Motocyklem ze Szkocji do Nepalu - Teheran, czyli istne szaleństwo
| Dookoła bardzo wysokie góry. Na jednej z nich, jak krzaki winogron przyklejone do skały, wznosiła się wioska. Dachy jednego poziomu są podłogami dla drugiego. Chodników właściwie nie ma. Spaceruje się po dachach sąsiadów, aż w końcu dotrze się do swojego domu 24. października - Karaj Reklama Kalendarz dla motocyklisty na rok 2026 Gwiazdy MotoGP.Duży 42x30 cm. 79 zł WYSYŁKA GRATIS!Kalendarz motocyklowy na rok 2026 ścienny, przedstawiający najważniejszych bohaterów tego sezonu MotoGP. Marc Marquez, Jorge Martin, Johann Zarco, Raul Hernandez, Fabio Quartararo, Franco Morbidelii, Pedro Acosta, Pecco Bagnaia, Marco Bezzecchi, Alex Marquez i inni w obiektywnie Łukasza Świderka, polskiego fotografa w MotoGP KUP TERAZ. WYSYŁKA GRATIS »Wyjechałem od Hosseina z uśmiechem na twarzy. Zasiedziałem się u niego i chyba rozleniwiłem. Minęło już prawie 10 dni tutaj, a ja poza deszczową Astarą nie widziałem nic. No może Abriz, ale to też nie było szczególne miejsce. Wyjechałem wcześnie rano, nie miałem daleko - 280 km do pięknego miejsca. Trzeba jechać w kierunku Rasht, odbić na Fuman, a stamtąd już tylko 30 kilometrów. Z powodu nieustającego deszczu, nie miałem też okazji pójść nad morze. 180 km do Rasht to wąska szosa wzdłuż wybrzeża, przecinająca niezliczoną ilość wiosek z warsztatami samochodowymi. Łatwo odnieść wrażenie, że poza warsztatami i sklepami z Coca-Colą nie ma tutaj nic innego. Biorąc pod uwagę styl jazdy Irańczyków, blacharnie i lakiernie są raczej niezbędne. Wielki niebieski znak informował, że do Rasht trzeba prosto, a do Gulam Beach w lewo. Słowo „beach" słyszałem ostatnio w Antalyi. Skręciłem. Pięć minut później wjechałem na wielką, rozciągającą się na milę plażę. Było pochmurnie i wiał niewielki wiatr. Zaparkowałem nad samą wodą. Rybacy rozplątywali sieci, a rodziny na kocach ucztowały. Nie zdążyłem zsiąść z motocykla, gdy koce opustoszały i zostałem oblężony przez ludzi. Irański zestaw pytań różni się trochę od tureckiego. Irańskie pytania to: skąd jesteś? Ile cylindrów ma motor? Ile litrów paliwa wchodzi do baku? Gdzie pracujesz? Jakie masz wykształcenie? Co sądzisz o Iranie i Irańczykach? I na końcu: jak się masz? Gdy wyczerpią znajome im angielskie słowa, zaczynają od początku. Kilka zdjęć moim aparatem i kilkadziesiąt ich aparatami. Pojawili się także panowie policjanci. „Paszport poproszę!" - wpisali mnie elegancko do zeszytu, prawie leżąc na masce samochodu.
Podszedłem do okna i otworzyłem szeroko oczy na widok gór. Głęboki oddech. Zszedłem na sam dół wioski, chciałem szybko dotrzeć na szczyt wzgórza, które wyrastało na przeciw mojego okna. Po kolana w błocie dotarłem do miejsca, z którego rozciągał się niesamowity widok na całą wieś. Nie jest duża, według Surus (Irańczyk, poznany we wsi, chyba jedyny mówiący po zagranicznemu) mieszka tutaj 850 osób. Większość żyje z turystyki, istnieją też małe rodzinne interesy, sklepiki, bazar i piekarnie. Piąta po południu. Jeszcze nie ciemno, ale ciągle za jasno na fotki. Domyślałem się, że gdy rozbłysną światła, piękno tego miejsca ukaże się w pełni. Nie myliłem się. Z gór zaczęła schodzić mgła. Powoli, ale systematycznie pożerając budynki po drodze. Słońce już dawno schowało się za górami. Nie wiem, czy udało mi się oddać magię tego miejsca na fotografiach. To trzeba zobaczyć na własne oczy. Nie żałowałem ani jednej minuty. W zupełnej ciemności dotarłem do stóp wioski. Teraz tylko kolacja z Surus i spacer po dachach. Musowa herbata w małej, ale jak dotąd najlepszej kafejce, z płonącym koszem na śmieci przed wejściem. Mgła zjadła już całą wieś. Było ciężko zobaczyć coś dalej, niż na 20 metrów. Jeszcze tylko kilka dymków jabłkowego tytoniu... 26. października - Karaj Przed chwilą, a dokładniej o 12.00 wróciłem ze spaceru po okolicznych wzgórzach. Dzisiaj piątek, dzień wolny od pracy. Całe miasto opustoszało. Wydaje się, że wszyscy skierowali się w jedno miejsce. To samo miejsce, co ja. Ale od początku... Dojechałem do Karaj we wtorek wieczorem. Umówiony byłem z Mehdim, starym znajomym Buzza i Tashy, na jakimś tam placu. Wszyscy doskonale wiedzą, jak uwielbiam jeździć nocą. Mehdi nie wiedział. Placu oczywiście nie znalazłem, nic dziwnego, każdy kierował mnie w inną stronę, a po angielsku ani jeden z nich nie umiał. Zatrzymałem się przy jakimś rondzie, ściągnąłem przepoconą kurtkę, kupiłem w kiosku kartę telefoniczną (20 000 riali) i zadzwoniłem do Mehdiego. Okazało się, że już jest w domu. Złapałem za rękaw jakiegoś przechodnia i podałem mu słuchawkę. Koleś elegancko w Farsi wyśpiewał gdzie się Marcin znajduje. 20 minut później staraliśmy się we dwójkę zmieścić na siedzeniu GS-a. Ja siedziałem, gniotąc klejnoty o tank bag, a mój pasażer prawie stał na podnóżkach, ocierając się (wolę nie myśleć czym) o moje plecy. Dom był niedaleko. W zasadzie duży blok. Mieszkanie przestronne z dwoma pokojami i salonem. Współlokator jakoś nie zdziwił się widząc mnie. Później powiedziano mi, że turyści są u nich stałymi bywalcami, przynajmniej raz na miesiąc ktoś się pojawia. Na kolację był kurczak na kopcu ryżu. Jak w Astarze na weselu! Później było dużo i jeszcze więcej herbaty. Padnięty położyłem się w moim kącie pokoju na dostarczonym, zwijanym materacu. Do czubka głowy schowałem się w śpiworze i nawet nie wiem, kiedy zasnąłem. Rano, od razu po obudzeniu, zacząłem się drapać jak oszalały. Jakieś bydle pogryzło mnie w nocy! I to może nawet dwa bydlaki! |
|
|





























Komentarze 3
Pokaż wszystkie komentarzejak to czego chcieć więcej kobiety hehehehee :D
OdpowiedzSzczerze zazdroszczę wycieczki :)
Odpowiedzsuper ,człowiek z pasją ,też mi się marzy taka podróż :) ,motocykl + wspaniałe krajobrazy czego chcieć więcej?
Odpowiedz