Koniec taniego tankowania. Słowacja mówi stop
Słowacja właśnie wrzuciła wyższy bieg w walce z paliwową turystyką. Czy w Polsce podobne rozwiązania też są możliwe, a przede wszystkim, czy są konieczne?
Jak donosi Money.pl kierowcy, którzy do tej pory przekraczali południową granicę, żeby zatankować taniej, mogą mocno się zdziwić. Nowe regulacje uderzają w obcokrajowców i ograniczają swobodę tankowania, a wszystko to w odpowiedzi na rosnący napływ kierowców z sąsiednich krajów, w tym z Polski.
Reklama
Najczęściej kupowane w Polsce motocykle dostają teraz aż 6 LAT GWARANCJI »
Japońskie motocykle, które polscy motocykliści kupowali w ubiegłym roku najczęściej, są teraz do kupienia z 6-letnią opieką gwarancyjną. Kupujesz nowy i przez 6 lat nie martwisz się już o naprawy.
ZOBACZ MOTOCYKLE I SZCZEGÓŁY »
To nie przypadek, bo Słowacja od dłuższego czasu kusi najniższymi cenami paliw w regionie. Benzyna 95 kosztuje tam średnio 1,52 euro, a diesel 1,53 euro. Dla porównania w Polsce mówimy o poziomie 1,58 euro za benzynę i 1,78 euro za olej napędowy. Różnice na pierwszy rzut oka nie są ogromne, ale przy większym tankowaniu robi się z tego konkretna kwota, szczególnie w przypadku diesla, gdzie różnica sięga niemal 1 zł na litrze.
Bratysława postanowiła ukrócić ten proceder. Wprowadzono przepisy obowiązujące przez 30 dni, zgodnie z którymi obcokrajowcy zapłacą więcej. W praktyce ma to wyglądać tak, że cena zostanie wyliczona jako średnia z poziomów obowiązujących w Austrii, Czechach i Polsce. Gdyby przyjąć aktualne dane europejskich instytucji, oznaczałoby to wzrost o 9 eurocentów na litrze benzyny i aż o 22 eurocenty na dieslu. Podwyżka ma skutecznie ostudzić zapał do paliwowych wycieczek.
Na tym jednak nie koniec. Każdy kierowca, niezależnie od obywatelstwa, zatankuje wyłącznie do baku i maksymalnie do jednego kanistra o pojemności 10 l. Koniec z napełnianiem bagażników dodatkowymi zbiornikami i robieniem zapasów na kilka tygodni jazdy.
Słowackie władze tłumaczą radykalną zmianę dotyczącą paliwa wymagającą sytuacją, w tym dostaw ropy. Otóż przy populacji około 5,5 mln mieszkańców możliwe jest zbilansowanie produkcji i krajowego zapotrzebowania. Problem zaczyna się wtedy, gdy do gry wchodzą kierowcy z zagranicy, którzy potrafią wyssać lokalny rynek z zapasów.
Eksperci, w tym z petrol.pl, w zasadzie przyznają, że to ruch obliczony na ochronę własnego rynku. Gdy do rachunku doliczy się tysiące kierowców z regionów przygranicznych, okazuje się, że paliwa po prostu może zabraknąć. I wtedy problem przestaje być ekonomiczny, a zaczyna być strategiczny dla całego kraju.
Wracając od pytania, czy taki scenariusz mógłby wydarzyć się w Polsce, branża jest zgodna, że to mało realne. Nasz rynek w dużej mierze opiera się na imporcie. Około 30 proc. benzyny i 20 proc. diesla pochodzi z zagranicy, co oznacza, że ograniczanie sprzedaży tylko do rynku krajowego byłoby niezwykle trudne do wdrożenia. Do tego dochodzi doświadczenie z 2023 r., kiedy nienaturalnie niskie ceny sprawiły, że import przestał się opłacać, a na stacjach pojawiły się problemy z dostępnością paliwa.
Ale poczynania słowackich mogą być sygnałem większej zmiany. Rynek paliw coraz mocniej reaguje na globalne napięcia. Decyzje polityczne zaczynają mieć bezpośredni wpływ na codzienność kierowców. W tle pozostaje niepewna sytuacja na Bliskim Wschodzie i kondycja infrastruktury rafineryjnej. Nawet jeśli złoża ropy przetrwają, uszkodzone rafinerie czy terminale gazowe to zupełnie inna historia, bo tych skomplikowanych instalacji nie da się naprawić z dnia na dzień.
Na razie tylko Słowacja testuje rozwiązanie tymczasowe, ale niewykluczone, że to dopiero początek nowej rzeczywistości. Znacznie trudniejszej rzeczywistości.







Komentarze
Pokaż wszystkie komentarze