tr?id=1223146534440221&ev=PageView&noscript=1

Pochwała nieufności - głos przeciwko drogowej utopii

Autor: Konrad Bartnik 2018.01.14, 19:09 11 Drukuj

Kolejne rządy, policja oraz organizacje pozarządowe, zajmujące się bezpieczeństwem ruchu od lat walczą o zmniejszenie liczby ofiar wypadków drogowych. Wśród wielu bardzo dobrych inicjatyw pojawił się niestety jeden trend, który budzi mój niepokój i sprzeciw - postępujące odchodzenie od zasady ograniczonego zaufania i przesuwanie całego ciężaru winy na kierowców.

Ostatnie lata to, patrząc uczciwie, duży postęp jeśli chodzi o jakość infrastruktury drogowej, buduje się coraz więcej wydzielonych z jezdni chodników dla pieszych i ścieżek rowerowych. Pojawił się znakomity przykład Jaworzna, w którym w 2017 roku nie było ani jednej ofiary wypadku drogowego. Jest to zasługa przemyślanej przebudowy ulic, mocno zwężonych w centrum, wymuszających niską prędkość poruszających się nimi pojazdów oraz doskonale przepustowych na trasach przelotowych. Z drugiej strony z całej Polski wciąż docierają informacje o koszmarnych wypadkach, głównie z udziałem pieszych. Obfitował w nie zwłaszcza okres świąteczny, a kilka takich zdarzeń mocno zaistniało w mediach, tak jak te w Zielonce i w Toruniu. Zresztą - w bardzo bezpiecznym Jaworznie również doszło w ostatnich dniach do śmiertelnego potrącenia pieszej, przechodzącej przez jezdnię w niedozwolonym miejscu, co przerwało świetną passę tego miasta.

Ewidentni zabójcy

W dyskusjach o poprawie bezpieczeństwa na naszych drogach należy zacząć od jednej grubej kreski, dotyczącej kierowców. Nie pójdziemy dalej bez drakońskich kar za jazdę pod wpływem różnych chemicznych "czynników baśniowych" oraz za drastyczne przekroczenia limitów prędkości. Nie mówię tu o przekroczeniach o 10-20 km/h, tylko o jeździe ponad setką w zabudowanym, przy której każdy nowy pomysł na poprawę sytuacji można sobie wsadzić w… kieszeń. Fizyki nikt nie oszuka - nawet przy najlepszych umiejętnościach kierowcy wyższa prędkość to mniej czasu na reakcję na sytuacje niespodziewane. Delikwenci, tacy jak ten, który zabił dwie piesze na pasach w Toruniu, kiedy wypadł zza zakrętu z ogromną prędkością, to po prostu przypadki kryminalne, które nie powinny być tematem dyskusji o bezpieczeństwie, tylko obiektem bezwzględnego tępienia. To jest moim zdaniem zupełnie oddzielna gałąź tego problemu, którą powinni odpiłowywać ustawodawcy oraz odpowiednie służby.

Etatowy winny, etatowa ofiara

Realna dyskusja powinna odbywać się na temat tego, jak zwiększać bezpieczeństwo przy założeniu, że w większości miejsc mamy już w miarę dobrą infrastrukturę, a kierowcy jeżdżą mniej więcej zgodnie z przepisami. W takich okolicznościach również dochodzi do wypadków i wszyscy zastanawiają się, dlaczego tak jest. Największe emocje budzą zawsze zdarzenia, w których duży pojazd uderza w mniej chronionego uczestnika ruchu, najczęściej pieszego lub rowerzystę. Są oczywiście przypadki ewidentne - wjechanie na chodnik lub przystanek, czy wyprzedzanie pojazdu przepuszczającego pieszych. Jednak w przypadkach niejednoznacznych, kiedy mimo przepisowej jazdy dochodzi do śmiertelnych potrąceń, dyskusja zmierza często w zupełnie niezrozumiałym dla mnie kierunku.

Na dzień dobry oskarżany jest zawsze kierowca, od którego wymaga się nadnaturalnych zdolności. Podkreśla się fakt, że w przeciwieństwie do niego, pieszy nie musi znać przepisów ruchu drogowego. Tak jakby uzyskanie zwykłego prawa jazdy dawało również zdolność przewidywania przyszłości, refleks polującego geparda i umiejętności profesjonalnego rajdowca. Brylują w tym różnego rodzaju ruchy miejskie, z definicji wrogo nastawione do transportu indywidualnego, które nie przepuszczą żadnej okazji przeforsowania swojej wizji miasta bez aut i motocykli. Niestety kierowcy, nawet najlepsi, to tylko zwykli ludzie, którym po zdanym egzaminie ustawodawca zapewnił prawo do prowadzenia określonych pojazdów, w warunkach określonych przepisów. I moim zdaniem powinni być rozliczani tylko z tego, czy się do nich zastosowali oraz czy w ramach swoich zdolności uczynili wszystko inne, by temu wypadkowi zapobiec. Nie mogą być obwiniani za potrącenie pieszego, który wyszedł nagle spomiędzy zaparkowanych aut lub za ciemno ubranych ludzi bez odblasków, których na nieoświetlonej drodze widać dopiero z kilku metrów, kiedy na reakcję jest już za późno. Sam mieszkam na wsi i takich akcji "o włos" miałem już wiele, mimo przepisowej pięćdziesiątki na budziku. Tymczasem na jednym z szanowanych portali spotykam się ze stwierdzeniem, że odblaski są niepotrzebne, bo przy prawidłowym poruszaniu się po jezdni nic obu stronom nie może się stać. Zgroza!

Kochasz? Nie ufaj

Niestety, usunięto w cień starą jak świat zasadę obustronnego ograniczonego zaufania, przerzucając całą odpowiedzialność na kierowców i rozwiązania infrastrukturalne. Stanowczo protestuję przeciwko forsowanej obecnie filozofii wprowadzania na ulicach stref "przyjaznych pieszym". Taką strefą, gdzie można się zapomnieć, może być wyłącznie wydzielony chodnik, plac lub deptak. Każde inne miejsce, gdzie krzyżuje się ruch aut, motocykli, rowerów i pieszych powinno być traktowane w świadomości jako strefa wojny, dosłownie drogowe Aleppo, w którym możesz oberwać za każdym rogiem. To jest znów fizyka na poziomie podstawówki - pojazd o dużej masie, nawet przy minimalnej prędkości, jest bardzo niebezpieczny dla niechronionych uczestników ruchu. Wlewanie do głów, zwłaszcza dzieci, zaklęć, według których na oświetlonym, wyraźnie oznakowanym i nawet często wyniesionym na "garbie" przejściu nic nie może im się stać, jest zwyczajną zbrodnią. Nawet najbardziej przepisowi na świecie kierowcy miewają zawały, but obsuwa im się z pedałów, zalewają się kawą, kłócą się z partnerem lub są zmęczeni po pracy. Nie mówiąc o awariach pojazdu. Tych okoliczności przepisy nie przewidują - trzeba przygotować się na nie samemu. Rozglądać na boki i pilnie śledzić sytuację nawet na zielonym świetle, do momentu opuszczenia jezdni.

Osobiście wychodzę z założenia, którego nauczyli mnie dobrzy ludzie na początku mojej przygody z motocyklami, że jedyną stuprocentową ochroną jest to, co mamy pod czaszką. Jest również bardzo kontrowersyjna teza, z którą jak najbardziej się zgadzam, że nie ma wypadku motocyklowego bez winy motocyklisty. Nawet jeśli analiza pod względem prawa i przepisów mówi o ewidentnej winie innego kierowcy, to jako mniej chroniony uczestnik ruchu poniosę większe konsekwencje. Często ostateczne. Dlatego moim obowiązkiem jest ciągła analiza otoczenia i gotowość na niespodziewane ruchy innych pojazdów. Stąd chociażby moje przekonanie, że przy jakimkolwiek ruchu poprzecznym, 50 km/h w mieście to nie jest głupi pomysł, nawet na najszybszej maszynie. Oczywiście nie robię z siebie świętego, który nigdy nie odkręca, ale jest to pewien kanon myślenia, który do tej pory pozwalał mi na uniknięcie przykrych zdarzeń na drodze. Mam nadzieję, że zostanie tak jak najdłużej.

Całkiem prosta sprawa

Można oczywiście zgodzić się ze stwierdzeniem, że przeciętny pieszy nie musi mieć wiedzy wyniesionej z kursów. Natomiast to, o czym pisałem wcześniej, to nie żadne hokus-pokus, przeznaczone dla tęgich umysłów. To są proste zasady, które powinny być wpajane od samego początku cyklu edukacji, już w przedszkolach. Przepisy przepisami, infrastruktura infrastrukturą, ale będąc na ulicy masz OBOWIĄZEK zadbać o siebie. W przeciwnym razie możesz być martwy - z winą czy bez winy innego uczestnika ruchu. Ocieram się tu o bardzo kontrowersyjny temat "obwiniania ofiar", szeroko poruszany także w innych dziedzinach życia, więc chciałbym być dobrze zrozumiany. Wszystko to, co promowane jest w tej chwili jako lekarstwo na niebezpieczeństwa w ruchu drogowym, jest tylko dodatkiem. Cennym, zwiększającym szanse, ale tylko dodatkiem do zdrowego rozsądku.

Przy tym wszystkim, co napisałem wcześniej, popieram "Strefy 30" w ścisłych centrach miast i jednocześnie uważam, że prowadzenie pojazdu to odpowiedzialność większa, niż się wszystkim wydaje. Prawo jazdy to nie prawo człowieka i zdobycie go jest wciąż zbyt łatwe, a predyspozycje kandydatów mocno wątpliwe. W dodatku powinno się wprowadzić obowiązkowe okresowe badania dla starszych kierowców, których stan zdrowia może być zagrożeniem dla wszystkich. Powinniśmy po prostu grać do jednej bramki, ale wciąż ze świadomością, że można niespodziewanie dostać nożem z trybun, jak kiedyś Dino Baggio.

Welcome to the jungle

Na koniec proponuję uświadomić sobie, że niemal codziennie spotykacie się na drodze z przysłowiowym typem dysponującym IQ 80, który nic nigdy nie przeczytał, nie ma prawa jazdy, lecz szczyci się tym, że jego stare Mondeo leci 150 nawet pod górę. Również codziennie mijacie kilku nawalonych kierowców, z których tylko niewielki odsetek będzie złapany. To jest rzeczywistość, to jest, kurde, codzienna dżungla, a nie świat, który wyobrażają sobie twórcy "Wizji Zero" (całkowity brak ofiar). Bez wyrobienia w sobie pewnego rodzaju wojskowego drygu do samoobrony, połączonego z czujnością muchy, łatwo jest paść ofiarą nawet w najbardziej przyjaznej strefie, gdzie różowe jednorożce rozdają cukierki.

Zdjęcia
Komentarze 10
Pokaż wszystkie komentarze
Dodaj komentarz

Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników portalu. Ścigacz.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Jeżeli którykolwiek z komentarzy łamie regulamin , zawiadom nas o tym przy pomocy formularza kontaktu zwrotnego . Niezgodny z regulaminem komentarz zostanie usunięty. Uwagi przesyłane przez ten formularz są moderowane. Komentarze po dodaniu są widoczne w serwisie i na forum w temacie odpowiadającym tematowi komentowanego artykułu. W przypadku jakiegokolwiek naruszenia Regulaminu portalu Ścigacz.pl lub Regulaminu Forum Ścigacz.pl komentarz zostanie usunięty.

Nasi fani komentowali

Polecamy

Aktualności

reklama

sklep Ścigacz

    na górę