tr?id=505297656647165&ev=PageView&noscript=1 Moto Balkan Cooltour - motocyklem na południe Triumph Tlo premium Tiger prawdziwa przygoda 08-03
2019 05 Motul Afryka Tlo Premium
NAS Analytics TAG

Moto Balkan Cooltour - motocyklem na południe

Autor: Ania Jackowska 2010.11.15, 13:09 1 Drukuj

To była piękna podróż, 72 dni samotności z nienatrętnym towarzystwem GS-a. Nie spodziewałam się że będzie to aż tyle i będzie to tak trudne. Na jedną babską głowę to dużo, przynajmniej na tą moją. Ale udało się! Przejechane kilometry są dość przeciętne - 9000 tysięcy. Tak, wiem, że ten dystans można przejechać w 6 dni, a siedemdziesiąt dwa to jakaś pomyłka. Ale ja lubię te pomyłki, a im dłużej podróżuję tym więcej czasu zajmuje mi przejechanie każdego kilometra…

Warszawa

Od 4:00 rano nie śpię. Nie mogę spać, chociaż organizm tego potrzebuje. Nerwy, strach, wszystko razem. I złość na samą siebie, że nie zdążyłam się spokojnie spakować. Sama sobie mogłam oszczędzić nerwów. Sama sobie po raz któryś ich dostarczam. Wybiegając z domu, do kurtki motocyklowej wciskam pilniczek do paznokci. Szkoda, że zapomniałam o szczoteczce do zębów.

Początkowe kilometry to walka z nadwagą GS-a. Nie mam możliwości zostawienia po drodze nadbagażu. To znaczy mam, ale bezzwrotnie. Najchętniej wyrzuciłabym ten cholerny łańcuch do blokowania motocykla. Pogoda zmienna. Tak porządnie budzę się, gdy zaczyna padać deszcz gdzieś między Grójcem, a Radomiem. Pod Rzeszowem już upał. Dzień zamyka się meteorologiczną klamrą - 50 km od Tokaju zaczyna lać. Przyjmuję to z pokorą po raz kolejny wciskając się w deszczówkę. Założeniem nadrzędnym tej podróży jest: przyjmować z pokorą niespodzianki dnia codziennego i nie spieszyć się. Wypowiadam prywatną wojnę gubieniu w pośpiechu kluczyków, pięciokrotnym wracaniu się po coś, o czym w pośpiechu zapomniałam. W Tokaju dzień kończy się przyjemnie. Akurat o to tam nie trudno.

Święci czuwają nad moją nieświętą duszą…

Szybko przekonuję się, że z tym niegubieniem może nie być tak łatwo. Pod Wesołym Cmentarzem w Sapancie orientuję się, że nie mam kluczyków do GS-a. Musiały mi wypaść w trakcie zwiedzania. Zaczynam szukać, czując na sobie rozbawiony wzrok Wszystkich Świętych. Pewnie, że mieli rację, że się śmiali. Bo gdy ja przeczesywałam cmentarne ścieżki, kluczyki sterczały w zamku kufra. Chyba inni Święci mieli je i moją roztargnioną duszę w opiece. Do Kaczycy dojeżdżam 15. sierpnia. Tłumy wiernych i niewiernych świętują, modlą się, piją piwo. W powietrzu unosi się woń grillowanych mięs. Przy stołach Cyganie i zakonnice. Na stoiskach kapelusze słomkowe, cygańskie srebro, dewocjonalia. Robi się ciemno. Kolorowe światła, głośna muzyka wesołego miasteczka, dym - atmosfera jak z filmu o Drakuli.

A co tam w Nadniestrzu?

Na granicy rumuńsko-mołdawskiej celnik, wskazując na zbiornik z płynem hamulcowym, pyta czy to perfumy. „Niech jedzie” - daje mi paszport i błogosławieństwo. Hotel Kiszynów, tu czas się zatrzymał, tylko ceny nadążają za rzeczywistością. Z Kiszyniowa już blisko blisko do Tyraspola, za blisko, aby tam nie pojechać. Krótka wizyta w Nadniestrzu kończy się dwoma spotkaniami z Policją i groźbami aresztowania, miło nie było. Na granicy dzielę się swoją złością z celnikami. Nie stać mnie na wasz kraj i płacenie łapówek, a policjanci to złodzieje - mówię gdy już oddali mi paszport. W Mołdawii, od razu jakoś lżej się oddycha.

W Rumunii to prawie jak w domu

W wolnocłówce mołdawsko-rumuńskiej wybieram gigantyczną czekoladę – za poniesione straty moralne i obłaskawienie grubej celniczki. W sumie nie mam nic na sumieniu, ale ostatnie doświadczenia pokazują, że wcale nie trzeba mieć, aby dostać po tyłku. Tego wieczora wjeżdżam wprost na weselisko. Natychmiast zostaję wpisana na listę gości, ze wszystkimi przywilejami bycia gościem weselnym. Pamiętam jedno – bawić się i tańczyć to oni tam potrafią.

Któregoś dnia rankiem w Sigisoarze...

Zabytek, zabytek, kukła Drakuli do wyciągania euro z turystów. Z zapatrzenia budzi mnie znajomy dźwięk motocykli. Nie pomyliłam się. Za bramą nie byle jaka trójka: BMW F800 GS, Transalp i Afryka. Tablice wrocławskie - gwarancja udanego spotkania. Po wymianie wrażeń z ostatnich dni, dostaję Święty obrazek i okolicznościową naklejkę, że na wprost - to do nikąd, a w lewo to Freedom. Zresztą od dłuższego już czasu obieram kierunek na lewo. Szybko okazuje się, że spotkań tego dnia będzie więcej. Z naprzeciwka mijają mnie dwa motocykle. Intuicyjnie odwracam głowę – chyba Lublin. Fajne uczucie znowu spotkać swoich, nawet w przelocie. Po chwili w lusterku widzę dwa światła. Zawrócili? Zjeżdżam, faktycznie zawrócili. „Ania?! Poznaliśmy po naklejkach i kucyku. Podpisuj książkę! :)" To byli Ania i Michał, w podróży poślubnej z „Kobietą na motocyklu” w magnesówce. Dziwne, ale bardzo miłe uczucie zobaczyć swoje „dziecko” w środku Rumunii, w rękach innych ludzi. Dobrze, że to ludzie nieprzeciętni.

Transfogaraska to spore rozczarowanie, więcej przydrożnych pikników niż zakrętów. Zdecydowanie więcej emocji w czasie tej podróży dostarczyła mi już niejedna górska droga, przy której butelka wody nie kosztowała 4 lei. Im bliżej nocy, tym więcej adrenaliny. Po zapadnięciu zmroku, w totalnej górskiej ciemności omal nie zderzyłam się z krową... Była biała i nagle się wyłoniła z czerni. Gdyby była czarna, nie zdążyłabym jej wyminąć. Czarne wyłoniły się tuż po białej. Teraz się śmieję, wtedy o mało nie padłam z wrażenia. Dzień skończył się w górskiej chacie, nad talerzem gorących ziemniaków ze świeżą bryndzą. W nocy burza, których się boję, a w górach wydają się jeszcze bardziej intensywne. Rankiem zastaję GS-a przykrytego kawałkiem foli. Widząc moje zaskoczenie, gospodyni stawia przede mną na stole herbatę z miodem. Nie dość że uratowała GS-a, to teraz jeszcze teraz ratuje i mnie.

Z Rumunią żegnam się w Bukareszcie. Widziałam tu kilku wariatów - jeden latał po głównym placu trzaskając z całych sił słuchawkami publicznych telefonów w ściany. Poznałam jednak też kilka wyjątkowych osób z pasją. Już wiem, że Rumuński Shiraz jest wyśmienity (nie miałam pojęcia, że taki istnieje). Bukareszt polecam cierpliwym i dociekliwym, koniecznie. Chociaż chyba nie tylko takim, bo ja cierpliwa nie jestem. Ale może jestem podwójnie dociekliwa...

Przeczytaliście właśnie pierwszą część relacji Ani Jackowskiej z jej samotnej podróży po Bałkanach na motocyklu – Moto Balkan Cooltour.  Notki z wyprawy możecie już znaleźć na stronach Ścigacz.pl, a kolejna część relacji już niedługo!

  NAS Analytics TAG

Zdjęcia
BMW nad jeziorem Moto Balkan Cooltour 2010
spotkanie Moto Balkan Cooltour 2010
cmentarz Moto Balkan Cooltour 2010
fontanny Moto Balkan Cooltour 2010
garnuszki Moto Balkan Cooltour 2010
autobus Moto Balkan Cooltour 2010
Moto Balkan Cooltour 2010
po burzy GS suchy Moto Balkan Cooltour 2010
rodzina Moto Balkan Cooltour 2010
sprzedaz przydroznaMoto Balkan Cooltour 2010
starsze panie Moto Balkan Cooltour 2010
pozdrowienia z balkanow Moto Balkan Cooltour 2010
sponsorzy moto balkan cooltour
Komentarze 1
Pokaż wszystkie komentarze
Dodaj komentarz

Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników portalu. Ścigacz.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Jeżeli którykolwiek z komentarzy łamie regulamin , zawiadom nas o tym przy pomocy formularza kontaktu zwrotnego . Niezgodny z regulaminem komentarz zostanie usunięty. Uwagi przesyłane przez ten formularz są moderowane. Komentarze po dodaniu są widoczne w serwisie i na forum w temacie odpowiadającym tematowi komentowanego artykułu. W przypadku jakiegokolwiek naruszenia Regulaminu portalu Ścigacz.pl lub Regulaminu Forum Ścigacz.pl komentarz zostanie usunięty.

Nasi fani komentowali

Polecamy

Aktualności

NAS Analytics TAG
reklama
×
2019 05 Junak 711 PopUp
NAS Analytics TAG

sklep Ścigacz

    na górę