tr?id=505297656647165&ev=PageView&noscript=1 Podr przez Andy - cz II
NAS Analytics TAG
NAS Analytics TAG
NAS Analytics TAG
NAS Analytics TAG

Podr przez Andy - cz II

Autor: Andrzej Miosz 2016.05.04, 14:42 Drukuj

Od redakcji: Niedawno opublikowaliśmy pierwszą część podróży Pana Andrzeja przez Środkowe Andy, teraz przyszedł czas na kontynuacje historii. Zapraszamy do ciekawej i inspirującej lektury.

Po burzliwej wyprawie w góry, dzisiaj postawiłem na relaks i spokój. Wyruszyłem na zachód do nadmorskiej miejscowości Chanaral. Część z odległości 70 km pokonałem w stylu cafe racera, ponieważ chciałem utrzymać upragnioną prędkość 85km/h. Przeszkadzał w tym bardzo silny wiatr wiejący prosto w twarz. Po zajechaniu do miasta okazało się, że z tylniej opony zeszło mi trochę powietrza. Podpompowałem ją i przez jakiś czas, odpukać, powietrze nie schodziło.

NAS Analytics TAG

Miejscowość wyglądała naprawdę dziwnie – jakby pewien czas temu przeszło tędy tsunami. Zobaczyłem dużo zniszczonych budynków. Po porównaniu tego co zastałem z mapą, okazało się, że część hoteli przeniosła się dalej od brzegu. Zostawiłem rzeczy w hostelu i wyruszyłem wzdłuż wybrzeża do Parku Pan De Azucar. Na wyspę w obrębie parku nie dotarłem - łódki nie kursowały z powodu złej pogody. Nie ma tego złego… bo natrafiłem akurat na powrót rybaków z morza, dzięki czemu miałem okazję zobaczyć ich zdobycze. Zdobyczami, poza mną, bardzo zainteresowane były urzędujące w pobliżu pelikany.

Po obiedzie wybrałem się na spacer szlakiem prowadzącym w głąb lądu, gdzie zobaczyłem wyschnięte koryto rzeki oraz kilka interesujących gatunków kaktusów. Wracając ponownie spotkałem parę Francuzów - tą samą, którą dzień wcześniej w górach. Miałem wrażenie, że jeszcze nie raz się spotkamy. Oczywiście, aby dzień nie był zbyt spokojny, tęskniąc za nutką adrenaliny postanowiłem pojeździć motorem po plaży. Potrwało to krótko i utwierdziło mnie tylko w przeświadczeniu, że nie przepadam jeździć po piachu. Może z innymi oponami i motorem z mocniejszym silnikiem jeździło by się dużo lepiej? Nie miałem wtedy pojęcia ile przyjdzie mi w przyszłości pokonać piaszczystych odcinków.

Z ciekawostek, w ramach zbliżających się świąt Wszystkich Świętych na bazarach pojawiły się maski i inne akcesoria rodem z USA. Obchodzą święto zmarłych raczej w amerykańskim stylu.

Obserwatorium z James’a Bonda i Halloween

Z Chanaral do Antofagasty miałem do pokonania ponad 400 km. Po drodze mijałem akurat jedno z najciekawszych europejskich obserwatoriów astronomicznych na świecie. Mając na uwadze trudności przy próbą dostania się do poprzedniego obserwatorium postanowiłem tym razem lepiej się przygotować. Chęci chęciami – czasu czasem i tak brakuje. Dzień wcześniej sprawdziłem na stronie internetowej obserwatorium warunki sobotnich odwiedzin. Okazało się, że trzeba złożyć wniosek on-line, potwierdzenie którego może trwać nawet 2 dni robocze, wydrukować i wypełnić formularz, uzupełnienia itd. Sam formularz udało mi się przygotować, ale wniosku oczywiście nikt mi nie potwierdził, wiec nie załapałem się oficjalnie na listę odwiedzających. Postanowiłem, że po prostu pojadę tam na odpowiednią godzinę i spróbuję się dostać.

Większą część drogi pokonałem wybrzeżem jadąc starą częścią trasy, zwanej Panamerikana - drogą nr 1. Jechało się bardzo przyjemnie - wiatr w plecy, dużo zakrętów i widok na ocean. Nad drogą cały czas unosiły się chmury, które to, jak się potem okazało, zatrzymują się na nadmorskim paśmie gór. Wystarczyło tylko wjechać wyżej i juz miałem pełne słońce i pustynie. Z okazji bardzo silnego ostrego wiatru z północy przez ostatnie 50 km, będąc lekko pochylonym, jechałem ile fabryka dała. Przez niesprzyjający wiatr miałem spore szanse by nie zdążyć na czas. Na miejsce dotarłem 10 min przed czasem, podałem uzupełniony formularz i to wystarczyło. Żadnych list, sprawdzania, itp. Zakładam, że był to wynik niskiego sezonu turystycznego.
Obserwatorium nazywa się Paranal. Jest jednym z czołowych na świecie obserwatoriów wyposażonych w teleskopy o średnicy 8,2 metra. To tutaj kręcone były końcowe sceny filmu o przygodach agenta 007, a ściśle „Quantum of Solace”. W ramach zwiedzania zobaczyliśmy jeden z 4 teleskopów, sterownie oraz słynny z filmu hotel dla naukowców. Wieczorem zajechałem do Antofagasty. Jadąc po mniejszych uliczkach mijałem grupy poprzebieranych dzieci poszukujących słodyczy w ramach Halloween.

Moje bicepsy wielkości uda, czyli o zaletach posiadania sterydów

Na obiadokolacje wybrałem się do nadmorskiej restauracji. Zamówionym trochę w ciemno daniem okazał się gar zupy z owocami morza. Myślałem, że je lubię. Od tamtej pory jestem pewien, że lubię, ale tylko trochę. Z tego co pływało w garnku znałem połowę. W trakcie jedzenia niewinnie zaswędziało mnie ramię.

Mając na uwadze moje ostatnie problemy z kuchenka paliwową, kiedy to zapomniałem dodać jeden luźny element na palnik przez co nie mogłem utrzymać ognia, tym razem postanowiłem sprawdzić resztę sprzętu turystycznego w sprzyjających warunkach, a nie, z przymusu gdzieś wysoko w górach. Rozbiłem namiot na kempingu zlokalizowanym na wzgórzu, prosto z namiotu miałem widok na morze, jednak swędzące ramię stawało się coraz większym problemem - dosłownie. Mój biceps zrobił się wielkości uda. Co ciekawe, w drugiej ręce również. Świecąc latarką odkryłem podwójne ukąszenie na ramieniu - zapewne jakiś pająk.

Mimo, że przez ostatnie dni przebywałem na pustyni opatulony od stóp do głów akurat w restauracji zostałem ukąszony przez pająka. Cóż za niefart. Spać nie mogłem, ból spowodowany był prawdopodobnie rozciągnięciem skóry ramion do granic możliwości. Byłem w dobrej sytuacji - zawsze mogłem wskoczyć na motocykl i podjechać do szpitala te 8 km - już wcześniej nauczyłem się, że nie ma co się męczyć i warto korzystać z ubezpieczenia zdrowotnego. Zanim jednak wyruszyłem po pomoc przeszukałem apteczkę i natrafiłem na steryd w spreju. Po spokojnym przeczytaniu ulotki, zaaplikowałem sobie jedną dawkę. Już po kilku minutach poczułem jak rozmiar ramion wraca do naturalnych rozmiarów. Prawdziwa magia. Usnąłem z ulgą.

Antofagasta – kres dętki

Po wyruszeniu z kempingu okazało się, że z tyłu znowu mam kapcia. Podpompowałem koło na stacji, ale po godzinie znów zrobił się flak. Nie łatwo było znaleźć wulkanizatora w niedziele. Po objechaniu części miasta dotarłem do zakładu prowadzonego przez Boliwijczyków. Pomijając zdziwienie i pytania z cyklu: „co ja tutaj robię sam” i że jak to nie mówię po hiszpańsku, gdy wspomniałem o moim planie odwiedzenia Boliwii zostałem obdarowany cukierkami - zapewne zebranymi przez dzieci podczas Halloween. Dętka jak najbardziej nadawała się, ale jedynie do wymiany – był dziurawa, a do tego, po napompowaniu tworzyło się wielkie wybrzuszenie. W niedziele nowej kupić się nie dało, więc zostałem na kolejny dzień w Antofagaście. Wstępnie, to właśnie w tym mieście planuję sprzedać motocykl pod koniec wyprawy. W związku z tym, na zapas wymieniłem się kontaktami z potencjalnymi klientami chętnymi na zakup mojego pojazdu w przyszłości. Zobaczymy - może coś z tego będzie. Okolice południa spędziłem spokojnie zwiedzając nadmorską część miasta.

Poranek zacząłem od poszukiwań dętki. Znalazłem! Była naprawdę droga, ale widząc ją u wulkanizatora aż achneli jaka gruba. Objętościowo przynajmniej 2 razy więcej gumy niż w starej. Z wymianą trochę się zeszło i wyjechałem dopiero o 12. Trasa piękna, warunki do jazdy świetne. Wiatru albo nie było albo wiał w plecy. Przejechałem ponad 400 km wzdłuż wybrzeża. Zatrzymałem się na chwilę nad wybrzeżem, które w przeciwieństwie do suchych terenów tętniło życiem. Pewien gatunek mew, pełno jaszczurek i jakieś nieznane mi morskie rośliny (butów nie atakowały). Wieczorem zajechałem do parku lotniczego Altazor, w którym planowałem przenocować. Wcześniej sprawdziłem informacje w przewodniku oraz w sieci - mieli mieć i pokoje, i miejsce na namiot. Na miejscu czekałem godzinę tylko po to, by dowiedzieć się, że ze spania nici - wolnych miejsc nie ma, a co do namiotu - zmienili politykę i ta możliwość też odpadła. Cóż, nie pierwszy i nie ostatni raz szukałem w nocy miejsca na nocleg.

Iquique i „postapokaliptyczne” Humberstone

No to utknąłem na dłużej w Iquique. Nie tylko z powodu hostelu z imprezami co wieczór. Dalej nie rozwiązana pozostała kwestia przekroczenia granicy do Peru. Notariusz owszem może zmienić właściciela w systemie itd. ale żeby to wykonać strajk musi się skończyć. Widok w telewizji 2 dni wcześniej cieszących się ludzi z dopiskiem, że strajk trwa od 29 dni zinterpretowałem jako jego koniec. A niestety ten dalej trwa.

Motocykl świeżo po przeglądzie i czysty. Obok 2 granice, których nie mogę przekroczyć. Rozwiązaniem mogłoby być podesłanie pocztą papieru od potrzebnego właściciela, że mogę tym motocyklem opuścić kraj. Z Chile w zasadzie pozostaje mi rejon na wschód od Arica oraz okolice San Pedro Atakama. Pierwszy fajnie zrobić i przekroczyć granicę. Drugi chciałem zobaczyć na koniec. Czekając na rozwój wydarzeń zacząłem zwiedzać okolicę. Z ciekawszych miejsc odwiedziłem opuszczone górnicze: Humberstone, gdzie kiedyś wydobywali saletrę, a teraz jest muzeum. Atmosfera na miejscu przypominała postapokaliptyczny świat - pustynia, opuszczone budynki, wystrój bliższy lat 50’, brak współczesnych zdobyczy techniki.

Iquique – Mekka paralotniarzy i hardkorowych lotniarzy

Motocykl poszedł już całkiem w odstawkę na rzecz paralotni. W "Ikike" są ku lataniu jedne z najlepszych warunków w tej części świata. Z latania zdecydowanie mniej pamiętałem niż z nurkowania: nie obyło się bez asysty instruktora z ziemi za pomocą radia. Panują tutaj też inne warunki niż w miejscach, w których wcześniej latałem. Wolno startować tylko w stylu alpejskim. Świetnie zapamiętałem pierwszy wysoki lot na paralotni po 2 latach przerwy. Wszystko z powodu typowego błędu: trzymałem cały czas zaciągnięte sterówki, bo tak było wygodniej trzymać ręce. Efekt to ciągle wytracanie wysokości połączone ze zwiększoną prędkością. Podczas lotu zgodne ze sztuką szukałem tak zwanego "żagla" unoszącego do góry ruchu powietrza, które musi ominąć wzniesienie. I szukałem go aż do samego końca w postaci awaryjnego lądowania na kamieniach nad główna trasą krajową. Pozostało zebrać mi skrzydło i wrócić na startowisko- daleko nie uleciałem. Kolejne dni poświeciłem lataniu ustanawiając przy okazji mój nowy rekord dotyczący czasu lotu: 40 minut.

W okolicy latają jeszcze na lotniach. To dopiero asy: nie ma takich możliwości sterowania jak paralotnią, lata się dużo szybciej, a lokalna statystyka pokazuje, że 7 na 10 lądowań kończy się kraksą. Tymczasem zakończył się już na pewno strajk w urzędach cywilnych (po 39 dniach). Gdy tylko notariusz zmieni właściciela w systemie, po czekaniu w kolejce będę mógł wydrukować kwit i opuścić Chile. Biorąc jednak poprawkę na to, że coś może pójść nie tak, udałem się do San Pedro Atacama, gdzie zwiedzenie wszystkich miejsc w tej okolicy zajmie mi kilka dni.

Iquique - San Pedro Atacama – jak przeżyłem żar z nieba i trzęsienie ziemi

Trasa dłużyła się. Pokonując trasę Iquique- San Pedro Atacama zrobiłem około 500 km. Zgodnie z moimi przewidywaniami jechałem z wiatrem. Wygląda na to, że o tej porze roku wiatr na wybrzeżu ma kierunek północny, a południowy jadąć bliżej lądu. Teoretycznie jechanie z wiatrem motocyklem o malej pojemności wydaje się być wspaniałe: większa prędkość, mniejsze zużycie paliwa, ciszej. Problem zaczął się po odjechaniu trochę na południe. Zrobiło się po prostu gorąco. Jadę 100km/h odpinam lekko suwak kurtki, otwieram kask i zamiast ulgi czuję ciepłe powietrze. Motocyklowi chłodzonemu powietrzem pewnie też to dobrze nie zrobiło: wahałem się między pomęczeniem go i jechania jeszcze szybciej, aby złapać ruch powietrza lub zmniejszeniu obciążenia tak aby zmniejszyć jego zapotrzebowanie na chłodzenie. Nie mogąc poczuć większego wiatru jadąc szybciej wybrałem drugą opcje. Po drodze mijałem kolejne opuszczone miasteczka stojące przy nieczynnych kopalniach saletry.

W Chile, w tym rejonie ziemia trzęsie się ponoć i kilka razy dziennie, z tym że przeważnie nie są to wstrząsy wyczuwalne dla człowieka. Dziś miałem okazję po raz pierwszy poczuć je podczas postoju na trasie. Z początku nie wiedziałem co się dzieje. Wstrząsy trwały w zasadzie kilka sekund. Przeczekałem i… cóż robić jak nie pojechać dalej.

W miejscowości Calama zaopatrzyłem się ponownie w dobrze mi znany kanadyjski kanister: może ten posłuży dłużej. Przed zmrokiem zajechałem do miejscowości San Pedro Atacama. Można by określić te miasto jako chilijskie Zakopane. Hordy turystów, agencja turystyczna przy agencji, sklepy z sprzętem turystycznym czy pamiątkami, restauracje z żywym ogniem itd. Lekki koszmar. Kemping, na którym się zatrzymałem był już wolny od tej atmosfery. Enklawa bez Internetu i zbędnych wygód zapewniające bogate życiu towarzyskie bez udziałów ekranów, międzykontynentalnych rozmów czy dodawaniu wpisów na blogi, wprawiająca w zaniepokojenie czekających na wieści znajomych podróżników.

San Pedro Atacama – laguny, Dolina Księżyca i gejzery

Poranek zacząłem od wizyty w lokalnym targu i informacji turystycznej. W przeciwieństwie do innych miast poziom obsługi, zainteresowania, map, itd. był bardzo niski. W zasadzie dostałem mapę bez wskazanych kilometrów i w zasadzie na tym się skończyło. Może przyczyną jest ogromna liczba turystów i zmęczenie obsługi ich pytaniami. Prędzej widziałbym tu jednak konflikt interesów z dziesiątkami agencjami turystycznymi. Nie tak łatwo było znaleźć stację benzynową w mieści - znalazłem ją na terenie przed jednym z hoteli stojącym przy malej uliczce w centrum.

Wyruszyłem dopiero o 13. Cel: zobaczyć Lagunę Mistranti. Po drodze spotkałem parę francuzów podróżujących na wszystko-mających ogromnych BMW dokoła świata. Jeden z nich pracował 10 lat temu we Wrocławiu. Niestety jechali w drugim kierunku, a przede mną miałem zbliżając się zachód słońca. Po zjechaniu z głównej drogi zaczęły się szutry. Podczas całej trasy wysokość zmienia się od 2500m n. p.m do 4200 m. Powyżej 3500 m moc trochę spadła, wiec zacząłem bawić się z regulacją gaźnika. Po wjeździe na szutry spuściłem trochę powietrza z obu opon, co bardzo pozytywnie wpłynęło na trakcję. Po drodze jeszcze parę Szwajcarów po 50 na rowerach. Byli właśnie w drodze do Argentyny i mają zamiar wrócić do Chile ta drogą, z której ja się wycofałem w Nevado Tres Crudes. Przekazałem im trochę wody (rowerzyści mają w tej części Ameryki Południowej problem z wodą: nie są w stanie zabrać fizycznie tyle wody ile potrzebują) i po krótkim podjeździe pod górkę udało mi się dojechać do Lagun. Powrót minął mi dużo szybciej.

Drugi dzień- druga wycieczka na laguny. Tym razem w stronę granicy z Argentyną. Schemat podobny: wyruszenia z miasta na wysokości 3000 m+ w góry po to by wspiąć się momentami do 4700 m, zobaczyć Laguny i zawrócić do miasta. Wracając do San Pedro Atacama jadąc z górki przyjechałem ponad 30 km na wyłączonym silniku, jadać przy tym z prędkością ponad 60 km/h.
Kolejny dzień zacząłem od pracy nad papierami nad papierami. Wybrałem się z świeżym znajomym Chilijczykiem z rana do Registro Civil. Okazało się, że notariusz zrobiła co miała zrobić, widać zmianę w systemie, aczkolwiek musi minąć trochę czasu

zanim nastąpi docelowa zmiana właściciela: czyli wciąż nie mogę przekroczyć w pełni legalnie granicy. W południe pozytywna niespodzianka: na mój kemping zajechali Marcin oraz Daria rowerzyści, będący od 2 lat w podróży, których to rok temu spotkałem na jadąc na południe Carraterrą Austral. Prowadzą na bieżąco bloga Namiot nasz dom.

Popołudniu wybrałem się do pobliskiej Doliny Księżyca. Planowałem zwiedzić ja przez 2 h, a zostałem do wieczora, ciesząc się z pełnej swobody zwiedzania tego pięknego miejsca. Ostatniego dnia w San Pedro Atacama postanowiłem zobaczyć pobliskie gejzery. Wyruszyłem bardzo wcześnie rano o 6.30. Powodem takiego wczesnego wyjazdu był fakt, że gejzery najlepiej oglądać z rana: później zaczyna wiać i wszystko wygląda mniej efektywnie. Pokonanie odległości 90 km i prawie 2000 m przewyższenia zajęło mi 2,5 h. Na miejscu zastałem wiele busów z turystami, które jednak bardzo szybko zniknęły. Załapałem się na śniadanie wraz z jedną z grup (3 turystów na jednego busa i przygotowane śniadanie). Po powrocie zająłem się przygotowaniami planu na kolejny kluczowy dla mojej wyprawy dzień, w którym miałem zamiar po przekroczeniu bez papierów granicy Boliwii wyruszyć w 3 dniową przeprawę przez góry do miejscowości Uyuni.

Jeśli zainteresowały Cię moje przygody, zapraszam Cię na moją stronę na Facebooku

Projekt wspierają: PRO-CONTROL, Mix-Graf, TekstazaCopywriting

NAS Analytics TAG


NAS Analytics TAG
Zdjcia
Dolina KsiezycaDo wulkanu w lewo
NAS Analytics TAG
cwiczenia na wydmachAntofagasta
Enklawa bez InternetuGejzery z daleka
Gejzer z bliskaGoraco
Idealne miejsce na sniadanieIdealne miejsce na trzesienie ziemi
Instalacja do krystalizacji saletryKrater po meteorycie
LagunaLagun ciag dalszy
Nieoczekiwane spotkaniu po rokuNie jest zbyt przyjaznie
Pozostalosci przemysluPustynia ma rozna forme
Widoki z HumberstoneWidok z gory
Wybrzeze pelne zyciaW drodze
Bezpieczenstwo przede wszystkimStrach plywac
LOGO 1Morscy zebracy
PODMIOTY WSPIERAJACE
NAS Analytics TAG
Zobacz rwnie
Komentarze
Poka wszystkie komentarze
Dodaj komentarz

Publikowane komentarze s prywatnymi opiniami uytkownikw portalu. cigacz.pl nie ponosi odpowiedzialnoci za tre opinii. Jeeli ktrykolwiek z komentarzy amie regulamin , zawiadom nas o tym przy pomocy formularza kontaktu zwrotnego . Niezgodny z regulaminem komentarz zostanie usunity. Uwagi przesyane przez ten formularz s moderowane. Komentarze po dodaniu s widoczne w serwisie i na forum w temacie odpowiadajcym tematowi komentowanego artykuu. W przypadku jakiegokolwiek naruszenia Regulaminu portalu cigacz.pl lub Regulaminu Forum cigacz.pl komentarz zostanie usunity.

Nasi fani komentowali

Polecamy

Aktualnoci

NAS Analytics TAG
reklama

sklep cigacz

    NAS Analytics TAG
    na gr