Murmańsk, czyli tam gdzie słońce nie zachodzi latem

Autor: Morowiec 2013.03.08, 12:20 16 Drukuj

Od redakcji: Jesteśmy wredni, wiemy. Synoptycy zapowiadają powrót zimy, a my Wam tutaj dajemy relację z epickiej podróży motocyklowej. Wybaczcie. Przed wami część pierwsza. Gorąco zachęcamy do jej przyczytania. Idealnie sprawdzi się jako sposób na wkręcenie się w sezon motocyklowy.

Kilka lat temu, będąc na studiach w Finlandii postanowiłem wybrać się na weekendową wycieczkę motocyklem. Dysponując mapą tylko tego pięknego kraju, do końca nie zdawałem sobie sprawy jak daleko zajechałem. Do czasu... Przejeżdżając przez rondo w Ivalo zobaczyłem znak "Murmansk"... 303km... w prawo... Przecież Murmańsk to gdzieś daleko w Rosji! Może jednak nie tak daleko? Myśl, by tam pojechać, krążyła po głowie.

Plan był prosty - jedziemy na XR650L i dwóch Transalpach trzymając się jak najdalej od cywilizacji, głównych atrakcji do których można dojechać asfaltem, czy w końcu omijamy Sankt Petersburg. Przyjdzie na to czas kiedyś, gdy nie będzie już tyle sił i samozaparcia na plątanie się po terenie. Teraz najważniejsza jest natura i dzikie tereny. Na jeden dzień szkoda wjeżdżać, na dłużej szkoda zostać. Przygotowując trasę, zauważyłem na zdjęciach satelitarnych, że od jeziora Ładoga biegnie droga której google maps nie zna... Po sprawdzeniu na innych mapach okazuje się, że teoretycznie jest, ale praktycznie nikt nie potrafi powiedzieć, czy przejezdna. Dokładamy do tego miejsca związane z wojną zimową, wjazd w Chybiny, góry Lovozerskie, Lovozero, Teribierkę i półwysep Rybacki. Termin - czerwiec, w celu uniknięcia gorączki Euro 2012.

Witaj przygodo!

Nadszedł w końcu dzień wyjazdu. Ostatnie godziny w pracy to siedzenie, jak na szpilkach. Jeszcze tylko wyjechać ze stolicy i wyprawa rozpoczęta. Pierwszy cel to zajazd Żubryn przy granicy z Litwą, gdzie mamy spotkać się w trójkę - ja, Patryk i Krzysiek. Po drodze zwiedzamy bunkry w Nowogrodzie i przejeżdżamy asfaltową drogą przez Biebrzański Park Narodowy. Zmieniam zębatkę na 15 - powinny spaść obroty i spalanie. Jutro czeka nas ponad 800 km asfaltu, więc po kolacji dość szybko kładziemy się spać.

Via Baltiką do granicy z Rosją

Pobudka, tankowanie i ruszamy w kierunku Narvy w Estonii. Via Baltika jest nudna - płasko, pola i w miarę pusto. Pamiętam, że kiedyś udało mi się przejechać ten kraj bez używania hamulców - wystarczyło operowanie manetką i biegami. Dziś jest podobnie i można usnąć. Dodatkowo trzeba uważać na prędkość, bowiem tutejsza policja jest bardzo sprawna i potrafi pilnować nawet na remontowanych odcinkach. Omijamy wszelkiego rodzaju atrakcje turystyczne i około 19 docieramy do celu. Samo miasto nie okazuje się niczym specjalnym poza kilkoma socrealistycznymi koszmarkami. Ludzi na ulicach też za bardzo nie widać, choć podobno dziś rozpoczynają się dni miasta. W restauracjach jest tylko to, co się chciało ugotować kucharzowi, a nie to co w karcie…

Witamy w Rosji

Wybieramy to przejście graniczne, ponieważ można na nim za 1E zamówić sobie miejsce w kolejce. Standardowo musimy wypełnić mnóstwo formularzy, na szczęście pogranicznik ma do nas mnóstwo cierpliwości. Do pierwszej stacji dojeżdżamy na resztkach paliwa. Tankujemy standardową 92 po 2.70 PLN za litr i motocykle od razu jakoś lepiej pracują. Z głównej drogi odbijamy w kierunku Zatoki Fińskiej, a dalej jedziemy brzegiem Bałtyku. Mijamy pierwsze pomniki wielkiej wojny ojczyźnianej, a że jest sobota pod każdym stoi młoda para, czekając na obowiązkową sesję. No tak, nie ma to jak zdjęcie ślubne z Iłem Szturmowikiem w tle. Morska, autostradowa obwodnica Sankt Petersburga robi niesamowite wrażenie - trzy pasy w każdą stronę zbudowane na wodzie. Źle założony tankbag blokuje odpowietrzenie zbiornika, co skutkuje zgaśnięciem motocykla. Jak się później okazało, nawet zepsuta ciężarówka, zajmująca cały jeden pas, nikogo tutaj nie dziwi - Rosja. Za miastem zjeżdżamy na boczne drogi w poszukiwaniu pozostałości po Linii Mannerheima, która zatrzymała Rosjan w 1939 roku. Po drodze mijamy sporo baz wojskowych, w których znudzeni wartownicy patrzą tęskno w kierunku naszych motocykli. W końcu jest znak na „Finskoje vojenskoje zachranienie”, czyli po naszemu bunkry. Gorzej, że leśna droga zaczyna się głębokim i szerokim rowem przeciwczołgowym. Okazuje się, że bunkry są fragmentem czynnego poligonu, a akurat trwają ćwiczenia. Pod eskortą dwóch młodych żołnierzy udaje się dojść do pomnika i zrobić kilka zdjęć. Na końcu pytam się czy zapozują – tak, ale najpierw muszą poprawić mundury. W końcu rosyjski żołnierz musi wyglądać porządnie. Wieczorem docieramy do Wyborga, gdzie zatrzymujemy się w niedawno otwartym hostelu z parkingiem co prawda nie zamykanym na noc, ale za to niewidocznym z ulicy. W przeciwieństwie do Narvy miasto jest ciekawe i tętni życiem. Jest sporo mniejszych czy większych restauracji, barów, czy ogródków piwnych. Standardowo w honorowym miejscu stoi pomnik Lenina, jest również park jego imienia. Pierwszy raz spotykam się z rosyjskim zwyczajem zakładania na mostach przez zakochany kłódek z wypisanymi imionami. Nie mają one zamka i raz założonych nie ściągnie się.

Nad Ładogą

Następny dzień jest spokojniejszy, wstajemy późno i późno ruszamy. Jak się okaże, zostanie tak już do końca wyjazdu. W końcu jest lato i mamy dzień polarny, więc trzeba tylko pamiętać o zrobieniu zakupów. Jedziemy bocznymi, w większości szutrowymi drogami w kierunku Ładogi, mijając po drodze pomniki z czasów drugiej wojny światowej oraz senne miejscowości. Droga to raz szuter, raz asfalt. Zatrzymujemy się na leśnym parkingu na posiłek. Po kilku minutach mija nas motocyklista na niebieskim Transalpie. Zawraca, i pyta się po angielsku czy nie poratowalibyśmy go litrem paliwa. Kanistry mamy pełne więc nie ma problemu. Po chwili podjeżdża drugi na białej Afryce. Obchodzimy motocykle dookoła, żeby sprawdzić skąd są i okazuje się że... nie mają tablic rejestracyjnych! Podatek drogowy tani nie jest, w przeciwieństwie do mandatu za brak blach. Dlatego każdy ubezpiecza tylko motocykl i na tym koniec - Rosja. Przy okazji dowiadujemy się, że jeżeli jedzie się przepisowo, policja nie ma prawa zatrzymać pojazdu. Dzięki tej informacji udaje się uniknąć płacenia łapówek. Igor, jeden z motocyklistów, zaprasza do swojej daczy. Po drodze pokazuje nam ruiny fińskiego kościoła, portu wojennego w Lahdenpohja oraz fiordy na Ładodze. Wieczór kończy się kolacją, złożoną z lokalnych specjałów przygotowaną przez jego sąsiadkę i rundą po okolicy starym wojskowym UAZ'em busem. Pokazują nam pozostałości przedwojennych domostw. Finowie nie mieszkali w tradycyjnych wioskach, tylko budowali rodzinne gospodarstwa po 3 domy na większym terenie tzw. huuttori. Dzieci z całej okolicy przychodziły do szkoły pod którą był potężny bunkier widoczny do dziś. Pomiędzy drzewami na całym terenie widać resztki sprzętu rolniczego. Inną ciekawostką jest to że mieszkali oni tylko i wyłącznie w domach z drewna. Kamienne budynki przewidziane były dla zwierząt.

Karelskie szutry

Kolejny poranek mija nam na zmianie opon z szosowych na coś, co bardziej nadaje się na szutrowe drogi, którymi zamierzamy przebić się na północ. Igor odprowadza nas w kierunku Ruskeala - marmurowego kanionu na północ od Ładogi, po drodze pokazując wodospad Ahinkoski. Złoża marmuru zostały odkryte w tym miejscu w 1765 roku, a wydobycie rozpoczęto w 1769. Budulec wykorzystywany był w różnych projektach w Sankt Petersburgu, w tym katedrze Świętego Izaaka, Marmurowym Pałacu, Zamku Świętego Michała, wnętrzu Pałacu Zimowego, Ermitażu, na stacjach metra (Primorskaya i Ladozhskaya) oraz w Helsinkach w budynkach telewizji YLE i banku Säästöpankki. W XX wieku na skutek użycia dynamitu naruszono integralność skał, a złoża zostały porzucone i zalane. Obecnie jest to jedna z ciekawszych atrakcji turystycznych regionu, na którą warto poświęcić trochę czasu (około 45 minut na zwiedzanie). Za to na pewno nie warto jeść w najbliższym barze. Jedzenie (szaszłyk) może i było dobre, ale półtorej godziny oczekiwania to zdecydowanie za długo. Jedziemy dalej asfaltowymi drogami, okrążając Ładogę. Udaje nam się znaleźć miejsce gdzie działał słynny fiński snajper Simo Häyhä. Zwykły człowiek któremu kazano strzelać i robił to najlepiej jak mógł... Robił to tak dobrze że zyskał przydomek Biała Śmierć i za jego sprawą ponad 700 ludzi przeniosło się na tamten świat w 3 miesiące. Należy pamiętać że korzystał on z karabinu bez optyki (był mniej widoczny dla wroga) przy temperaturze kilkudziesięciu stopni poniżej zera. Jak bardzo był groźny najlepiej świadczy fakt że Rosjanie walczyli z nim przeprowadzając naloty bombowe czy używając ciężkiej artylerii. Został ranny głowę dopiero na kilka dni przed zakończeniem wojny zimowej, lecz zanim stracił przytomność zdołał zastrzelić czerwonoarmistę który do postrzelił. Obecnie w tym miejscu stoi pomnik ze słowami jego dowódcy Aarne Juutilainena „Kollaa kestää” – „Kolla wytrwa”. Dalej mijamy potężne skrzyżowanie pośrodku niczego na którym jesteśmy tylko my. Kawałek dalej odnajdujemy pomnik „Surun Pisti” poświęcony żołnierzom którzy zginęli w pod Lemetti . Finowie rozdzielili radzieckie jednostki na kilka małych części, tzw. motti (kotłów), stopniowo przystępując do likwidacji wrogich jednostek. Pomimo wielkich strat obrońców nieprzyjaciel został zatrzymany, zniszczone zostały 18 i 168 dywizja oraz 34 Brygada Pancerna Armii Czerwonej. Zdobyto 105 czołgów, 12 samochodów pancernych, 237 samochodów ciężarowych, 31 samochodów osobowych, 10 ciągników gąsienicowych, 200 składów amunicji. Zapewne dlatego okoliczne lasy wręcz usłane są pomnikami… U stóp niektórych widać zardzewiałe, podziurawione hełmy – robią bardzo przygnębiające wrażenie… Gdzieś po drodze mijamy finów z starym wojskowym Volvo z napędem 6x6, przerobionym na samochód kempingowy. Takim to dobrze – przejdą nawet przez największe bagna. W Suojarvi szukamy stacji benzynowej, ale jedyne co udaje nam się znaleźć to nas terenowe subaru, z którego wyskakuje obwieszony złotymi łańcuchami gość w mundurze, pyta co tu robimy i prosi o dokumenty. Mówimy, że jedziemy na północ i pytamy czy droga jest przejezdna. Kręci głową, ale mówi: próbujcie. Spisuje nas, a my urządzamy sobie piknik. Widząc, że czasu mamy sporo, puszcza bez żadnych „opłat administracyjnych”. Za miastem powinno być jezioro i tam chcemy poszukać miejsca na nocleg na dziko. Chłopaki sprawdzają jedną z dróg dojazdowych do jeziora, a ja czekam kawałek dalej na drodze. Po chwili na drogę wytacza się pies... za nim jego właściciel. Z krótkiej rozmowy wynika, że jeśli chcemy, to możemy rozbić się na plaży za domem. Miejsce niezwykle urokliwe, więc szybka decyzja - zostajemy. Nie minęło 5 minut, a z domu wychodzi ekipa motocyklistów z Moskwy z dwoma reklamówkami złotego trunku. Dodatkowo przygotowują nam banie. Nie przeszkadzają nawet chmary komarów, atakujące tysiącami, dobrze że zostałem poratowany tubylczym środkiem na te paskudztwa . Jeszcze nigdy tak długo nie rozbijałem namiotu - Rosja.

Kolejnego dnia miało okazać się, czy przejedziemy dalej. Z informacji uzyskanych od nowo poznanych znajomych wiemy, że przynajmniej powinny być stacje benzynowe, więc paliwa nam nie braknie. Droga okazuje się szeroką szutrówką o różnej gęstości - od twardej jak asfalt, przez tarkę, po kopny żwir. Jednak nie wolno dać ponieść się ułańskiej fantazji. Rosjanie stwierdzili, że znaki drogowe nic nie dają, dlatego przy drodze pozostawione są wraki samochodów. Działa to bardzo silnie na wyobraźnię. Uważać trzeba szczególnie na szybkich zakrętach, gdzie na zewnętrznej potrafi być usypane więcej piasku. Chwila nieuwagi i trzeba celować między drzewa. Widoki są niesamowite – czysty, niemalże dziewiczy las, błękitne niebo i droga po horyzont. Czego chcieć więcej? Kilkukrotnie mijamy Rosjan w białym busie, po czym na postojach oni nas. Za którymś razem zatrzymują się obok i częstują nas pysznymi suszonymi rybami własnej produkcji. Odwdzięczamy się suszonymi owocami i batonami. Okazuje się, że jadą w tym samym kierunku i spokojnie dotrzemy do Kostomukszy, gdzie znajduje się kemping. Kilkadziesiąt kilometrów dalej, stawiając motocykl na bocznej stopce w miękkim żwirze zaliczam piękną „glebę parkingową” – znak że pora na obiad. W założeniu mieliśmy zrobić około 200-250 km tego dnia, ale idzie dość sprawnie, więc decydujemy się dojechać do kempingu. Kilkadziesiąt kilometrów przed miastem zaczyna się asfalt. Z jednej strony wybawienie, z drugiej trochę żal. Najważniejsze, że udało się - przebiliśmy się przez lasy Karelii! Zatrzymujemy się na stacji i próbujemy dowiedzieć się o nocleg. Obsługa całkowicie nas olewa... Obok nas gość w garniturze tankuje swojego czarnego SUV'a. Widząc naszą konsternację podchodzi i pyta, jak może nam pomóc, po czym podprowadza nas pod recepcję kempingu i czeka aż sprawdzimy, czy są miejsca i mamy gdzie spać - Rosja. Mimo dość sporych cen decydujemy się na domek z sauną opalaną drewnem, dzięki czemu będzie jak wyprać i wysuszyć ubrania. Po ciężkim dniu sauna i kąpiel w jeziorze to było to, czego nam potrzeba. Dziś słońce chowa się tylko na krótko, powodując feerię barw na niebie.

Kalevala i brzeg morza Białego

Droga z Kostomukszy do Kalevali początkowo jest w doskonałym stanie, , ponieważ jest ważna dla Finów, którzy sponsorują jej budowę. Sporo krętych odcinków, pagórków, niższa roślinność - zdecydowanie inaczej niż dzień wcześniej. Po przejechaniu przez Voknavolok zaczyna się jeden z najpiękniejszych szutrowych odcinków w całej Karelii. Po drodze zatrzymujemy się przy ubranym w mundur Rosjaninie. Myśleliśmy, że to wojskowy lub policja, ale oni po prostu lubią tak chodzić ubrani. Służył kiedyś w Afganistanie i tak mu już zostało. Pokazuje nam boczną dróżkę, która prowadzi do ruin bazy wojskowej górującej nad okolicą. Kalevala to miejscowość przemianowana tak na cześć fińskiej epopei narodowej, której fragmenty można znaleźć na tablicach na całym jej terenie. Pogoda szybko się psuje i dopada nas ulewa. Niestety nie ma tu żadnej normalnej restauracji, tylko bar pod chmurką na targu, więc kupujemy wędliny, chleb i miód i czekamy na stacji benzynowej. Rozmoknięte drogi, które nie pozwalają na szybką jazdę oraz sporo czasu straconego przez oberwanie chmury powodują, że decydujemy się nocować zaraz po wjeździe na główną magistralę M18. Telefon do przyjaciela i dostajemy informację, że w pobliskiej miejscowości Chupa nad morzem Białym powinien być kemping. Magistrala M18 w tej okolicy jest obecnie w remoncie. Oznacza to mijanki, czy jazdę po szutrze. Nie wygląda to dobrze. W planach mieliśmy szybko przelecieć tą drogą, a może okazać się, że stracimy sporo czasu. Mijamy tablicę z nazwą miejscowości i skręcamy w wąską gruntówkę. Ale o co chodzi? Coś ta nawigacja dziwnie prowadzi - pewnie jakimiś skrótami. Wracamy na asfalt i staramy się dojechać nim jak najbliżej kempingu. W końcu nie ma innego wyjścia. Tylko hmmm... tu nic nie wygląda na czynny kemping. Raczej dawne tereny fabryczne, zniszczone budynki i zardzewiałe kikuty instalacji przemysłowych. Czy to na pewno właściwe miejsce? Nawigacja doprowadza pod zamkniętą bramę ogromnego zakładu i każe jechać dalej. No to klops. Napotkane dzieciaki tłumaczą, jak ominąć przeszkodę. Przejeżdżamy przez tory kolejowe i szok... Las, piękne skałki i wybrzeże Morza Białego... Zaznaczony na mapach kemping okazał się po prostu polem namiotowym w uroczej okolicy. Problem w tym, że niestety zajętym przez tubylców z kończących się zawodów wytrzymałościowych. Dziś w ramach Euro 2012 mecz Polska - Rosja, więc niekoniecznie mamy ochotę spać z tubylcami. Krzysiek zostaje sprawdzić, czy gdzieś znajdzie się dla nas miejsce, a my jedziemy poszukać jakiegoś sklepu. Wskazówki miejscowych nie ułatwiają zadania. W pewnym momencie trafiamy na odcinek w nieco trialowym stylu, po czym okazuje się, że nasz cel jest przy asfaltowej ulicy. Po co oni nas tak kierowali? Nie można łatwiej? Kupujemy potrzebne rzeczy i postanawiamy zjechać główną ulicą w dół miejscowości. Na dole okazuje się, że droga urywa się między garażami. Szukamy jakiegokolwiek przebicia do głównej drogi. Kończy się dzikim przejazdem przez tory kolejowe. Przenosimy się dwa kilometry dalej na polanę blisko morza. Podczas manewrów na biwaku Patrykowi zaczyna przeskakiwać łańcuch, zdejmujemy dekiel i okazuje się że przednia zębatka jest praktycznie łysa, zostały może 2-milimetrowe ślady po zębach. Mamy problem. Chociaż... Wszystko tu wygląda bardzo podobnie jak w XR, więc może będzie pasować moja 14? Długo się nie zastanawiamy i próbujemy. Wieloklin ten sam, jest znacznie cieńsza i ma mniej zębów. No tak - trampek ma łańcuch szerokości 525, a XR tylko 520. Trzeba spróbować. Po zmianie rundka kontrolna - nie jest źle. Przy okazji sprawdzamy przydatność zmiany przełożenia w transalpie. W międzyczasie dostajemy wynik meczu - 1:1, więc może tubylcy nie przyjdą w nocy się zrewanżować.

Chybiny

Rano budzą mnie nerwowe telefony - z tego wszystkiego zapomniałem wyłączyć GPS Spota i wyglądało jakbyśmy cała noc błądziliśmy. Pogoda nie jest najlepsza i zwijamy mokre namioty. Dobrze, że najbliższą noc spędzimy w hotelu - będzie można wszystko ładnie wysuszyć. Nie tankujemy rano - w końcu jedziemy M18, a tam stacje muszą być co parę kilometrów. W Krzyśkowym trampku silnik zaczyna przerywać - koniec paliwa. No to pięknie. Napotkani robotnicy twierdzą, że do najbliższej stacji jest 40 kilometrów. Na szczęście mam sporo większy zbiornik i udaje się podzielić paliwo tak, że jakoś damy radę. W drodze do stacji motocykl chodzi jakoś dziwnie. Przerywa, gubi oddech. O co mu chodzi? Może paliwo jakieś kiepskie, albo kranik na rezerwie przytkany, albo przyciąłem wężyk odpowietrzenia zbiornika tankbagiem. Zatrzymuję się na poboczu i nie wierzę własnym oczom. Źle zamontowałem wężyk na kraniku i gubię bezcenne paliwo... Dodatkowo mam pięknie wyczyszczony stelaż z farby. Niech to szlag. Może dojadę. Gorzej, jak staniemy we trzech... Jak na złość paliwo kończy mi się 800 m przed stacją. Po raz kolejny na tym wyjeździe okazało się to pozytywną sytuacją, bowiem stanąłem w pobliżu przydrożnego baru. Zamawiam jedzenie, a chłopaki przywożą kanister paliwa. Za smaczny posiłek w postaci solanki, kawałka mięsa, ziemniaków i surówki płacimy w okolicach 20 pln. Miejsce jest dość oryginalne, z przyprawami umieszczonymi w obciętych plastikowych kubkach, czy suszarką do rąk na przycisk. Automatyka zakończyła swój żywot już jakiś czas temu, ale po co wyrzucać? W efekcie korzystanie z tego urządzenia było dużo wygodniejsze niż z tych nowoczesnych i w pełni sprawnych. Za to jedzenie całkiem smaczne, dużo i w przyzwoitej, jak na Rosję, cenie. Sama M18 jest nudna, jak flaki z olejem. Asfalt w większości nowy, kilka odcinków w remoncie, ale idzie to sprawnie, mimo deszczowej pogody. Dojeżdżając do Kirowska widzimy ośnieżone szczyty gór, nie wróży to dobrze planom wjechania w nie. Spotkana ekipa, jadąca terenowymi samochodami, poleca nam restaurację i hotel Fusion. Samo miejsce, zbudowane ze szkła i stali, zdecydowanie wyróżnia się na tle szarych bloków. Okazuje się, że hotel jest, ale nie tutaj, tylko w innej części miasteczka. Na pytanie, jak tam dojechać, kobieta w czarnym błyszczącym SUV'ie mówi: jedźcie za mną. „Gastinica” jest całkiem przyzwoita, z łazienką na dwa pokoje i dostępem do kuchni. Coś pomiędzy hotelem, a hostelem. Jest też balkon z monitoringiem, na który można wjechać motocyklem. Dodatkowo dadzą nam wymagany w Rosji meldunek. Dowiadujemy się, że planowana na dziś trasa zapoznawcza w góry jest dość prosta - kobieta twierdzi, że była tam swoim samochodem i zajęło jej to 40 minut. Szybka kolacja i jedziemy na pusto zabierając tylko batony i wodę. Z relacji znajomych wiemy, że droga wiedzie wprawdzie momentami rzeką, ale płytką. Później pięknie i szybko. Dojeżdżamy zgodnie z planem do kopalni, przed nią w lewo. Jest i płytka rzeka. Przebijamy się i wyjeżdżamy na brzeg. Trochę błota i śniegu, ale da się w miarę sprawnie jechać, objeżdżając łąką trudniejsze momenty. Po pewnym czasie droga wjeżdża znowu do rzeki. Hmmmm... tego tu miało nie być. Spojrzenie na GPS - wszystko sie zgadza. Próbujemy. Z każdym metrem prąd robi się coraz silniejszy, czasami wręcz cofa motocykl. Jedyna szansa to trzymać się stromego brzegu i odkręcać gaz, co czasem kończy się zakopaniem motocykla. Powoli, bo powoli, ale udaje się pokonać tę przeszkodę. Za to czekają nas nowe atrakcje w postaci łach śniegu, który jest dość miękki, przez co motocykle trzeba przepychać. W pewnym momencie mijają nas Rosjanie na quadach - twierdzą że da się dojechać do schroniska ale „śniegu mnogo”. Po kilku godzinach walki, gdy więcej jest śniegu niż szutrowej drogi, decydujemy się na powrót. W wyższe partie gór nie damy rady się wbić, więc może jutro na świeżo spróbujemy. W drodze powrotnej zmęczenie daje o sobie znać i zaczynamy popełniać błędy. W najbardziej rwącym odcinku rzeki zaliczamy „gleby”, które najgorzej kończą się dla Patryka - skręca nogę. Później kładę motocykl w kałuży na stronę tłumika. Próbując go podnieść wywracam się razem z nim na druga stronę. Dopiero teraz uświadamiam sobie, że dno kałuży pokryte jest lodem... Próbuję odpalić silnik - nic. Wykręcam świece, kręcę rozrusznikiem i dostaję fontannę wody w twarz. Szybka decyzja - próbujemy holowania motocykla w terenie, do czego przydaje się lina, szekle i taśmy, które wziąłem ze sobą. W ten dość karkołomny sposób wracamy do miasteczka. Na asfalcie próbuję odpalić motocykl na holu. Zapala, ale kopci na biało. W dodatku, gdy po chwili sprawdzam olej, widać w nim wodę. Jest źle, ale nie tragicznie. Przyjechaliśmy 2-3 tygodnie za wcześnie. Przed rokiem, na początku lipca, nie było prawie w ogóle śniegu, a rwący potok był wilgocią miedzy kamieniami. Padamy ze zmęczenia. Mądry Polak po szkodzie…

Leczenie ran w Kirowsku

Kolejny dzień to leczenie ran. Chodzę po całym miasteczku i szukam oleju motocyklowego i albo nie mają albo zamknięte. Czasem rozmowa ze sprzedawcą, czy mechanikiem przebiega w bardzo ciekawy sposób:

- Potrzebuję olej do motocykla
- Hmmm... ale jaki?
- No do motocykla
- Ale jaki? SAE jakie?
- Aaaa 10W 40.
- Hmmmm.... Mam taki… Do diesla…

Udaje się go zdobyć dopiero na stacji Statoil w sąsiedniej miejscowości 20 km dalej. Przy okazji odkrywam słowo klucz w pytaniach, jak dojechać - swietafor, czyli po prostu skrzyżowanie ze światłami. Sam Kirowsk jest pełen sprzeczności, jak cała Rosja. Sporo w nim rozpadających się bloków czy fabryk, z drugiej strony piękne budynki, skwery czy jezioro z fontanną. Oczywiście niemalże standardowo są pomniki Lenina, za to Stalina widzę po raz pierwszy. Ciekawostką była kobiecina ze stolikiem sprzedająca kilka gazet na środku wielkiego chodnika czy schody przytargane z zupełnie innego miejsca i ustawione jako skrót prze murek. Remont silnika na środku ulicy nikogo tutaj nie dziwi, za to jest atrakcją dla dzieciaków z okolicznych domów. Dowiaduję się od nich, że jeszcze miesiąc temu padał tu śnieg... Po południu udaje się doprowadzić motocykl do stanu używalności. Jak się okaże kilka miesięcy później nie doszło do żadnych uszkodzeń w silniku. Krzysiek w międzyczasie sprawdza drogę przez bagna, którą mamy w planie. Wieczorem, jak ostatnie burżuje, jedziemy taksówką do Fusion na kolację, co jest o tyle przyjemne, że przejazd po mieście, niezależnie od długości, kosztuje w przeliczeniu 6 pln. Restauracja w typowo zachodnim stylu, bardzo elegancka. Klientela to lokalni biznesmeni lub pary zakochanych. Widać, że turyści to rzadkość, bo jak tylko orientują się że jesteśmy z zagranicy dostajemy przycisk do przywoływania kelnerki. Wracamy również taksówką, choć obowiązuje już droższa nocna taryfa – 7 pln. W ramach kursu normalny jest postój się na zakupy w sklepie, za który nie trzeba dodatkowo płacić. Jest środek nocy, a wciąż widać słońce za górami. Robię zdjęcie naszego hotelu z tego samego miejsca, co w południe - różnicy nie widać.

Góry Lovozerskie i festiwal Saamów w Lovozero

Następnego dnia decydujemy się dojechać do Lovozero asfaltem - na bagnach dużo wody, kostka Patryka dwa razy większa niż normalnie, a mój motocykl nie wiadomo w jakim stanie. Widać, jak zmienia się przyroda - drzewa robią się coraz niższe, po czym znikają zupełnie. Kontroluję zachowanie silnika, ale wygląda na to, że wszystko jest w porządku. Zjeżdżamy z głównej magistrali M18 i zatrzymujemy się przed przejazdem kolejowym. Sprawdzam w nawigacji, czy to na pewno ta droga. Po chwili pojawia się lokomotywa spalinowa, której robię zdjęcia do kolekcji rosyjskich cudów techniki. Pojazd zatrzymuje się i wyskakuje z niego kilku żołnierzy. Czyżbym zrobił zdjęcia tajnej jednostce wojskowej albo nowemu typowi lokomotywy bojowej? Na moje szczęście okazuje się, że chłopaki czyszczą przejazd kolejowy z ziemi. Po drodze próbujemy wjechać, na tyle na ile się da, w góry Lovozerskie. Okazuje się, że tu śniegu prawie nie ma, za to można podziwiać cudowne, księżycowe krajobrazy. Siedzimy i napawamy się widokami. Na horyzoncie widać burzowe chmury, a wystarczy nam już ekstremalnych doznań w górach. Mając w pamięci przygody znajomych z zeszłego roku, postanawiamy spać parę kilometrów za Lovozero. Znowu mamy szczęście i trafiamy na miejsce, gdzie następnego dnia ma się odbyć festiwal Saamów oraz zlot motocyklowy. W dodatku organizują go znajomi Igora, którzy mają nowy napęd dla Patryka. Jeden z organizatorów festiwalu jest dość podobny do mojego wujka. Pytam, gdzie jest najbliższy sklep, a on oferuje, że mnie do niego zawiezie. W samochodzie zauważam torbę ze zdjęciami i obudowami do magnesów na lodówkę. Zagaduję, czy można od niego odkupić kilka.

- Tak, to mój taki mały biznes - odpowiada - jestem fotografem. Pracowałem między innymi przy filmie Kukułka. Znasz ten film?

Zatkało mnie... To po prostu niemożliwe... Przecież to jeden z moich ulubionych!

- Jasne, to naprawdę świetny film!
- Jak chcesz, to po meczu przywiozę album z moimi zdjęciami.
- Oczywiście że chcę!

Robię błyskawiczne zakupy i wracamy. Z wrażenia zapominam o wodzie do picia. Po powrocie opowiada nam o filmie, Saamach i okolicy. Na części zdjęć widać rysunki skalne.

- Czy wiecie dlaczego one są takie proste i symboliczne?
- Bo powstały dawno temu?
- Nie, nie dlatego. One były rysowane przez dzieci
- Jak to przez dzieci?

- Tutejsze rysunki mają ok 3000 lat i są dość proste. A przecież są dużo starsze, bardzo piękne i szczegółowe rysunki. Więc co? Ludzie oduczyli się rysować? Gdzie są rysunki? Na skałach blisko wody. Dzieci kąpały się, po czym suszyły na brzegu. Z nudów zaczynały wydłubywać to, co widziały - zwierzęta, łodzie, ryby, ptaki. I były to małe dzieci, bo starsze pomagały już rodzicom i nie miały czasu na zabawę. Zrobiłem kiedyś eksperyment i poprosiłem grupę siedmiolatków o narysowanie różnych zwierząt. Efekty przypomniały to, co widać na skałach. Ot, takie moje małe odkrycie. Zasypiamy, będąc pod wrażeniem opowieści i legend północy.

Zdjęcia
honda zachodekipa razem
honda pejzazblack racing
bezdrozai co ze nie ryba
jezioro w gorachkapiel
klimatyklimaty 2
klodka miloscikosmiczne klimaty
motocykle w gorachmiasto wieczorem
mega offroadmotocykle w lesie
motocykliscimotocykl kierowca
obozowiskona pustkowiu 2
niebezpieczne drogiobletny krajobraz
na pustkowiuognisko
piekna brunetkaprzed siebie
piwo kisspogodny dzien
postoj Narvapostoj w trasie
potoczekpieknosci
przeszkodyprzystanek
przy brzegipuste drogi
przy schronieprzy szosie
przy znakuprzy jeziorze
pysznoscirockowy garaz
rozowa poscielsklepowy folklor
sniadaniezachod slonca
spacer z motocyklemsposob aby zaden kretyn nie wjechal na toru
sprawdzanie mapyszybka kawka
druidkago to estonia
lezenie W sniegumatka zebatka
rozebrany motocyklskromny sanitariat
szybka naprawatelefon na drzewie
Komentarze 10
Pokaż wszystkie komentarze
Dodaj komentarz

Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników portalu. Ścigacz.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Jeżeli którykolwiek z komentarzy łamie regulamin , zawiadom nas o tym przy pomocy formularza kontaktu zwrotnego . Niezgodny z regulaminem komentarz zostanie usunięty. Uwagi przesyłane przez ten formularz są moderowane. Komentarze po dodaniu są widoczne w serwisie i na forum w temacie odpowiadającym tematowi komentowanego artykułu. W przypadku jakiegokolwiek naruszenia Regulaminu portalu Ścigacz.pl lub Regulaminu Forum Ścigacz.pl komentarz zostanie usunięty.

Nasi fani komentowali
na górę