Motocyklem z Mongolii do Polski
Próbuję podjechać jak najbliżej, jednak szybko zakopuję się w piasku i uznajemy, że to jest wła¶nie miejsce, gdzie postawimy namiot
Ostatnie dni w Ułan Bator
Po Naadamie siedzimy jeszcze 2 dni w Ułan Bator. Miał być jeden, organizacyjny, ale z powodu trudno goj±cych się oparzeń zostajemy dłużej. Przeznaczamy ten czas na zwiedzanie miasta. Nasz Guest House znajduje się na wzgórzu Dalchyn Dendż, w bezpo¶rednim s±siedztwie klasztoru Gandan. To obecnie najważniejszy o¶rodek buddyzmu w Mongolii, w którego skład wchodzi kilkana¶cie ¶wi±tyń. Jedn± z najważniejszych jest Magdżiddzanrajseg Sum.
Po wej¶ciu do ¶rodka szczęki z brzękiem opadaj± nam na podłogę! We wnętrzu ¶wi±tyni stoi pos±g Dżanrajsega, bodhitsatwy miłosierdzia. Potężny, złocony i wysoki na ponad 20 m. Głow± sięga prawie dachu i robi niesamowite wrażenie, choć to tylko rekonstrukcja z 1996 roku, bo oryginał został zniszczony w latach 30 XX wieku przez Sowietów.
Z wielu znajduj±cych się tu ¶wi±tyń nasz± uwagę przykuwa wydzielona murem Cogczin Dugan, gdzie trafiamy na popołudniowe modlitwy. Mnisi ¶piewaj± i recytuj± modlitwy gardłowym głosem, uderzaj± w bębny, graj± na tr±bach. Razem tworz± taki klimat, że oboje mamy ciarki. Następnego dnia odwiedzamy Muzeum Przyrodnicze, w którym znajduj± się eksponaty fauny i flory Mongolii. Warto tu przyj¶ć, aby zobaczyć szkielety i skamieniałe jaja dinozaurów. Około połowa zbiorów w muzeach na całym ¶wiecie pochodzi wła¶nie z wykopalisk w Mongolii! Do dnia dzisiejszego, zwłaszcza na pustyni Gobi, odnajdywane s± w tym kraju szkielety dinozaurów, które wci±ż zadziwiaj± badaczy.
Udajemy się także do Narodowego Muzeum Historii Mongolii, w którym prezentowana jest ekspozycja od czasów prehistorycznych do współczesno¶ci. W¶ród wielu ciekawych eksponatów, takich jak stroje z różnych regionów Mongolii, przepiękna biżuteria czy przedmioty użytku domowego. Zobaczyć można makietę dawnego Karakorum, stolicy imperium Czyngis-Chana.
W sumie spędzamy w Ułan Bator tydzień. W tym czasie poznajemy życie jego mieszkańców, pijemy piwko w barach, szwędamy się po sklepach, jemy różne dziwne rzeczy. Po kilku dniach spędzonych w tym mie¶cie potrafimy już wtopić się w tłum. Turystów, którzy dopiero do miasta przyjechali, można rozpoznać w ci±gu kilku chwil po tym, jak się zachowuj± na przej¶ciu dla pieszych: zapala się zielone ¶wiatło, wszyscy wchodz± na jezdnię, ale samochody jad± dalej, „nowi” z przerażeniem cofaj± się na chodnik, aby po chwili znów spróbować szczę¶cia. My chodzimy razem z miejscowymi na czerwonym lub zielonym, nie ma to żadnego znaczenia, kierowcy i tak nie zwracaj± uwagi na sygnalizację ¶wietln±. Po kilku dniach mamy wprawę, a dziwny obyczaj nabiera sensu! Mimo ogromnego ruchu w godzinach szczytu, rzadko tworz± się korki. Policjant kieruj±cy ruchem na skrzyżowaniu, aby zatrzymać ruch z jednej strony, musi wej¶ć przed pędz±ce auta. Inaczej nikt na niego nie zwraca uwagi.
Rzeka w poprzek drogi
Ułan Bator opuszczamy 16 lipca, z samego rana. Planujemy dojechać dzisiaj jakie¶ 100 km za Mandalgovi. Pogoda sprzyja, więc może się uda. Po 70 km orientuję się, że co¶ jest nie tak. Pomyliłem drogę. Oczywi¶cie. Po co rozkładać mapę?! Musimy wrócić do miasta. Wracamy na wła¶ciw± drogę, na której asfalt kończy się po 30 km. Zatem wszystko wraca do normy. Pojawia się nasza ulubiona nawierzchnia - tarka. Jako¶ nieswojo się czułem na asfalcie. Jedziemy dalej i znów gubię drogę. Jaki¶ pech dzisiaj? Na szczę¶cie musimy cofn±ć się tylko 10 km. Po około 200 km jazdy chmurzy się i zaczyna padać deszcz. Na horyzoncie błyskaj± potężne wyładowania atmosferyczne. Nie zrażeni jedziemy dalej.
Gdy dojeżdżamy do miejsca, gdzie niedawno przeszła burza, naszym oczom ukazuje się niezwykły widok. Z pobliskich gór spływa woda, tworz±c na drodze strumienie szerokie na 10 m. Jest ¶lisko przez co przejazd przez taki strumień na motocyklu to murowana gleba i suszenie ubrań. Na przeprawę poboczem nie ma szans. Woda tworzy na stepie płyn±c± rzekę i w krótkim czasie rozmiękcza go na tyle, że nie ma mowy o przejechaniu. Samochody pokonuj± to miejsce z rozpędu! Super!
Szukamy miejsca, gdzie woda nie wymyła jeszcze ro¶lin ze stepu, a strumień jest węższy. Udaje się i jeste¶my po drugiej stronie. Takich nieplanowanych przystanków w podróży mamy kilka.
Zamiast drogi - ciapa. Ania musi wej¶ć na wzniesienie przed nami, a ja próbuję wjechać. Cały motocykl momentalnie pokrywa glina ze żwirem, błoto zalepia opony i zamiast kostek mam slicki. ¦lizgam się jeszcze bardziej. Ostatecznie na jedynce i półsprzęgle, odpychaj±c się nogami, udaje mi się jako¶ podjechać pod górę. Do Mandalgovi docieramy póĽnym wieczorem. Te 100 km dalej, które planowali¶my tego dnia zrobić, musi poczekać. Dzi¶ już nie damy rady.
Za miastem znajdujemy idealne miejsce na rozbicie namiotu. Cud punkt, w¶ród pięknych wzgórz.
Pogoda poprawia się i z nadziej± na lepsze jutro kładziemy się spać. To był bardzo męcz±cy dzień, wymagaj±cy nieustannej czujno¶ci, uwagi i skupienia w prowadzeniu motocykla. Kilka razy, po uratowaniu nas przed kolejna gleb± na piachu lub błocie, musiałem zatrzymywać się na chwilę i odpocz±ć, choć na sekundę pu¶cić kierownicę, ręce mdlały. Rano ruszamy w stronę Dalandzadgad.
Droga jest masakryczna. Większo¶ć stanowi tarka, a poza tym piach albo błoto. Trafiamy na miejsce, gdzie po deszczach jeszcze wczoraj płynęła rzeka. Dzisiaj to niedoschnięte błoto, maĽ na której nawet ustać na nogach jest trudno, a co dopiero przejechać. Przechodzę na drug± stronę i badam teren. Musimy znaleĽć miejsce, gdzie jest w miarę twardo, inaczej utopię motocykl w błocie i nie wydostaniemy się st±d bez pomocy. Wykorzystuję ¶lady po wcze¶niejszych przeprawach.
Koleinami po samochodzie powoli przejeżdżam, ale kiedy już prawie jestem po drugiej stronie, nagle koło ucieka na bok i leżę. Paliwa mamy pod sam korek, więc wylewa się odpowietrznikiem. No pięknie! Mocujemy się motocyklem, ale bezskutecznie. Jest bardzo ¶lisko i tylko jeĽdzimy na butach. Odpinam kufer centralny, zawsze to kilka kilogramów mniej i udaje się! DĽwigamy maszynę do góry. Dobrze radzę, je¶li kto¶ wybiera się do Mongolii, to polecam poćwiczyć podnoszenie motocykla w Polsce. Można zaoszczędzić sił, których na trasie po prostu brakuje.
Ruszamy dalej. Szybko zmienia się klimat, robi się sucho i bardzo gor±co. Znak, że zbliżamy się do Gobi. Pustynia jest w większo¶ci żwirowa, otaczaj±ce drogę wzgórza mieni± się kolorami od bladej, ubogiej ro¶linno¶ci do krwistej czerwieni skał, a co kilka kilometrów natrafiamy na zaskakuj±ce miejsca.
Do Dalandzadgad docieramy potwornie zmęczeni. Nie mamy już sił rozbijać namiotu, dlatego znajdujemy tani hotel, który oferuje również noclegi w gerach. Za 5000 tugrików od osoby mamy wygodne spanie i dostęp do prysznica. Jeste¶my uratowani! Po prysznicu jak nowo narodzeni wychodzimy do miasta na piwo. Po powrocie zasypiamy twardym i mocnym snem.
W kierunku wydm
Rano zwijamy graty i ruszamy w kierunku kanionu Jolyn Am. Całe szczę¶cie, że w Ułan Bator kupiłem mapy topograficzne terenu, więc wiem dokładnie, gdzie mamy jechać. Dla pewno¶ci pytam miejscowych o drogę i okazuje się, że jeden z tutejszych motocyklistów jedzie w tym samym kierunku. Hurra! Zaoszczędzimy trochę czasu. Szybko i sprawnie docieramy do parku narodowego Gurwan Sajchan. Nawet trochę za szybko, bo nad±żenie na pustynnych drogach za rozpędzonym Iżem to nie lada kłopot. Na serio. Bez bagażu mkn±ł jak strzała, nie zwracaj±c uwagi na kamienie i piasek na drodze.
Kanion oczywi¶cie zachwycił nas, co od jakiego¶ czasu nie jest już dla nas niespodziank±, w końcu Mongolia to piękny kraj. Kanion to potężne pęknięcie masywu górskiego, które powstało po trzęsieniu ziemi. Nazywany jest także W±wozem Sępów. Występuj± tu dzikie owce Argali, szczekuszki, sępy, orły przednie, a także pantery ¶nieżne. Te ostatnie raczej w mniejszej ilo¶ci, ponieważ z racji ich pięknego futra poluj± na nie kłusownicy (czyt. ludzie z małymi mózgami lub kompletnie bez mózgu). W kanionie spędzamy kilka godzin, odpoczywaj±c, jedz±c i podziwiaj±c widoki, a następnie ruszamy w kierunku Chongoryn Els. Droga jest zmienna. Raz kamienie, raz piasek. Do tego niemiłosierny upał. Nie da się ukryć, że bez przerwy narzekamy na pogodę, albo pada, albo praży słońce. Czy w tym kraju jest jaki¶ złoty ¶rodek dla pogody? My go nie znaleĽli¶my. Może po prostu skupić się na drodze?
Po przejechaniu pięknych zielonych wzgórz oraz kamienistej i nieco mrocznej pustyni, o zachodzie słońca docieramy do wydm Chongoryn. Próbuję podjechać jak najbliżej, jednak szybko zakopuję się w piasku i uznajemy, że to jest wła¶nie miejsce, gdzie postawimy namiot. Motocykl odkopiemy rano, kiedy będzie więcej sił. W zachodz±cym słońcu wydmy na tle skalistych gór wygl±daj± wspaniale. Jest już póĽno, więc na wydmy wybierzemy się jutro. Rano na horyzoncie tylko chmury i piach, ale jeste¶my już do tego przyzwyczajeni. Wieje silny wiatr, więc widoczno¶ć mamy na jakie¶ 100 metrów. Zostawiamy motocykl, namiot i graty i ruszamy w kierunku wydm. Po raz kolejny dopada nas wyobrażenie o otaczaj±cych nas przestrzeniach. Wydmy, które wydaj± się być tak blisko, w rzeczywisto¶ci oddalone s± o kilka kilometrów. Potrzebujemy godziny szybkiego marszu, żeby dotrzeć do ich podnóża.
Wspinamy się na sam± górę najwyższej wydmy. Piasek sypie w oczy, widzialno¶ć ograniczona, ale tworzy się niesamowity klimat. W końcu wiatr słabnie i większo¶ć piaskowych chmur opada. Mamy niezwykły widok na pas wydm i pustynię pod nami. Wydma na której stoimy, je¶li dobrze się orientuję w terenie, to góra piachu wysoka na 1 638 m n.p.m.. Chongoryn Els to największy obszar piaszczysty w Mongolii. Ma ponad 100 km długo¶ci, do 15 km szeroko¶ci, a wydmy osi±gaj± wysoko¶ć do 300 metrów. Obłęd.
Po chwili wiatr ustaje i udaje nam się zrobić wymarzone zdjęcia. Wracaj±c, idziemy po własnych ¶ladach, jednak szybko gubimy trop. Namiot i motocykl został za wzniesieniem, więc go nie zobaczymy nawet z odległo¶ci 20 metrów. Orientujemy się, gdzie mamy i¶ć i kiedy mijamy ostatnie wzniesienie, jeste¶my pewni, że zaraz ujrzymy nasz obóz. Nic podobnego. Kręcimy się w kółko i okazuje się, że za daleko poszli¶my, obóz jest tuż za nami. To dziwne uczucie, gdy na prawie płaskim terenie nagle okazuje się, że wcale nie jest tak płasko. Do motocykla i namiotu było kilka metrów, a nie byli¶my go w stanie zobaczyć.
Ruszamy w drogę powrotn± do Dalandzadgad. Mieli¶my jeszcze odwiedzić klify Bajandzag, jednak jeste¶my zmuszeni zrezygnować z tego pomysłu. Nie objedziemy tej trasy na jednym baku paliwa więc i tak musimy wracać do Dalandzadgad, żeby zatankować. Opony s± już mocno zużyte, bo ostre kamienie na pustyni niszcz± je szybciej, wręcz tn±, a przecież przed nami jeszcze wiele kilometrów do domu i kto wie może, czy nie będzie trzeba wracać na kołach, je¶li nie dostaniemy biletów na poci±g. Musimy się spieszyć. Chcemy dojechać do Rosji nie na 21-22 lipca, jak planowali¶my, ale na 23 - jak dobrze pójdzie. Dlatego klify musz± poczekać. To jednak nic straconego. Nawet przy takim wysiłku i potwornym zmęczeniu pojawiaj± się już głosy, że jeszcze tutaj wrócimy, bo przecież nie da się zobaczyć wszystkiego za jednym razem. Mongolia to kraj, do którego można wracać nawet dziesi±tki razy i zawsze odkrywać nowe wspaniałe miejsca.
Wieczorem docieramy do Dalandzadgad, pijemy piwko przed naszym gerem na pięknie malowanych stołkach i rozmawiamy o tych wszystkich wspaniałych miejscach, które już zobaczyli¶my, o naszej podróży, o przejechanych kilometrach i tych, które jeszcze trzeba przejechać, aby dotrzeć do domu.
Nagle nad miastem przelatuje mały dwusilnikowy samolot MIAT'u. To na pewno Bolesław Uryn wraca do kraju, żartuje Ania, już mu się urlop kończy. „Ta cholerna Mongolia” napisał na koniec swojej ksi±żki „Mongolia - wyprawy w tajgę i step”. Mamy teraz podobne odczucia.
Jeszcze 600 km powrotu do Ułan Bator, jeszcze 600 km tarki, piachu, błota i kamieni. PóĽniej już tylko asfalt! Asfalt? Jaki asfalt? Gdzie jest te 2 50 0km mongolskiego asfaltu? W Ułan Bator? Autor naszego przewodnika pisze, że w 2008 roku brakowało około 30 km, aby poł±czyć Cecerleg ze stolic±. W 2010 roku brakuje 200 km asfaltu na tym odcinku, który zaczyna się dopiero za Karakorum. Być może srogie i długie zimy szybko niszcz± złej jako¶ci nawierzchnie, może asfalt był, ale już go nie ma, jest za to nowa droga przez step, jest mnóstwo nowych dróg, można nawet samemu zrobić własn±.
Do widzenia Mongolio!
O wschodzie słońca szybkie pakowanie gratów, mycie zębów i ruszamy! Bez ¶niadania. Zjemy co¶ po drodze. Mamy wielki plan dojechać dzi¶ do asfaltu, czyli jakie¶ 30 km przed Ułan Bator.
Przerwy w jeĽdzie ograniczamy do minimum. Tylko jazda, jazda, jazda... Żar z nieba bez chwili wytchnienia. O drogach już pisali¶my, więc wiadomo jak jest. Do tej pory tylko 2 razy udało nam się przejechać 400 km w ci±gu jednego dnia. Droga jest jednak dużo lepsza od tej z Dalandzadgad do Ułan Bator.
Jedziemy jeszcze długo po zachodzie słońca, aż do momentu, kiedy zaczyna się ¶ciemniać. Udaje nam się zrobić 503 km. Chyba pobili¶my rekord ¶wiata w jeĽdzie po tarce. Rozbijamy namiot i padamy na twarz. Przedtem jednak budzik na 6.30.
Jutro Rosja! Je¶li się pospieszymy. Bo granica „rabotajet” tylko do 18.00. Następnego dnia robimy ostatnie kilometry po tarce i jeste¶my na asfalcie. Trochę nierówny, ale jaki czarny i nie kurzy się. Piękny. Szybko docieramy do Ułan Bator. Znamy już miasto i przejechanie go powinno nam pój¶ć szybko i sprawnie. Marzenia. Po pierwsze droga omijaj±ca centrum i główny most jest zamknięta. Po drugie na naszej mapie jest bł±d. Droga do Darhan, któr± mamy jechać, jest na niej Ľle zaznaczona. Zamiast przejechać raz główn± przez miasto i korki, jedziemy przez miasto i korki, dookoła miasta przez osiedla jurtowisk, a na koniec znów przez centrum i korki do wylotu z miasta. Tracimy bez sensu 5 godzin zamiast 3.
Jest już po południu i szanse dotarcia do granicy w godzinach jej otwarcia malej±.
Damy radę! Prędko¶ć 120km/h między miastami i w miastach! Z wyj±tkiem stolicy, policja drogowa tutaj nie istnieje, więc nie boimy się mandatów. Udaje nam się dotrzeć do granicy na godzinę przed zamknięciem. Mimo to pani w bramie oznajmia, że jest dużo aut na przej¶ciu i nie może nas wpu¶cić. Wciskamy jej kit, że jutro z Irkucka odjeżdża nasz poci±g i musimy przejechać dzisiaj.
Wjeżdżamy na przej¶cie, wypełniamy papierki, a tu nagle jeden celnik mówi, że nas nie przepuszcz±, bo dużo aut, chyba że 20 dolarów, to on załatwi. Facet zwariował. Po tylu pokonanych granicach nie z nami te numery! Zabieram papiery i idę załatwiać odprawę. Skoro zostali¶my wpuszczeni na przej¶cie to na 100% z niego wyjedziemy! Kierunek jest tylko jeden. Rosja!
Z wyj±tkiem Rosji, gdzie na granicy jest wszystko OK i pełna kultura, zawsze musi się trafić jaki¶ frajer, który psuje opinię swojego kraju ojczystego. Nie zwracamy na to uwagi. Frajer jest jeden lub dwóch, ale naród mongolski wielki, nawet je¶li niezbyt liczebny. Mongolia, kraj pięć razy większy od Polski, jest zamieszkana zaledwie przez 2,7mln obywateli, z czego ponad jedna trzecia mieszka w Ułan Bator.
Udaje nam się opu¶cić j± bez łapówki. Do widzenia Mongolio! Jeszcze tu przyjedziemy. Nie zobaczyli¶my twojej wschodniej i północnej czę¶ci, miejsc, gdzie tury¶ci prawie nie docieraj±, ale to nic. My tam dotrzemy! Tylko na nas poczekaj. Było ciężko, ale warto. Wspaniali ludzie, cudowne krajobrazy, niesamowita przyroda i stały element krajobrazu, czyli stada wielbł±dów, koni, owiec i kóz pędzonych na pastwiska przez jeĽdĽców na koniach ze ¶piewem na ustach. I to nocne niebo! Uryn pisał, że „...niezapomniane jest mongolskie nocne niebo, z milionami gwiazd i poruszaj±cymi się ¶wiatłami sputników. Tam – w Mongolii – równie nierealnych i odległych, jak cały nasz ¶wiat....”. Trafił w sedno.
Biletów niet!
Po przejechaniu granicy docieramy do Kjachty, pięknego miasta w republice Buriacji, niemal w cało¶ci zbudowanego z drewna. Kończy się jeden etap podróży, zaczyna drugi. Powrót do domu. Być może uda nam się wsi±¶ć do poci±gu w Ułan Ude. Wszystko zależy od biletów. Je¶li trzeba będzie czekać tydzień na odjazd, to nie mamy tyle czasu. Wrócimy do Polski na kołach, jak rok wcze¶niej. Ania już ¶pi. Jest zmęczona, ale szczę¶liwa. Nigdy nie wymarzyłbym sobie wspanialszej kobiety! Jeszcze tylko muszę j± do domu dowieĽć. Ale to już niedługo. Dwa tygodnie i będziemy. Ja dumam nad podróż±.
Wiele mnie w niej zaskoczyło, ale najbardziej wyżywienie. Oboje z Ani± jeste¶my wegetarianami i wydawało nam się, że to będzie przeszkoda w drodze. A tu co? W całej naszej podróży nie mieli¶my żadnego problemu z jedzeniem. W większo¶ci gotowali¶my sami. Informacje z netu, żeby się zaopatrzyć w suchary i tego typu rzeczy, albo że ludzie nie jedz±cy mięsa s± postrzegani przez miejscowych jak dziwol±gi, to kompletna bzdura. Nawet podczas noclegów w gerach, u ludzi mocno przywi±zanych do tradycji, nie było najmniejszego problemu, aby specjalnie dla nas zrobić, np. buzzy z farszem warzywnym zamiast mięsnego lub upiec ziemniaki i podać z surówk± (na pustyni była ze słoika, ale kto by narzekał). Przed wjazdem do Mongolii napełnili¶my centralny kufer jedzeniem. Suchary, puszki, ciastka, chleb, ryż, makaron, kasza. I co? Wszystko można było kupić w każdym napotkanym po drodze sklepie, nawet w małych wioseczkach. Jedyne, czego nie było to buliony warzywne, ale wieĽli¶my je z Polski. Zasypiam u¶miechaj±c się do siebie, że nasze lęki i obawy były nieuzasadnione i wynikały jedynie z… ignorancji?
Z Kjachty wyjeżdżamy dopiero popołudniu. Ania Ľle się czuje. W nocy wymiotowała, nie lepiej było z rana. Z tego powodu odkładamy zwiedzanie. Jak tylko jej stan się poprawia, ruszamy w kierunku Ułan Ude. Kraj zabajkalski wygl±da naprawdę pięknie o tej porze roku. Droga wije się w¶ród wzgórz, przeprawiamy się przez rzekę Selengę. To już jednak nie to samo. Zniknęły jurty pasterzy, zniknęły zwierzęta. Do Ułan Ude docieramy póĽnym popołudniem. Znajdujemy tani nocleg w Domu Polskim, w całkiem przyzwoitych warunkach.
W Domu Polskim spotykamy Polaków. Ale Bartek, Tomek i Filip chyba spadli tu z księżyca. Okazuje się, że chłopaki dotarli tu na piechotę z Jakucka! Ida tras± Witolda Glińskiego, który w 1942 roku uciekł z łagru i przez Mongolię, Tybet i Nepal dotarł do Indii. Nie był sam, miał towarzystwo, ale i tak jest to imponuj±ce osi±gnięcie. Chłopaki, chc± powtórzyć jego wyczyn.
Wszystkie informacje znajdziecie na stronie www.longwalk.pl. Czas spędzony z tymi pozytywnymi wariatami mija nam miło i szybko. Więcej takich ludzi w Polsce. Przynajmniej nie czujemy się osamotnieni w naszej pasji.
Kolejny dzień mija nam na dworcu kolejowym przy załatwianiu transportu motocykla i biletów do Moskwy. Nie jest to łatwe. Płackartnych biletów nie ma do sierpnia. Dodatkowym problemem jest jazda jednym poci±giem z moto, bo tylko niektóre składy maj± wagony bagażowe. Panie dwoj± się i troj±, jest nawet interwencja u naczelnika wakzału, ale nic nie udaje się wskórać. Biletów nie ma. I koniec!
Pozostaje jedynie kupić bilety „kupiejne”. Za podwójna cenę! Nie ma wyj¶cia, ale za to pojedziemy jednym poci±giem z motocyklem. Planowali¶my szybko załatwić bilety i jechać tego samego dnia nad Bajkał na półwysep ¦więty Nos, jednak stracili¶my zbyt dużo czasu na dworcu i jest już za póĽno. Wieczór spędzamy z cał± ekip± z Domu Polskiego. Wspaniali ludzie. Idziemy na piwo i obowi±zkow± wizytę na Plac Sowietów, gdzie stoi pomnik – głowa Lenina. Nie jest to zwykły pomnik głowy. To największa głowa Lenina na ¶wiecie! Kończymy na imprezie w Domu Polskim i balujemy do rana.
¦więty Nos
Następnego dnia ruszamy na ¦więty Nos. W Ust-Barguzin płyniemy promem przez rzekę i zamiast od razu skręcić w lewo na Nos, jadę prosto. Półwysep widać jak na dłoni, ale to mi nie daje do my¶lenia. Ani to, że rzeka Barguzin płynie z prawej strony drogi, a miało tu nie być żadnej rzeki, ani to, że mijamy wioski, których tu nie powinno być żadnych wiosek, ani tabliczki z kilometrami i drogowskazy na Barguzin. Ol¶nienie przychodzi dopiero przy tablicy z nazw± Barguzin! Jak to Barguzin? Przecież na Nosie nie ma żadnego Barguzin. Okazało się, że nadłożyli¶my 50km i to po drodze, o której wolę zapomnieć. Nawet w Mongolii nie było takiej tarki jak ta. Musimy wrócić do promu i skręcić w prawo. Na ¦więty Nos docieramy wieczorem.
Rozbijamy namiot nad samym Bajkałem. Widok zapiera dech w piersiach. Wieje silny wiatr i po jeziorze szalej± wielkie fale. Na niebie wisz± ciężkie, deszczowe chmury; inne, ja¶niejsze niemal „leż±” na szczytach gór, pokrywaj±c je niczym pierzyna; kolejne wystaj± zza szczytów, jakby chciały się przeczołgać na drug± stronę, ale brakuje im sił. Od rana następnego dnia spacerujemy po Nosie i robimy zdjęcia. Pogoda przepiękna, ani jednej chmurki. Jest dużo cieplej, niż wczoraj i nie wieje już wiatr. Idealne warunki na przejażdżkę wzdłuż brzegu.
Wracamy do Ułan Ude. Pogoda jest tak dobra, że widać drugi brzeg jeziora i wyspę Olchon, cel naszej ubiegłorocznej wyprawy. Do Ułan Ude wracamy popołudniu. Z chłopakami z Long Walk spotykamy się już w mie¶cie i od razu wiadomo, że na wieczór szykuje się impreza. Maj± przyjechać nowi ludzie, więc trzeba ich ugo¶cić. Nasze rozmowy przeci±gaj± się do 5 rano, a o 8.30 mam być z motocyklem na dworcu, żeby go załadować do poci±gu.
Jest ciężko, ale dajemy radę. Wspólnymi siłami taszczymy bagaż i motocykl na wakzał. Nie było czasu spakować się, dlatego wrzucamy tylko ciuchy do worków i dalej na dworzec, bo przecież poci±g nie będzie na nas specjalnie czekał. Krótkie ale wzruszaj±ce pożegnanie na stacji z wariatami z Polski i zostawiamy za sob± peron.
Coraz bliżej domu
Przed nami droga do Moskwy. Cztery doby nudy w poci±gu. Dla mnie to był prawdziwy koszmar, bo poci±g zmęczył mnie dwa razy bardziej, niż jazda na motocyklu. No a poza tym nie było nic do roboty. Nuda, droga, sen, droga, nuda, sen, nuda, nuda, nuda. W Moskwie wysiadamy z poci±gu o czwartej nad ranem i natychmiast odbieram motocykl z wagonu bagażowego. Z rozładunkiem nie ma żadnego problemu. Perony s± na wysoko¶ci podłogi w wagonach, więc bez trudu radzę sobie sam. Motocykl jechał bez oberszotki, to nie muszę wyci±gać go ze skrzyni i rozbijać desek. Cieszę się, jak dziecko, bo udało mi się przemycić trochę paliwa. Nikt tego w Ułan Ude nie sprawdzał i zostawiłem go w zbiorniku na tyle, żeby dojechać do stacji benzynowej gdzie¶ w Moskwie, ale na tyle mało, żeby się paliła rezerwa i nikt się nie przyczepił. To był dobry pomysł.
Przypinam kufry, pakujemy torby i po godzinie jeste¶my gotowi do drogi. Z dworca motocykl trzeba wypchn±ć, w końcu nie wolno jeĽdzić po peronach. Wyjazd w Moskwy o wschodzie słońca to niezapomniane wrażenia. To piękne i ogromne miasto. Mijamy trzy lub cztery budynki w stylu naszego Pałacu Kultury, tylko dwa, albo trzy razy większe. Robimy rundę dookoła centrum. Bardziej w poszukiwaniu wła¶ciwej drogi niż z ochoty, ale widoczki cudne. Z miasta wyjeżdżamy bez większych kłopotów i jak na skrzydłach lecimy w kierunku granicy z Łotw±. Po dniach nudy w poci±gu jazda motocyklem to najwspanialsza rzecz na ¶wiecie. Zatrzymujemy się tylko na tankowanie. Kilkaset kilometrów za Moskw± puszcza uszczelniacz w przednim zawieszeniu i wiatr wywiewa olej prosto na mnie i na motocykl.
Olej zacz±ł się s±czyć jeszcze w Mongolii – uszczelniacze nie wytrzymały ostrego piasku Gobi, błota na trasie i kurzu. W takich warunkach przydałyby się osłony goleni. Co¶ z tym trzeba zrobić, bo w momencie, kiedy się zatrzymujemy, olej cieknie po zawieszeniu na tarczę hamulcow± i na oponę. To bardzo niebezpieczne, bo łatwo o po¶lizg.
Jak wykonać osłonę golenia w podróży? Oto instrukcja:
1. Bierzemy skarpetę (nie za sztywn± – zawieszenie pracuje).
2 Skarpetę Rozcinamy (lub rozłamujemy) wzdłuż.
3. Składamy wpół
4. Owijamy ciekn±ce miejsce i owijamy ta¶m± izolacyjn±, mocuj±c skarpetę w trzech miejscach: do górnej i dolnej czę¶ci zawieszenia oraz na ¶rodku, w miejscu ciekn±cego simmeringu.
5. Gotowe !
Ruszamy dalej i nic nie cieknie. Elegancko. Skarpeta chłonie nadmiar oleju jak dzika. Odprawa na granicy z Łotw± idzie wolno i tracimy tu aż 3 godziny. Mieli¶my nadzieję pokonać trasę z Moskwy do domu w dwa dni, w końcu to tylko 1900 km, ale nie udało się. Nocujemy w motelu na Łotwie, drugi mamy już w Warszawie, u Wojtka. Mordeczka nasza, byli¶my z nim nad Bajkałem w zeszłym roku. Niestety w tym nie mógł, ale nic straconego. Będ± następne razy. Z Warszawy do domu jest już rzut beretem, ot 350 km. Robimy to jednym łykiem następnego dnia. W Wołowie czekaj± na nas rodzice. Ich widok u¶wiadamia nam, że wrócili¶my.
Podziękowania
Podczas całej podróży pokonali¶my 17 165 km na motocyklu i około 5 700 km poci±giem. Chcieliby¶my podziękować wszystkim którzy nas w tym wspierali, naszym rodzicom, przyjaciołom a także firmom które nam pomogły:
Firmie MODEKA za rewelacyjne ubrania motocyklowe.
Firmie S.M.O. OPONY za opony CONTINENTAL TKC80. Dały radę!
Firmie SPUTNIK TRAVEL za pomoc w wyrobieniu potrzebnych wiz.
Firmie DEFENDER za kask NOLAN dla Ani. Przydał się!
Burmistrzowi Miasta i Gminy WOŁÓW za wsparcie finansowe naszej wyprawy. Było na paliwo!











































Komentarze 9
Pokaż wszystkie komentarzeHey. Wiem, że w "Gramofonie" jaki¶ czas temu pokazywali¶cie prezentację ze swojej wyprawy. Nie mogłem jednak wtedy się zjawić. Chciałem was poprosić o jak±¶ kopię płyty jeżeli było by to możliwe, ...
Odpowiedzfotki można obejrzeć na naszej stronie ciekawiswiata.com
OdpowiedzCiekawa wycieczka!!!Następn± wyprawę proponuję na ''Szczyt ¶wiata'' zdobyć motocyklem wszystkie o¶mio tysięczniki,najlepiej w zimie i po nocy;-)tak sobie z Mikusiem wymy¶lili¶my podczas ostatniego ...
Odpowiedz¦wietna sprawa, aż sam zamarzyłem by wybrać się kiedy¶ w tak± podróż.
OdpowiedzRacja!! Zazdroszczę takiej wyprawy - w pozytywnym znaczeniu tego słowa :) Też tak bym chciała...
Odpowiedz¦wietny opis, pozazdro¶cić, a możecie co¶ zdradzić o co chodzi z t± gmin± Wołów ? Tak się składa, że ja mieszkam w tym miasteczku ale nie rozpoznaję twarzy na zdjęciach "z widzenia". Pozdrawiam ! :)
OdpowiedzMieszkamy w Wołowie :-) a Gmina Wołów czę¶ciowo nas zasponsorowała, pozdr
OdpowiedzTo ¶wietnie. Oby tak dalej :) Ja mam nadzieje na następny sezon doł±czę do Wołowskiego grona motocyklistów :) pozdr
OdpowiedzBarwny opis, fajne zdjęcia. Pozazdro¶cić wytrwało¶ci w realizacji marzeń.
OdpowiedzDłuuga podróż, ale gdy to przeczytałem, widać że się opłacało tyle przejechać :) Oby tak dalej, Szeroko¶ci i przyczepno¶ci ... :)
Odpowiedz