tr?id=505297656647165&ev=PageView&noscript=1 Moto Italia, czyli sporty, turystyki i nakedy w epickiej podróży przez Włochy Triumph Tlo premium Tiger prawdziwa przygoda 08-03
2019 05 Motul Afryka Tlo Premium
NAS Analytics TAG

Moto Italia, czyli sporty, turystyki i nakedy w epickiej podróży przez Włochy

Autor: Wojciech Czapla 2018.08.30, 10:46 Drukuj

Czy daleka wyprawa na sportach może się udać? W dodatku tak liczna, jak nasza? Ponad pięć tysięcy kilometrów włoskich dróg i niezliczone piękne chwile pokazują, że jak najbardziej! Moto Italia to kolejna nasza wyprawa zakończona sukcesem!

Po dwóch latach od ostatniej wyprawy, jaką była jazda po Alpach i Lazurowym Wybrzeżu, przyszła kolej na zaliczenie Włoch. Pomysł rodzi się tuż po ostatnim wyjeździe w 2016 roku. Oryginalnie w planie miała być nawet Sycylia, ale stwierdzamy, że mając tylko dwa tygodnie w siodle, tempo będzie za duże i trasę trzeba trochę okroić.

Ostatnie dopięcie planu wyjazdu następuje wiosną tego roku i tak w składzie: Szymon na ZZR1400, Mila i Tomek na Hayabusie, Litwin na Ducati Panigale, Kaszub na Tigerze 1050, Hubert na MT 01, Olo na GS1200 ADV i Czapla na ZZR1400, ruszamy w kolejną podróż marzeń.

Ze względu na naszą pracę i miejsce zamieszkania wyruszamy w trzech grupach. 1 czerwca o 6 rano z Kołobrzegu rusza Szymon, Hubert i Litwin. Tego samego dnia również Mila i Tomek z Hagen w NIemczech. Ja z Kaszubem planujemy  start następnego dnia z Kołobrzegu, podobnie jak Olek z Aigle w Szwajcarii.

Falstart Huberta

Pierwszy dzień wyjazdu, a w zasadzie pierwsza godzina jazdy, dla Huberta zaczyna się bardzo kiepsko. Po 90 km drogi, na wysokości lotniska w Goleniowie MT 01 zalicza dzwona. Ostre hamowanie na białej, ciągłej linii, uślizg przedniego koła, moto kosi znak drogowy i ląduje w pokrzywach. Hubix wstaje, otrzepuje się. Dla niego wyjazd właśnie się kończy.

W dalszą drogę na kemping w Prien am Chiemsee leci już tylko Szymon z Litwinem. Popołudniem spotykają się z Milą i Tomkiem za Norymbergą.

W sobotę, 2 czerwca ruszamy w trasę Kołobrzeg-Wenecja. Wychodzi 1470 km i 17 godzin w siodle, co jest naszym nowym rekordem. O godzinie 11 Olek wyrusza z Aigle, też prosto na camp w Wenecji. My w okolicach Monachium po tankowaniu dajemy sobie czas na godzinną drzemkę pod drzewkiem. Przydaje się bardzo.

Zaraz po wjeździe do Niemiec dopada nas ciężki deszcz. Tempo znacznie też spada bo pojawiają się ograniczenia prędkości. Jedziemy na przemian w słońcu i deszczu, po wjeździe do Włoch tankujemy chyba najdroższe jak dotąd paliwo – 2,05 euro za litr. Ostatnią godzinę jedziemy już po ciemku i o 22 wjeżdżamy na kemping Venezia Village, gdzie czeka reszta ekipy. Jesteśmy zmęczeni, ale szczęśliwi, że plan pierwszego dnia wyjazdu jest zrealizowany. Siedzimy przy włoskiej grappie i pizzy do 3 rano.

Straż w łodzi

W niedzielę rano dzielimy się na grupy. Litwin i Olo lecą do Bolonii zwiedzać fabrykę Ducati, a reszta rusza zwiedzać Wenecję z buta. W Wenecji spotkacie tylko i wyłącznie kanały po których pływają przeróżne łódeczki i wodne taksówki. Mieliśmy okazję nawet widzieć ekipę straży pożarnej w płynącą do wezwania. Za jedyne 7,5 euro płyniemy wodnym autobusem przez samo serce tego pięknego miasta aż do Placu Św. Marka.

Z tego miejsca zaczynamy pieszą wycieczkę w kierunku miejsca, gdzie wysiedliśmy z autobusu. Weneckie kanały robią na nas ogromne wrażenie, a stare zabytkowe budowle dopełniają pięknych widoków. Pełno tutaj fajnych barów i restauracji, gdzie serwują lokalne trunki i włoskie przekąski. Nie zgadzamy się też z obiegową opinią na temat nieprzyjemnego zapachu czy zaśmieconych ulic.

Naszym zdaniem miasto jest czyste, zadbane i żadnych ścieków i tym podobnych nie widzimy. Na kemping wracamy ok. 20m, dość zmęczeni spacerem. Olek i Litwin także są zadowoleni – wstęp do muzeum Ducati dla właścicieli motocykli tej marki jest 15 euro tańszy. Reszta płaci 35 euro, więc Liti już na wejściu czuje się wyróżniony. Do tego chłopaki trafiają porę, że w całym obiekcie są sami, a do tego oprowadzają ich dwie piękne przewodniczki. W cenie biletu jest również wejście do laboratorium fizyki motocykla. Można się tam dowiedzieć sporo ciekawych rzeczy, począwszy od tego dlaczego i jak motocykl skręca, na detalach sprzęgła i silnika kończąc. Szkoda, że nam się nie udaje tam zawitać, ale trzeba trzymać się planu.

Self service

Następnego dnia o 10 rano wyruszamy na południe wzdłuż brzegu Adriatyku. Nie zamierzamy jechać autostradami, bo na ten dzień mamy do przejechania tylko 300 km. Na początek dnia obieramy kierunek na Park Veneto. Rozległe rozlewiska, a wśród nich fajne ciasne kręte drogi, choć nie zawsze równe. Tempo jest spacerowe i tak docieramy wczesnym popołudniem do nadmorskiego miasteczka Bellaria.

Motocykle zostawiamy przy samej plaży i robimy sobie pauzę na kąpiel w morzu i dobry obiad w plażowym barze. Temperatura wody morskiej nie różni się od nagrzanego latem polskiego jeziora. Po około dwugodzinnej przerwie wsiadamy na sprzęty i, mijając po prawej stronie San Marino, jedziemy do Coriano – rodzinnego miasteczka Marco Simoncellego, zawodnika MotoGP, który w roku 2011 zginął na torze Sepang w Malezji. Odwiedzamy muzeum, gdzie można w skrócie obejrzeć jego wyścigową karierę.

Jadąc do celu na kemping Paradiso w Casteldimezzo, trafiamy przy tankowaniu na coś nowego dla nas. Część z nas tankuje za 1,9 euro za litr, a część za 1,6 euro za litr na tej samej stacji, lecz z innych dystrybutorów. Okazuje się, że na włoskich stacjach jest coś takiego jak self service i service. Paliwo kosztuje mniej, jeśli płacisz kartą lub gotówką w maszynie, a drożej jeśli tankuje pojazd obsługa stacji i płacisz po tankowaniu. Nie zauważamy tego wcześniej, choć rzeczywiście wiszą małe tablice informacyjne.

Na bramie campu stajemy punkt 20. Ledwo rozstawiamy namioty, a zaczyna lać jak z wiadra. Na szczęście przy recepcji jest bar w którym czekamy aż przejdzie pijąc i grappę i limoncello. Na kolację idziemy nad brzeg morza po bardzo wysokim klifie. Trafiamy do restauracji w której na pierwszym planie stoi sportowe Benelli, a na ścianach wiszą same zdjęcia z wypraw motocyklowych i przeróżnych wyścigów. Właścicielem jest motocyklista, który dodatkowo pracował na torze wyścigowym w Mugello. Opowieści w klimacie moto trwają do północy i tak kończymy kolejny dzień.

Z wizytą u Doktora

5 czerwca wstajemy już o 6 rano. Mamy tego dnia do zrobienia prawie 400 km, a że trasa przebiega krętymi, górskimi drogami, musimy mieć więcej czasu. Kierujemy się dalej na południe, w głąb lądu. Śniadanie jemy w Tavulli, małym rodzinnym miasteczku Valentino Rossiego. Na wjeździe widzimy już pierwsze oznaki odwiedzin jego fanów. Tablica oklejona logami różnych grup motocyklowych, podpisami. Znajdujemy miejsce także na naszą wlepę.

W dolinie widać posiadłość Vale, gdzie ma swój prywatny tor supermoto. Wow! Bar w którym jemy oczywiście też jest w żółto-niebieskich barwach, wszędzie foty Valentino, modele jego motocykli, kaski i kombinezony z numerem 46. Kawa smakuje jakoś lepiej. Po dłuższej porannej przerwie ruszamy drogami SS219, SP146 i SP340 przez Rieti.

Widoki piękne, nieustające kręte drogi, każdy z nas co chwila próbuje zamknąć oponki. Do Fiumaty dojeżdżamy na godzinę 19.30, lecz okazuje się, że kemping, na którym mieliśmy nocować, jest od dawna nieczynny. Jest dość późno, a ponieważ w okolicy nie możemy znaleźć miejsca do spania, postanawiamy spać na dziko. Znajdujemy fajną miejscówę przy jeziorze, pod pięknym dużym drzewem.

Luźne koło

Czwartek zaczynamy o 7 rano pakując motocykle. Ruszamy do pobliskiej wioski, gdzie pod sklepem wsuwamy dobre śniadanie w postaci świeżej ciabatty z salami. Do tego kawa i jesteśmy gotowi na kolejne kilometry. O 10 startujemy do Rodi. Kierujemy się dalej górskimi drogami przez Colle San Leonardo i dalej na Foggię. Jadąc za Litwinem zauważamy, że coś jest nie tak z jego tylnym kołem w Ducati – jest jakby luźne było. Nie mylimy się. Do jego dokręcenia potrzebny jest nam specjalny klucz, więc pozostaje szukać warsztatu.

11 km dalej trafiamy do miasteczka, lecz trwa akurat sjesta, więc wszystko prócz kilku barów jest pozamykane. Szczęście się do nas jednak uśmiecha – zatrzymujemy się na obiad w knajpie, której właścicielami byli ojciec z synem – motocykliści dosiadający Moto Guzzi i Ducati. Na ścianach, podobnie jak w restauracji w Casteldimezzo, wiszą zdjęcia z wypraw motocyklowych. Włosi kochają motocykle. Kolesie się nami zainteresowali i, po dobrym spaghetti, jeden z nich jedzie z Litim do swojego domowego garażu dokręcić koło. Fajni ludzie czujący ten sam klimat. Mi, mniej więcej w tym samym czasie, przepalają się żarówki świateł mijania, więc Włoch pomaga także z tym.

Po tym przymusowym postoju dalej lecimy już szybszą drogą, ale też nie autostradą. Im bliżej półwyspu Gargano i dalej od środka Włoch, proste są tak długie,że ciśniemy nawet po 200 km/h. Na camp Stella del Sud wjeżdżamy o 19. Na samym początku mamy zaciesz, bo pani w recepcji, wpisuje Litwinowi że ma na imię Prawo, a na nazwisko Jazdy. Kemping jest naprawdę fajny, obszerny, z odkrytym basenem, zaraz przy pięknej plaży. Kiedy rozbijamy namioty, przynoszą nam z restauracji dużą pizzę. Miło.

Zaliczamy kąpiel w morzu i 4 km spaceru plażą do Rodi. Docieramy do chyba ostatniego otwartego pubu w miasteczku. Zjadamy panini i zapijamy browarem, i grappą. W drodze powrotnej Szymon trochę narzeka na bolące kolano, które miał nie tak dawno operowane, ale niestety o taxi można zapomnieć. Noc jest tak ciepła, że ja i Tomek śpimy pod gołym niebem na plażowych leżakach.

Pizzę to oni potrafią

Dnia następnego pobudkę o 6 rano organizuje nam ratownik. Coś tam chrząka pod nosem, więc zawijamy się i idziemy budzić resztę ekipy, ale bez skutku. Na śniadanie idziemy o 9 – to i tak nieźle. Dzisiaj Mila z Tomkiem i Szymonem odpoczywają i mają w planie tylko podjechać do Rodi, a reszta odpala motocykle i rusza objechać półwysep Gargano. Z Rodi jedziemy na południe przejeżdżając przez olbrzymi rezerwat przyrody, wśród ogromnych drzew, krętą wąską drogą, aż dojeżdżamy do miasteczka Monte Saint Angelo.

Wokoło śliczne, białe zabudowania na wzgórzu, ciasne uliczki z kamienia i piękna panorama na Adriatyk. Po przerwie w miłej restauracyjce jedziemy wybrzeżem zaciskając pętle do naszego campu. Trasa przebiega nad samą wodą przy stromych klifach,widać sporo morskich grot i jaskiń. Jest równa i kręta, więc jedzie się bardzo przyjemnie. W Vieste robimy kolejny przystanek, nie licząc tych krótkich na robienie zdjęć. Wycieczkę kończymy o 20 i pierwsze, co zaliczamy, to kąpiel w basenie. Potem jemy dobra pizzę z pieca opalanego drzewem. Co jak co, ale nikt nam nie powie, że Włosi nie potrafią pizzy robić, bo słyszeliśmy już takie opinie. Kelner częstuje mocnym limoncello własnej roboty i po dniu pełnym wrażeń idziemy spać.

Horror na obwodnicy

Zgodnie z planem 8 czerwca budzimy się o 6 i, po szybkim śniadaniu, startujemy do San Giovani Rotondo. Celem w tym mieście jest zwiedzenie kościoła, w którym pochowany jest znany na całym świecie stygmatyk, Ojciec Pio. Można go obejrzeć leżącego za szybą. Rocznie przyjeżdża do niego ok. 10 milionów pielgrzymów. Tuż przed południem jedziemy w dalszą drogę, której celem jest Neapol. Wskakujemy na autostradę, na której strasznie się męczymy.

Ograniczenia prędkości 80, czasami 100 km/h, dużo prac drogowych, a chcemy przecież szybko przelecieć na drugą stronę Włoch. Do tego mnóstwo fotoradarów. Po 100 km decydujemy się zjechać z tej drogi, niby szybkiego ruchu, i przejechać przez Parco Regionale del Partenio. To dobry pomysł – znów trafiamy na kręte, ciekawe drogi, prowadzące przez wioski położone na wzgórzu. W jednej z nich robimy przystanek na lody i prawdziwe espresso. Jadąc dalej nie mamy pojęcia co nas czeka na obwodnicy Neapolu, którą mamy dostać się do Pouzzoli na kemping Averno.

Jest godzina 17, więc i godziny szczytu, ale takich korków i ilości aut się nie spodziewaliśmy. Kierowcy z 4 pasów w jedną stronę robią sobie 7-8. Nie ma mowy o jakimś pierwszeństwie, czy ustąpieniu drugiemu. Wszystko posuwa się z prędkościami max 30 km/h. Nawet awaryjnym pasem ruchu trzeba się przeciskać pomiędzy autami a barierą ochronną. Takiego czegoś nigdy nie doświadczyliśmy. Jazda zajmuje nam z dwie godziny, w końcu wjeżdżamy kemping umęczeni, lecz uradowani, bo cali i zdrowi. Na kempingu rozbijamy się pod drzewkami mandarynkowymi i zażwamy kąpieli w basenie, przez który przepływają źródła termalne. Po pysznej kolacji w eleganckiej restauracji, kończymy na dyskotece, a to wszystko na terenie kempingu.

  NAS Analytics TAG

Zdjęcia
Mila Litwin Tomek na Grossglockner
Cinque Terre zachwyca
Centrum Riva del Garda
Cinque Terre
Cmentarz wojenny Monte Casino
Ale kanal
Czapla Kaszub kierunek Wenecja
Czas zjezdzac ze Stelvio
Domki na campie Garda
Ekipa w Rzymie
Gaje oliwne w Parku Garganico
Jedna z Weneckich ulic
Jezioro Garda
Kapiel przy campie Maralunga
Kaszub podziwia widoczki
Kaszub szuka drugiego brzegu
Kemping Averno
Kemping w Rodi
Klasztor Benedyktynow Monte Casino
Krzywy Szymon i wieza w Pizie
La Spezia
Limone kamienne miasteczko
Limone wita
Mila and Tomasz Benedyktyni
Komentarze
Pokaż wszystkie komentarze
Dodaj komentarz

Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników portalu. Ścigacz.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Jeżeli którykolwiek z komentarzy łamie regulamin , zawiadom nas o tym przy pomocy formularza kontaktu zwrotnego . Niezgodny z regulaminem komentarz zostanie usunięty. Uwagi przesyłane przez ten formularz są moderowane. Komentarze po dodaniu są widoczne w serwisie i na forum w temacie odpowiadającym tematowi komentowanego artykułu. W przypadku jakiegokolwiek naruszenia Regulaminu portalu Ścigacz.pl lub Regulaminu Forum Ścigacz.pl komentarz zostanie usunięty.

Nasi fani komentowali

Polecamy

Aktualności

NAS Analytics TAG
reklama
NAS Analytics TAG

sklep Ścigacz

    na górę