Colin Edwards myśli o powrocie do WSB
Fabryczne zespoły Aprilii i Ducati złożyły Colinowi Edwardsowi oferty powrotu do World Superbike w sezonie 2010. Co teraz zrobi „Teksańskie Tornado"?
Edwards jest właśnie w samym środku swojego siódmego sezonu startów w MotoGP, ale choć ma za swoim koncie wizyty na podium, przez ten czas nie udało mu się wywalczyć ani jednego zwycięstwa.
Teksańczyk faktycznie jeździ solidnie i często dojeżdża do mety w pierwszej piątce, ale jest jednym z najlepiej opłacanych zawodników w MotoGP, a to zobowiązuje. Kontrakt Edwardsa na starty w królewskiej klasie opiewa na kwotę z sześcioma zerami, z licznymi bonusami przewidzianymi za finisze w pierwszej piątce, trójce i ewentualne zwycięstwa.
Kontrakt ten jest jednak opłacany bezpośrednio przez Yamahę, a nie zespół Monster Tech 3 Yamaha, którego cały budżet na sezon 2009 wynosi siedem milionów Euro. Gdyby nie wsparcie finansowe Yamahy, Herve Poncharala z pewnością nie byłoby stać za zatrudnienie Edwardsa, a dwukrotny mistrz świata serii Superbike nie podjąłby się współpracy za znacznie niższe wynagrodzenie.
W dobie recesji za kulisami aż huczy od plotek, jakoby Yamaha nie była skłonna do przedłużenia kosztownego kontraktu z Edwardsem, przynajmniej, jeśli jego wyniki nie ulegną drastycznej poprawie.
Sam Edwards wielokrotnie podkreślał także, również w rozmowach ze Ścigacz.pl, iż chciałby wystartować jeszcze raz w amerykańskich lub światowych Superbike'ach, ale musiałby otrzymać propozycję „nie do odrzucenia".
Biorąc pod uwagę zamieszanie panujące w serii wyścigowej w USA oraz niepewną przyszłość w MotoGP, Teksańczyk może faktycznie zdecydować się na powrót do WSB. Jak udało nam się oficjalnie potwierdzić, oferty złożyły mu już bowiem fabryczne zespoły Aprilii i Ducati (Bolończycy starali się także o usługi Edwardsa rok temu, ale on sam postanowił pozostać w MotoGP, a jego ewentualne miejsce zajął Nori Haga).
Edwards, prywatnie mąż i ojciec dwójki dzieci, nie ukrywa, iż ważny jest dla niego nie tylko pakiet techniczny, ale także warunki finansowe, z kolei zespoły fabryczne, nawet w dobie kryzysu, mogą pozwolić sobie na wysoki kontrakt gwiazdorski z zawodnikiem, który z miejsca mógłby walczyć o mistrzostwo World Superbike w sezonie 2010.
Póki co przyszłość „Teksańskiego Tornada" cały czas wisi w powietrzu, ale jeśli Edwards nie znajdzie dla siebie miejsca w jednym z czołowych zespół w MotoGP, chyba każdy fan wyścigów chciałby zobaczyć go ponownie w World Superbike.


Komentarze 1
Pokaż wszystkie komentarzea rok temu w Laguna Seca mówił, że dostał 50 euro ;-)
Odpowiedz