Zdobyć Argentynę - motocyklem do Ameryki Południowej

Autor: Krzysztof Rudź 2014.09.25, 10:10 5 Drukuj

Od redakcji: Podróżowanie motocyklem. Nawet jeśli poświęcasz swoje życie ściganiu się na torze lub rywalizacji w terenie, jakaś część ciebie zawsze będzie pragnęła zwiedzać świat na dwóch kołach. To po prostu jest fajne i daje to niewytłumaczalne, tak bardzo pożądane uczucie wolności. Jeśli jeszcze nie mieliście okazji zapoznać się z pierwszą oraz drugą to serdecznie polecamy nadrobić braki. Sezon motocyklowy małymi kroczkami zbiża się do końca. Ale nie znaczy to, że nie można już wkręcać się w turystykę i planować kolejne przygody. Zapraszamy do lektury!

trasa wyprawy3 m

Chile

Droga z Mendozy do Santiago de Chile wiedzie malowniczym kanionem, którym płynie Rio Colorado. Początkowo płaski teren blisko Mendozy szybko zaczyna piąć się pod górę. Andy, które widzieliśmy ruszając rano z cempingu zaczęły powoli się zbliżać, aż wreszcie wjechaliśmy pomiędzy ogromne góry. Tankujemy ostatni raz paliwo w Argentynie i ruszamy dalej. Zjeżdżamy na trochę z głównej drogi na szuter, aby zobaczyć kamienny mostek na Ruta Sanmartinians. Zaraz za asfaltem droga robi się fatalna, pełno dziur i luźne kamienie. Na jednym z ostrych zjazdów zbyt późno ostrzegam żonę o kolejnej przeszkodzie i jej motor kładzie się efektownie na bok. Ja jestem na stromym zjeździe w dół, a obok mnie spora skarpa. Zawracam motocykl i podnosimy jej maszynę, ale przedtem musimy zdjąć prawie cały bagaż. Cały czas mamy za dużo sprzętu, ale ciężko jest nam się czegoś pozbyć. Dobrze, że wino w sakwie w szklanej butelce się nie zbiło… Dojeżdżamy do Puente del Inca. To cud natury. Most kamienny, zbudowany czy stworzony przez naturę. Z nacieków skalnych, minerałów, powstał kamienny most, pod którym wartko płynie rzeka. Tuż przed granicą zjeżdżamy na punkt widokowy aby zobaczyć najwyższy szczyt Andów – Aconcagua. Ma prawie 7 tysięcy metrów, dokładnie 6961 m n.p.m. Pogoda dziś prawie idealna, widoczność pozwala nam zobaczyć jego majestatyczny szczyt. Gdyby jeszcze tylko tak nie wiało… Łapiemy małą zadyszkę podczas spaceru na punkt widokowy. Jesteśmy już na wysokości około 4200 m n.p.m. Odprawa na granicy zajmuje nam prawie 3 godziny z czego większość stoimy w długiej kolejce razem z autami, nie udało się przecisnąć do przodu, pogranicznicy zawrócili nas. Potem jeszcze „tylko” czekał nas zjazd spektakularną serpentyną w dół. Dość powiedzieć, że z wysokości 4300 m w kilkanaście minut zjeżdża się na około 1000 m n.p.m. Rzeczywiście droga jest piękna i wielce wymagająca. Podobno rocznie dochodzi na niej do kilkudziesięciu wypadków. My pokonujemy ją w blasku zachodzącego słońca, a kilkanaście kilometrów dalej rozbijamy pierwszy raz namiot w Chile.

Trochę z powodów finansowych, trochę z uwagi na to, że sezon się skończył i jest raczej chłodno kraj ten traktujemy tranzytowo. Oczywiście odwiedzamy stolicę, Santiago de Chile, La Serena i nadmorskie miejscowości: Vina del Mar i Valparaiso. Piękne miasta, które pozostaną długo w naszej pamięci. W kilkanaście dni, nie spiesząc się jednak zbytnio, jedziemy głównie Panamericana na północ. Gdzieniegdzie widać już łachy piachu, które są pozałamywane wiatrem i tworzą piaszczyste grzbiety. Wjeżdżamy powoli na pustynię Atacama. To jedno z najsuchszych miejsc na ziemi. Droga ciągnie się dziesiątkami kilometrów bez żadnej roślinności. Z rzadka są tylko jakieś stacyjki z paliwem, albo podupadłe knajpki które nie zachęcają nas do wejścia do środka. Na dwa dni zatrzymujemy się w małej miejscowości Taltal. Bierzemy hostel 20 m od oceanu, na ulicy widzimy dużo tablic ostrzegających przed tsunami. Mam nadzieję, że nic takiego się w nocy nie wydarzy…

Przed Antofagastą zatrzymujemy się obok ogromnej rzeźby w kształcie dłoni - to Mano del Desierto. Jeszcze w Polsce czytałem o tym fajnym miejscu i wreszcie udało nam się tu dojechać! Dookoła prawdziwa pustynia, piach i skały. Potem w samym mieście mamy duży problem ze znalezieniem noclegu. Wszystkie hotele i hostele są zajęte. Szukamy ze 3 godziny, w jednym już prawie się udało, bo był wolny pokój, ale pomimo zgody właściciela i prób upchania motocykli w korytarzu, nie zmieściły się przez drzwi. Z pomocą przyszła nam kobieta obserwująca nasze zmagania i poleciła nas sąsiadce. Takim sposobem wylądowaliśmy na dwie noce w prywatnym domu za rozsądna cenę i mogliśmy spokojnie zwiedzać miasto następnego dnia. Oglądamy ogromna skałę wystającą z oceanu, zwaną La Porton. Widzimy flagę z rajdu Dakaru, którego trasa w tym roku przebiegała w okolicy.

Pedro de Valdivia to jedno z ciekawszych miejsc na naszej trasie. Trochę się tam czuliśmy dziwnie. A to dlatego, że w naprawdę sporym mieście byliśmy zupełnie sami. Jego mieszkańcy opuścili je ponad 20 lat temu, po tym jak zamknięto pobliską kopalnię. Większość budynków jest parterowych, oprócz kościoła, szpitala i kilku jeszcze innych. Całość pokryta jest kilku centymetrową warstwą piasku i saletry. Powybijane szyby w oknach, skrzypiące drzwi i hulający wiatr dopełnia atmosferę grozy. Wjechaliśmy tam mieszcząc się na styk w dziurze obok zamkniętej na dwie kłódki ogromnej bramy. Obok drzwi wejściowych do niektórych domów, pokryte grubą warstwą pyłu stały stoły, butelki, zardzewiałe wiadra, czy buty. Obok jednego z budynków, dałbym głowę widziałem wieko od trumny. Chociaż moja żona twierdziła, że to nie możliwe… Spędzamy łącznie około dwóch godziny w tym miejscu. Jest to bardzo emocjonujący czas i na długo pozostanie w naszej pamięci. Już po wyjechaniu za bramę moja żona doznała sporej ulgi…

Trzęsienie ziemi i kłopoty techniczne...

Ostatnim miejscem gdzie się zatrzymaliśmy na dłużej w Chile było San Pedro de Atacama. Typowo turystyczne miejsce, same hostele i knajpki. Ale nie można go pominąć gdyż jest bazą wypadową na Salar de Atacama. To ogromne solnisko leżące na wysokości około 2400m n.p.m. Jedziemy tam bezpośrednio z trasy i w Laguna de Chaxa oglądamy różowe flamingi szukające pożywienia w płytkich i bardzo słonych wodach laguny. W ciągu dnia upał jest ogromny. Zostawiamy wszystkie ciuchy na parkingu, a i tak prawie gotujemy się od słońca, przed którym nie ma gdzie się schować. Na horyzoncie w odległości około kilkudziesięciu kilometrów widać ośnieżony szczyt wulkanu Lascar (5500m) i kilka innych.

Następnego dnia pomimo chęci nigdzie nie pojechaliśmy. Przyczyną był padnięty akumulator. Postanawiamy zostać jeden dzień dłużej i spróbować kupić go w miasteczku. Niestety jak się okazało nie ma na to szans. Na dodatek w trakcie sprawdzania przyczyny awarii akumulatora wyszło, że winę ponosi regulator napięcia, który dawał około 17V. To jest już większy kłopot. Dopóki nie dostaniemy się do Salty lub Cordoby w Argentynie gdzie jest szansa na zakup tych części, a to jeszcze około 1000 km! Na dodatek motocykl z powodu za wysokiego napięcia zaczął „świrować”, powyżej 2000 obrotów dławił się i krztusił… Próbując różnych metod chociażby czasowego rozwiązania problemu, kupujemy używany akumulator od lokalnego mechanika. A pod gniazdko zapalniczki podłączam ogrzewane rękawice, które odbierają trochę napięcia z zepsutego regulatora. Nie rozwiązuje to sprawy w 100%, ale o dziwo działa i można w miarę sprawnie jechać. Mam nadzieję, że sprawdzi się to jutro, bo czeka nas przejazd drogą do granicy, a najwyższy punkt położony jest ponad 4790m n.p.m.

Nagle łóżko zaczyna się trząść. Po chwili do mnie dotarło, że się trzęsie, ale nie łóżko, tylko ziemia. Trzęsienie ziemi! Wyskoczyłem na równe nogi z łóżka. Podłoga w prawo i w lewo się unosi. Szybko naciągnęliśmy spodnie na siebie, w tym samym momencie zgasło światło. Wyłączył się prąd w całym mieście. Wybiegliśmy z pokoju. Na parkingu stał już właściciel ze swoja żoną i dzieckiem. Nikogo więcej w tym małym hotelu nie było poza nami. Właściciel był bardzo zdenerwowany. Powiedział nam, że to się nie zdarza, żeby tutaj, w San Pedro de Atacama były wstrząsy. Jeśli tutaj są, to znaczy że są to wstrząsy wtórne, a gdzieś dalej, na wybrzeżu, było naprawdę duże trzęsienie ziemi. Dał nam diodową lampę, poszliśmy do pokoju, znowu się położyliśmy i próbowaliśmy zasnąć. Trochę było z tym kiepsko po tak niecodziennych i emocjonujących dla nas przeżyciach. Przygotowaliśmy sobie na wszelki wypadek ubranie blisko, kasę i dokumenty blisko, żeby w razie czego chwycić co najważniejsze i uciekać z budynku. Na szczęście wstrząsy się już nie powtórzyły. Spaliśmy naprawdę dobrze. Rano oglądamy telewizję. W Iquiqe trzęsienie ziemi, którego echa odczuliśmy wczoraj wieczorem. Ogromne ewakuacje ludzi z miasta i zniszczenia. Kurcze, gdybyśmy nie zmienili planów i jechali do Peru wzdłuż chilijskiego wybrzeża, kto wie, co by się działo. Na całym wybrzeżu chilijskim ogłoszono alert tsunami. To naprawdę nie są żarty.

Granicę pokonujemy w miarę sprawnie, pomimo niesprawnego ładowania. Motocykl czasem przerywa, ale jakoś można jechać. Widoki są niesamowite, ośnieżone szczyty wulkanów i słone jeziora pośród nagich skał. Robiąc fotki i chodząc łapiemy zadyszkę. Powietrze jest na tej wysokości mocno rozrzedzone. Nie mamy objawów choroby wysokościowej, ale przy dłuższym pobycie na tej wysokości kto wie co by było.

Ponownie w Argentynie

W północnej części Argentyny byliśmy trochę krócej niż planowaliśmy. Z powodu jesieni w tym rejonie i trochę chłodniejszych dni odwiedziliśmy tylko kilka najważniejszych dla nas miejsc. Po drodze z granicy zatrzymujemy się na Salinas Grandes. Niesamowita jest tu możliwość zrobienia ciekawych zdjęć. Z powodu jednostajnie płaskiej powierzchni wychodzą ciekawe efekty na fotkach. Robimy małą przejażdżkę jadąc po prawie idealnie płaskiej nawierzchni z soli. Tuż przez Purmamarcą, jakieś kilkanaście kilometrów, musimy bardzo ostro zjechać w dół do 2.192 metrów n.p.m., a byliśmy na około 4200. To oznacza ostre zakręty przez długi, długi czas. Raj dla motocyklistów!

Po dotarciu do Salty udaje nam się kupić regulator napięcia i akumulator. Wreszcie możemy naprawić nasz niesprawny jeden motocykl i bez stresów jechać już dalej. Przy okazji zauważam też luźne kilka szprych w jednym kole i trochę bardziej zużytą oponę. Pewnie już od jakiegoś czasu koło „chodziło” na boki i opona nadmiernie się zużyła. Oddajemy koło do naprawy koło hoteliku, a wieczorem skręcam wszystko. Po dokładnym obejrzeniu łańcuchów i zębatki tylnej wygląda na to, że nie obędzie się bez w miarę szybkiej ich wymiany. Przed dotarciem do Cordoby odwiedzamy jeszcze Cafayate, gdzie zostajemy na trzy noce chłonąc atmosferę tego miasteczka i okolic, a także próbując smak tutejszego wina. Spotykamy tam znajomych z rejsu przez Atlantyk, parę francuzów w Defenderze. Nasze drogi rozeszły się w Montevideo po zejściu ze statku. Pijemy kawę w knajpce na głównym placu i opowiadamy sobie nasze przeżycia.

W ostatnich dniach nasze plany trochę się zmieniły. Podjęliśmy decyzję, że wracamy nad wybrzeże Atlantyku do Willa Gessell, gdzie byliśmy na samym początku wyprawy, do przyjaciół którzy zaprosili nas na święta Wielkanocne i kilkutygodniowy pobyt u nich. W drodze do nich przejeżdżamy przez Salinas Grandes, Cordobę, Rosario. Odległość około 1500 km pokonujemy nie spiesząc się za bardzo i zatrzymujemy się na trochę we wszystkich tych miejscach. Na trzy noce zostaliśmy w Miramar. Miasteczko to jest urokliwie położone nad równie ciekawym Mar Chiquita. To największe jezioro w Argentynie jest piątym co do wielkości jeziorem na świecie. Jego średnia głębokość wynosi około 12m. Jedziemy na obrzeże miasteczka do stojącego tam nad samym brzegiem ogromnego niszczejącego budynku. Jest to dawny ekskluzywny hotel Viena. Po południu idziemy pochodzić po ruinach starej części wioski… Gdy w 1977 niewielka wioska została zalana, usypano ogromny wał i za nim zbudowano nowe domy. Pozostałości po starych zabudowaniach do dziś są częściowo pod wodą. Na powierzchnię wystają niektóre fragmenty murów i straszą rozsypane cegły. Wygląda to nieco przygnębiająco, a jednocześnie daje wyobrażenie o sile żywiołu, który zabrał część wioski.

Pobyt w Willa Gessel nie obfitował w za wiele podróżniczych elementów dlatego można go pominąć. Może tylko godnym wspomnienia jest fakt, że udzieliliśmy wywiadu do lokalnego programu motoryzacyjnego w TV. Trochę było z tym stresu, bo wszystko było po hiszpańsku, a nasze znajomość tego języka nie jest jeszcze perfekcyjna… Zajęliśmy się też motocyklami. Wymagały już wymiany oleju, filtrów i gruntownego czyszczenia. Kupiliśmy drugi akumulator, na którego sprowadzenie czekaliśmy ponad tydzień. Z uwagi na trudność w znalezieniu innych części kolejne prace przy nich zostawiliśmy na potem.

Znowu w trasie...

Trochę ponad miesiąc minął nam szybko i pełni energii, żegnani przez naszych przyjaciół ruszaliśmy znowu w drogę. Brakowało już nam tego uczucia kiedy to wsiadasz na motocykl i jedziesz przed siebie. Droga którą teraz przemierzaliśmy była nam już znana. Jechaliśmy do Buenos Aires gdzie zrobiliśmy 3 dniowy postój u znajomych motocyklistów z Tigres de la Ruta. Po małym wypadku ze spadnięciem łańcucha na 100 km przed Buenos Aires postanowiliśmy, że wymieniamy zużyte już opony, zębatki i łańcuchy w obu motocyklach. Nie ma co ryzykować chociaż miałem nadzieję, że jakoś wytrzymają, ale przed nami jeszcze około 4 tyś km. Alejandro bardzo nam pomaga, zawozi do znanego mu sklepu w centrum gdzie udaje nam się kupić wszystko. Ceny nie są miłe dla kieszeni, za wszystko płacimy ponad dwa razy więcej niż w Polsce. Ale nie ma wyjścia. Mogliśmy co prawda kupić jakieś słabe łańcuchy i zębatki, a opony wybrać tanie chińskie. Ale kupiliśmy dbając o nasze bezpieczeństwo znane i sprawdzone jakościowo wyroby dobrych i znanych marek. Jeszcze tylko kilka godzin pracy przy wymianie i motocykle były jak nowe, gotowe do dalszej drogi. Przy okazji wymieniam tez klocki hamulcowe wiezione jeszcze z Polski.

Naszym następnym celem były oddalone o prawie 1500 km wodospady Iguazu. Trochę monotonną drogę z Buenos Aires pokonaliśmy na 3 razy. Jednego z nich ruszaliśmy przy gęstej mgle i lekkim kapuśniaczku. Niestety w tym dniu szczęście nam nie dopisało i rozpadało się na dobre. Efektem tego było suszenie większości rzeczy w hoteliku. Jednak muszę przyznać, że pomimo kilkugodzinnej jazdy w sporym deszczu ubrania dały radę. Owszem woda przeciekła w niektórych miejscach do środka, ale tylko przy szyi spod kasku, w rękawicach, no i oczywiście buty były mokre.

Jeszcze jedno drobne zdarzenie zepsuło nam na trochę nastrój. Na naszej drodze stanęła kontrola policji. W szczerym polu, kilkadziesiąt kilometrów za Zarate. Do tej pory jakoś nas ten zaszczyt omijał. Tylko raz, nie licząc odpraw granicznych, mieliśmy ją w Patagonii. Tym razem wszystko było by dobrze gdyby nie to, że kilka dni temu na jeden z motocykli skończyło się ubezpieczenie. My co prawda zapłaciliśmy je, ale nie mieliśmy jeszcze przy sobie potwierdzenia. Dopiero mieliśmy zamiar je wydrukować. I do tego właśnie przyczepił się pan policjant. Nie pomogły tłumaczenia i udawanie że nic się nie rozumie. Skończyło się na ponad trzykrotnie większym mandacie niż samo ubezpieczenie… Może i dobrze, że tylko tak. Bo nie wspomnę już, że nasze ubezpieczenie nie jest ważne w Argentynie… Ale od czego jest siła przekonywania… Pozbawieniu zapasu zielonej gotówki zmieniamy trochę plany i wjeżdżamy na parę godzin do Urugwaju, żeby wybrać z bankomatu dolary. To fajny kraj, można zdecydować w jakiej walucie chce się zrobić wypłatę. Zaopatrzeni w kasę jedziemy kawałek przez Brazylię i ponownie wjeżdżamy do Argentyny tego dnia.

Ta część podróży obfitowała w polskie akcenty. Obok Apostoles odwiedzamy fabrykę yerba mate i muzeum Juana Szychowskiego. To polski emigrant, który na początku ubiegłego wieku zbudował do dziś funkcjonujące przedsiębiorstwo. Imponujące osiągnięcie, co mogliśmy zobaczyć w muzeum. Jednak tuż przed nim mieliśmy do pokonania kawałek drogi gruntowej. Na własnej skórze przekonaliśmy się o jej właściwościach po deszczu. Prawie czerwona nawierzchnia o tej porze roku była śliska niczym lód. Jeden z motocykli wywinął kozła i wylądował na boku cały w czerwonej i śliskiej, lepiącej się do wszystkiego mazi. Wcale nie było łatwo go podnieść. Nie mogłem znaleźć oparcia, a nogi rozjeżdżały mi się na boki… Jednak jakoś we dwoje nam się to udało.

Na Wodospady Iguazu zarezerwowaliśmy sobie więcej czasu. W jednym dniu oglądaliśmy je ze strony argentyńskiej, a drugiego z brazylijskiej. Obie strony trzeba koniecznie „zaliczyć”. Podejście pomostem pod Garganta Del Diablo i widok na przelewające się niesamowite ilości wody jest niezapomniany. Szum, a właściwie grzmot tej ogromnej ilości wody jest imponujący. Dla bardziej odważnych i nie bojących się całkowitego przemoczenia jest możliwość popłynięcia łodzią pod sam wodospad na dole. Drugiego dnia wrażenia ze strony brazylijskiej były równie niezapomniane. Wodospady Iguazu są jednym z cudów Świata wartych obejrzenia! Przed wyjazdem z Puerto Iguazu robimy pamiątkowa fotkę na styku granic Paragwaju, Argentyny i Brazyli, a następnie kierujemy się do miejscowości Wanda, w której można spotkać wiele rodzin potomków polskich emigrantów.

Paragwaj wcale nie dziki...

Spotkaliśmy całkiem sporo Polaków w prowincji Misiones. W drodze do Paragwaju zatrzymaliśmy się w Wandzie. W tej miejscowości żyje duża liczba osób polskiego pochodzenia. Robiąc zakupy w sklepie i rozmawiając po polsku zostaliśmy kilkukrotnie zaczepieni, a potem zaproszeni na spotkania. Tym sposobem wylądowaliśmy w radio w audycji polskiej, a następnego dnia na mszy w kościele „Częstochowa” z okazji dnia Emigranta Polskiego. Bardzo fajnie i miło rozmawiało się z ludźmi po polsku w ich domach, gdzie na ścianach wiszą pamiątki, flaga i polskie godło.

Do Paragwaju jechaliśmy z lekka obawą, wszyscy nas ostrzegali jak tam jest niebezpiecznie… Na granicy odstaliśmy w długiej kolejce, ale potem cała procedura poszła w miarę sprawnie. Przejeżdżamy przez Encarnacion, bo około 60 km dalej leży Trynidad, ruiny misji jezuickich, jedne z wielu na tym terenie. Kupujemy bilety po 25000 Guarani, uprawniające do wejścia na dwa dodatkowe obiekty. Na centralnym miejscu jest duży plac, a z lewej strony pozostałości ogromnego kościoła. Mury zachowały się w nad wyraz dobrym stanie. W niektórych miejscach widać jeszcze bogate rzeźbienia kolumn i łuków na sklepieniach. Pomimo kilkuset lat niszczycielskiego działania wody i powietrza, całość wygląda imponująco. Robimy pamiątkowe fotki i jedziemy kilkanaście kilometrów dalej do Jesus de Tavernague. Dojazdu do poszczególnych miejsc nie sposób przegapić, są oznaczone ładnymi tablicami „Droga Jezuicka”. To kolejny kompleks gdzie byli Jezuici. Ten obiekt jest trochę mniejszy od poprzednich, ale za to lepiej zachowany. Do środka wchodzimy na tym samym bilecie, co do poprzedniej redukcji. Następnego dnia jedziemy do odleglejszych redukcji. Pierwsza z nich to San Ignacio Guazu. To pierwsza misja założona w tym rejonie. Niejako serce zarządzania redukcjami. Odległość to około 140 km. Całe niebo jest zaciągnięte chmurami i pada. Jednak przed samym celem deszcz ustaje i możemy zobaczyć ją zobaczyć. W drodze powrotnej odwiedzamy jeszcze jedną redukcję nad samą Paraną San Cosme y Damian.

Prze Atlantyk do domu...

Powoli kończy się nasza podróż. Już od 2 tygodni znamy termin powrotu. Jeszcze na początku wyprawy mieliśmy plan, aby sprzedać gdzieś motocykle w Ameryce Południowej. Ale ostatecznie zdecydowaliśmy się na powrót z nimi do domu. Trochę się do nich przyzwyczailiśmy… I ponownie będziemy płynąc przez Atlantyk statkiem razem z motocyklami. Upraszcza to cała sprawę i nie trzeba martwić się o wysyłkę maszyn i potem o różne ukryte opłaty portowe, które mogą niemile zaskoczyć. Oczywiście niektórzy mogą to uważać za stratę czasu, ale nie my. W Urugwaju kilka dni gościmy u znajomej rodziny, chłonąc ostatnie momenty w Ameryce Południowej. Jesteśmy w stałym kontakcie z naszym agentem i śledzimy pozycje naszego statku w internecie. Ostatniego dnia wsiadamy na jego pokład wraz z czwórką innych pasażerów i ruszamy w ponad 3 tygodniowy rejs do Europy…

To była fantastyczna ośmiomiesięczna wyprawa, podczas której doświadczyliśmy wielu fantastycznych wrażeń, spotkaliśmy przyjacielskich i pomocnych ludzi, zobaczyliśmy spektakularne cuda natury. Na własnej skórze odczuliśmy patagońskie wiatry i wiemy, co to znaczy podróżować motocyklem na koniec świata. Wyprawa ta na pewno na długo pozostanie w naszej pamięci. Już myślimy nad następną!

Dziękujemy za pomoc w realizacji naszej wyprawy firmom:

  • MODEKA
  • MOTORISMO
  • BODYDRY
  • BORUS
  • MOTOKOCE
  • DRIFT
  • PBUCH S.A.

Produkty tych firm w niejednej sytuacji ochroniły nas przed niesprzyjającymi warunkami pogodowymi na naszej trasie podczas tej wyprawy. A kilkukrotnie uchroniły przed kontuzjami…

 

Zdjęcia
patronat honorowy2 m
patroni medialni2 m
Sponsorzy2 m
Sponsorzy12 m
Sponsorzy22 m
ciagle w drodze mczasami w poziomie m
czas na grilla mdefibrylator m
dirt bike mentre rios m
gazniki mgwozdz w oponie m
high five mjak na dloni m
klocki hamulcowe mkomisariat m
kosciol na pustkowiu mlas pampas m
lunch time mmontaz bagazu m
naprawa mnaprawa bmw m
na granicy mna parkingu m
na pustkowiu mna stacji benzynowej m
na trasie mna zakrecie m
ochrona przeciwdeszczowa moldschoolowy samochod m
posrod pol mprzestrzenie na skinienie m
przy wodospadzie mreanimacja lancucha m
reanimacja motocykla mserwisowanie m
serwis motocykla msklep motocyklowy m
son agrentinas mszybka naprawa m
szybki lunch mtu bylismy m
warsztat mwidok na doline m
widok na serpentyny mwspolna turystyka m
wygrzewanie sie mwyludniale miasto m
wymiana kola mwymiana opony m
w drodze 2 mw srodku niczego m
w trasie mzakopanie m
zalana droga m
Komentarze 5
Pokaż wszystkie komentarze
Autor:aramir 25/09/2014 15:20

ZAZDROSC!! :)

Odpowiedz
Dodaj komentarz

Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników portalu. Ścigacz.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Jeżeli którykolwiek z komentarzy łamie regulamin , zawiadom nas o tym przy pomocy formularza kontaktu zwrotnego . Niezgodny z regulaminem komentarz zostanie usunięty. Uwagi przesyłane przez ten formularz są moderowane. Komentarze po dodaniu są widoczne w serwisie i na forum w temacie odpowiadającym tematowi komentowanego artykułu. W przypadku jakiegokolwiek naruszenia Regulaminu portalu Ścigacz.pl lub Regulaminu Forum Ścigacz.pl komentarz zostanie usunięty.

Nasi fani komentowali
na górę