chmur. Wszystko to na tle odległych gór. Nasza łąka powoli zapada w mrok, powietrze nachodzi wilgocią, czuć piękny zapach skoszonego nieopodal siana. Owce w pobliskiej zagrodzie również spożywają swoją kolację i czasem bacznie nas obserwują. Cisza, spokój i piękne widoki. Z dala od zgiełku i hałasu miasta. W tych pięknych okolicznościach przyrody zjawia się młoda dziewczyna, zapewne córka naszych gospodarzy i przynosi nam świeże, dopiero wydojone mleczko. Chwilę potem dostajemy kolejne podarki – gruszki, kawał owczego sera i jajka. Bardzo wzrusza i urzeka nas ta gościnność jednak jajeczek nie możemy przyjąć. Szkoda żeby się potłukły w czasie jazdy. Gospodyni zrozumiała w czym problem i uśmiechnięta wraca do siebie. Pierwszy dzień pobytu oczywiście zasługuje na wielki plus. Najedzeni i umyci idziemy spać. Przed nami kolejne atrakcje.

Dzień 3

Po spokojnej nocy, wyspani i gotowi na kolejne przygody szybko zbieramy nasz obóz i po pożegnaniu z gospodarzami, ruszamy w dalszą drogę. Dziś w programie Cimitirul Vesel, czyli Wesoły Cmentarz. Jedna z głównych atrakcji turystycznych Rumunii, wpisana na listę UNESCO. O wyjątkowości cmentarza decydują kolorowe drewniane nagrobki, w których wyrzeźbiono i opisano scenki z życia pochowanych. Wszystko okraszone jest garścią humoru. Zanim tam jednak dotrzemy czeka nas rumuński koszmar, czyli drogi z dziurami wielkości Warszawy. Droga jest tak fatalna, że niemal całkowicie odbiera mi radość z jazdy. Do tego wije się serpentynami przez liczne przełęcze męcząc tym jeszcze bardziej. Nie można cieszyć się z jazdy, tylko trzeba uważać żeby nie urwać sobie kół. W końcu po trudach i znojach docieramy do Sapanty i parkujemy pod cmentarzem. Uff. Na miejscu duża grupa motocyklistów ze Słowacji. Wymieniamy pozdrowienia i zaczynamy zwiedzanie. Jest niedziela, więc w przycmentarnej cerkwi odprawiane jest nabożeństwo, które dodaje klimatu miejscu. Mieszkańcy licznie przybywają w ludowych kolorowych strojach. Oglądamy i focimy. Robimy również mały spacer po samej Sapancie, która nie wypada zbyt korzystnie.

Teraz czeka nas przelot do miejscowości Baia Mare, co po polsku znaczy ‘Wielka Kopalnia’. Jest to również stolica okręgu Maramuresz. Ku naszemu zadowoleniu jedziemy po nowiutkim i gładkim asfalcie. Wkoło nas roztaczają się piękne widoki, bezkresne zielone przestrzenie i małe wioseczki. Po dojechaniu na miejsce parkujemy koło nietypowego Ducati 749 (przygotowany na tor, bez lusterek i kierunkowskazów). Mimo to porusza się normalnie po drodze. Podoba nam się w Rumunii :)

Zwiedzamy miasteczko, odpoczywamy na rynku i cieszymy się wszechobecnym spokojem. Po krótkim odpoczynku zbieramy się w dalszą drogę. Niestety znów łapie nas burza i ulewa. Chowamy się pod daszkiem lokalnej knajpki i czekamy na poprawę pogody. Niestety widoki nie napawają optymizmem. Jako, że już czas, można rozejrzeć się po okolicy za miejscem na rozbicie obozu. Moją uwagę przykuwa opuszczony dom. Pytam gospodarzy mieszkających obok, czy możemy rozbić się na noc za tym właśnie domem. Nie ma problemu. Dostajemy też wiadro z wodą oraz młotek do wbicia śledzi w twardą glebę. Zaczyna padać, więc z kolacją przenosimy się do ‘naszego’ domku. Kiedy tak sobie pichcimy, ktoś idzie w naszą stronę. To również jeden z naszych sąsiadów, tyle że z drugiej strony. Wręcza nam pomidorki oraz pachnącą słoninę. Kolejne miłe zaskoczenie. Na zakończenie dnia piwko Ursus – najlepiej sprzedające się piwo w Rumunii. 216 km pokonane dzisiejszego dnia dało nam w kość dlatego zasypiamy bezszelestnie:)

Dzień 4

Rano po przebudzeniu czeka nas kolejna niespodzianka. Gdy tylko pracująca niedaleko żona naszego gospodarza od podarków dostrzegła, że wstaliśmy, szybko znikła za drzwiami domu. Po chwili uraczyła nas dwiema filiżankami kawy. Jesteśmy w szoku. Mieliśmy być okradani, oszukiwani i w ogóle a tu takie rzeczy. Mimo pochmurnej pogody ruszamy w dobrych nastrojach. Wkraczamy do krainy historycznej zwanej Siedmiogrodem lub Transylwanią. Kojarzonej głównie z postacią Draculi, czyli Vlada Palownika. Jedno z głównych miast Transylwanii to Kluż-Napoka. Miasto z bogatą historią i dużą liczbą zabytków. Parkujemy tuż przy rynku, z informacji turystycznej bierzemy mapkę z atrakcjami i zaczynamy zwiedzanie. Duże wrażenie robi na nas bogato zdobiony budynek teatru narodowego. Ciekawy jest też pałac oraz park miejski z XIX wieku. Kiedy obejrzeliśmy już większość ciekawszych zabytków, pora na chwilę odpoczynku przed kolejnym przystankiem. Po pokonaniu kolejnych kilometrów, kluczenia po mieście i jazdy zgodnie ze wskazówkami znaków dojazdowych, w końcu parkujemy nasz motocykl przed bramą wjazdową z napisem Salina Turda. Jest to jedna z najstarszych i największych kopalni soli w Europie. Taka nasza Wieliczka, tylko kryjąca trochę więcej atrakcji. Kupujemy bileciki po ok. 20 zł za osobę i zaczynamy zwiedzanie. Na dole panuje stała temperatura w granicach 12 C, jednak idziemy w samych koszulkach. Na dworze upał koło 30 C i straszna duchota, więc te 12 C będzie w sam raz. Po odcinku wąskiego korytarza pokrytego na ścianach kryształkami soli, przed nami ukazuje się Salina Turda w całej okazałości. Stoimy na drewnianym pomoście, a pod naszymi nogami kilkanaście pięter w dół. Szybów jest łącznie trzy. W tym największym znajdziemy, albo inaczej – czego tu nie znajdziemy. Jest wesołe miasteczko, z diabelskim młynem, są boiska do tenisa, stoły do ping-ponga, minigolf i cała masa innych atrakcji. Jeśli zejdziemy jeszcze niżej o kilka pięter, w najniżej położonym szybie, w którym utworzono mini jeziorko, możemy popływać nawet łódką. Jeśli nie zapomnimy faktu, że wszystko znajduje się ponad sto metrów pod ziemią, Salina Turda robi wrażenie.

Kiedy wychodzimy na zewnątrz, uderza nas fala gorąca i suchego powietrza. Ciężko się przestawić. Powoli wskakujemy na motocykl i jedziemy do centrum Saliny, chwilę posiedzieć na zabytkowym i uroczym ryneczku. Chcemy jeszcze dojechać w okolice Sebes, gdzie początek bierze Transaplina, czyli najwyżej położona droga w Rumunii (Przełęcz Urdele 2145 m n.p.m). Po drodze zakupy i tankowanie, aby jutro na krętych i górskich drogach nie zostać zaskoczonym brakiem paliwa. Kiedy to wszystko robiliśmy nie było nam dane wiedzieć, że jutro przeżyjemy mały koszmar. Póki co, czas na znalezienie noclegu. W międzyczasie zmieniliśmy również strefę czasową i mamy +1 godz. w stosunku do naszych zegarków. Szukając dogodnego miejsca do rozbicia namiotów, wjechaliśmy już na Transaplinę i przejechaliśmy nią kilka kilometrów. Po bokach rosły nam skały a dróżka pomału wiła się wśród nich. Minęliśmy kilka wioseczek i na końcu jednej z nich wypatrzeliśmy ładny dom z kawałkiem dogodnego miejsca pod nasz domek. Okazało się, że to coś na wzór agroturystyki, pokoje w domku można wynająć, niestety wszystko pozamykane i jest tylko numer telefonu. Z pomocą przychodzi nam młody chłopaczek mieszkający tuż obok. Ma może z 10 lat, ale najważniejsze dla nas, iż możemy się z nim dogadać po angielsku. Po przedstawieniu sytuacji, nasz młody przyjaciel oznajmia, że zapyta mamę, czy możemy tu zostać na noc. W ten sposób angażujemy całą rodzinę, gdyż po chwili mama również przychodzi do nas i za pomocą naszego tłumacza oznajmia, że zadzwoni do właściciela i zapyta o to w naszym imieniu. Zrobiło się trochę zamieszania, ale co tam. Szybki telefon i mamy czekać na ‘bosa’, gdyż ten pofatyguje się specjalnie dla nas. Czujemy się niczym gwiazdy z Hollywood.

Po kilku chwilach koło naszego motocykla parkuje spore BMW i wysiada z niego młody chłopak. Z uśmiechem na twarzy pyta o sprawę. Mówi, że nie ma problemu, możemy się rozbić gdzie nam się podoba. Cały teren jest do naszej dyspozycji, bo akurat nie ma żadnych gości. Oczywiście wszystko gratis:) Bardzo dziękujemy, żegnamy się z wszystkimi i idziemy stawiać domek. Podczas kolacji odwiedza nas nasz młody pomocnik i pyta czy czegoś nam potrzeba. Korzystając z możliwości, ładujemy telefon i akumulator do aparatu, dostajemy również butelkę swojskiego owocowego syropu do rozcieńczenia z wodą. Malinowy. Kiedy wieczorem odpoczywamy na ławce – huśtawce, zaczyna padać deszcz. Niebo spowiły ciemne chmury. Źle to wygląda. Mimo wszystko w dobrych nastrojach idziemy spać.

Niestety, to jeszcze nie koniec dnia, a w zasadzie już nocy. Leje coraz bardziej, cały czas. W nocy po przebudzeniu stwierdzam, że pod kocem, który rozkładamy na podłodze namiotu stoi woda. Nie dobrze. W rogu namiotu jest już małe bajorko. Trzeba wyjść na zewnątrz i zobaczyć co się dzieje. Czołówka i lece. Leje, zimno, ponuro, brr. Całe poletko na którym się znajdujemy nasiąkło wodą niczym gąbka. Trzeba się stąd ewakuować. Na nasze szczęście obok jest duża, zadaszona altana. Przenosimy tam namiot i idziemy dalej spać. A deszcz leje sobie radośnie i beztrosko całą noc…

Dzień 5

Wstajemy rano, patrzymy co za ‘oknem’. Lipa. Dalej leje. Niebo zachmurzone, bez szans na przejaśnienia. Postanawiamy jeszcze trochę poczekać. Nic to nie daje. Jak lalo tak leje. Zatem powoli, niechętnie zaczynamy pakowanie. Perspektywa pokonywania jednej z najwyżej położonych dróg w Europie, w takiej pogodzie nie przedstawia się zbyt optymistycznie. Ruszamy w strugach deszczu. Powoli z każdym kilometrem droga staje się coraz gorsza. Mimo, iż niedawno została cała wyasfaltowana i powinna być jak nowa, jest inaczej. Spływające z gór rzeki sieją spustoszenie. Wyrywają płaty asfaltu, drogowcy zasypują je żwirem, który z czasem się wypłukuje i wskutek tego co 100-200 metrów mamy poprzeczne przeszkody. Trzeba zwalniać praktycznie do pierwszego biegu. Dziury, wystające kamienie, zła widoczność od lejącego deszczu wymuszają stałą czujność. Taka jazda odcinkami po 100 metrów to koszmar. Dalej jest już tylko gorzej. Asfaltu brakuje już na odcinkach po paręset metrów. Wszystko tonie w potokach spływającej z gór wody. Dziury jak pół Warszawy, a wszystko to pod wodą. Czasem po prostu nie sposób ich dojrzeć i wtedy po każdym uderzeniu człowiek zastanawia się czy ma jeszcze powietrze w oponach i zawieszenie na miejscu. Po ok. 30-40 km takiej jazdy wyjeżdżamy na zaporę wodną. Są tu puste butki po lokalnych sprzedawcach, więc pod jedną z nich robimy przerwę. Zrobiło się przeraźliwie zimno. Przez stale lejący deszcz nasze kombinezony przeciwdeszczowe wskutek nieszczęsnego działania czasu, trochę już popuściły. Mają kilka lat a zatem i prawo do tego. Mokrzy i zmarznięci mimo wszystko jedziemy dalej. W pewnym miejscu, znów brakuje pół kilometra asfaltu. Po lewej stronie ogromne sypiące się urwisko, z którego deszcz niesie potoki wody, błota i kamieni, po prawej niemniejsze urwisko schodzące prosto do jezioro. Kiedy pokonujemy kolejne potoki płynące w poprzek naszej drogi, w głowie rodzi się tylko jedna myśl – co będzie jeśli prąd będzie na tyle silny, że zniesie nas za bardzo w prawo…Jakoś udaje się nam przejechać. Nie ujeżdżamy jednak daleko. Po 50 kilometrach droga kończy się. Kończy się w sposób dość efektowny. Dwu może trzy metrową skarpą. Woda zabrała asfalt i silna, rwąca rzeka przelewa się tuż przed nami. Auta stoją na poboczach. Głębokość naszej przeszkody to pół metra, może ciut więcej. Niby nic a jednak. Kilka terenowych aut postanawia przejechać. Podskakują jak piłeczka w komorze maszyny losującej Lotto. Lewo, prawo, lewo. Widać, że prąd jest silny. Im się udało, ale dla nas nie ma szans. Załamka.

Mam ochotę usiąść obok i ryczeć z nerwów jak dziecko. Deszcz przerodził się w ulewę. Czuję stróżki zimnej wody cieknące mi po udach. Nie ma co. Decyzja jest tylko jedna. Trzeba zawracać, nic tu po nas. I znów musimy pokonać nasze urwiska i wszystko to co w naszych myślach zostało już za nami. Wracamy. Jedyne o czym myślę to wynająć gdzieś pokój i wszystko wysuszyć, odpocząć od tego przeklętego deszczu. Niestety nie tak szybko. W poprzek drogi wali się potężne drzewo i tym samym uniemożliwia nam przejazd. Na szczęście z przeciwnej strony jedzie ekipa terenowych aut. Widząc co się wydarzyło, chłopaki szybko zabierają się do pracy, robią, piłują, używają wyciągarek w autach i jakoś udaje im się udrożnić przejazd. Dopiero z bliska widać tablice rejestracyjne. To nasi. Chwilę rozmawiamy. Mówię jakie dalej są warunki. Nasi rodacy oferują pomoc. Mówią, że mamy jechać za nimi i będą nam pomagać w przeprawach. Niestety panowie. Nie mam pół metra prześwitu tak jak wy… Dziękujemy, życzymy sobie szerokiej drogi i każdy jedzie w swoją stronę. Udaje nam się w końcu dojechać do jakiegoś przydrożnego zajazdu. Ehh. Mamy dość. Mokrzy, zmarznięci, rozkładamy się w pokoju, podkręcamy kaloryfer na maxa i wszystko suszymy. Tym czasem w telewizji mówią, o powodzi i o tym, że Novacii do którego jechaliśmy zostało zalane i częściowo ewakuowane. No ładnie. Jechaliśmy po takich dziurach i wybojach, że ciężko mi uwierzyć, ie motocykl jest w całości i nic nie pękło. Przestawiam restauracyjne ławy i krzesła i parkuję pod dużym parasolem. Po tym wszystkim Honda nie może moknąć.

Po południu przestało padać i wyszło nawet słońce. Korzystając z okazji robimy pieszą wycieczkę, aby raz jeszcze zobaczyć nasze urwisko. W słońcu wygląda dużo lepiej. Pstrykamy trochę zdjęć i powoli wracamy. Obiadek i odpoczynek po ciężkim dniu zajmują nam resztę czasu. Z uwagi na nieprzewidziane zdarzenia musimy trochę zmodyfikować trasę. Nad jej ostateczną wersją zastanowimy się jutro, kiedy zobaczymy jaka szykuję się pogoda.

Dzień 6

Po przebudzeniu pierwsze co robię to wyglądam za okno i sprawdzam stan zachmurzenia. Nie jest źle, coś tam się przejaśnia. Jest nadzieja. Kiedy opuszczamy górskie tereny, zalewa nas fala upału, co zdecydowanie poprawia nam humor. Napotkana po drodze Billa zapewnia nam śniadanie i tak oto życie znów jest piękne. Modyfikujemy trochę trasę i lecimy na drugą co do wielkości drogę górską w Rumuni – Transfogarską. Najwyższy punkt drogi to 2034 m n.p.m. Inicjatorem budowy był Nicolae Ceausescu a podczas budowy zużyto 6 mln kilogramów dynamitu. Droga pochłonęła również życie 40 budujących ją żołnierzy.

Droga ta została uznana za jedną z najpiękniejszych tras świata, ale... no właśnie jest ale. Droga jest ciekawa, owszem, malowniczo położona, serpentyny, dobry asfalt, piękne widoki to wszystko prawda, z tym, że ta właściwa część trasy ma ok. 20 km a pozostałe 120 km to dziura na dziurze i gęsty las po obu stronach drogi. Jedynym urozmaiceniem i drugą atrakcją trasy jest Jezioro Vidraru i znajdująca się na nim zapora wodna o wysokości 166 m. Na żywo robi wrażenie. Obok znajduje się punkt widokowy, z którego można podziwiać zaporę i panoramę okolicy w pełnej okazałości.

Po chwili odpoczynku i relaksu czas jechać dalej. Nocleg wypada nam u miłych gospodarzy, których posesja jeszcze wczoraj była zalana przez powódź. Na szczęście wody już opadły i możemy rozbić nasz namiot na grząskiej ziemi. Do dyspozycji dostajemy też szezlong oraz małą altankę i co najważniejsze, nasi gospodarze zapraszają nas do łazienki na prysznic J Czyżby aż tak było nas czuć?:) Wieczorem trochę gawędzimy, pijemy rumuńskie piwko Ciuc i robimy spacer po okolicy. Cisza, spokój i zapowiedź ładnej pogody na jutro poprawiają nam humor. Jutro przed nami cel, przed którym ostrzegają nas gospodarze – Bukareszt i jazda rumuńską autostradą. Dziś 295 km.

Koniec części 1...


NAS Analytics TAG
Zdjęcia
BukaresztBulgaria Balczik
NAS Analytics TAG
Bulgaria poledacia
Gdzie HasselhoffGory Fogarskie
jaszczurkaKasyno
KurczakiMangalia
Mangalia 2moze czarne
moze czarne plazana granicy
na trasie 1na trasie 3
Na trasie 5pieseczki
plazingRumunia motocyklem
Salina  rynekSatu Mare
scigacz na wybrzezuSS Romania
szybki i wscieklyTransalpina 2
U gospodarzywieczorny chillout
zachodzachod slonca
BalczikFogarskie
mega watana trasie 2
ograniczenia predkoscipalac Blaczik
przy wodospadzieratusz nowy sacz
Salina TurdaSalina Turda 2
Sapantaslonecznik
slonecznikiTransalpina
all inclusiveZapora Vidraru
motul belka podroze 420
NAS Analytics TAG
Zobacz również
Komentarze 1
Pokaż wszystkie komentarze
Dodaj komentarz

Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników portalu. Ścigacz.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Jeżeli którykolwiek z komentarzy łamie regulamin , zawiadom nas o tym przy pomocy formularza kontaktu zwrotnego . Niezgodny z regulaminem komentarz zostanie usunięty. Uwagi przesyłane przez ten formularz są moderowane. Komentarze po dodaniu są widoczne w serwisie i na forum w temacie odpowiadającym tematowi komentowanego artykułu. W przypadku jakiegokolwiek naruszenia Regulaminu portalu Ścigacz.pl lub Regulaminu Forum Ścigacz.pl komentarz zostanie usunięty.

Polecamy

NAS Analytics TAG
.

Aktualności

NAS Analytics TAG
reklama
NAS Analytics TAG

sklep Ścigacz

    motul belka podroze 950
    NAS Analytics TAG
    na górę