tr?id=505297656647165&ev=PageView&noscript=1 Mieli załatwiać sprawy, a są przyczyną skandali. Kim są managerowie zawodników MotoGP i co poszło nie tak?
NAS Analytics TAG
NAS Analytics TAG
motul belka 950
NAS Analytics TAG
motul belka 420
NAS Analytics TAG

Mieli załatwiać sprawy, a są przyczyną skandali. Kim są managerowie zawodników MotoGP i co poszło nie tak?

Autor: Mick Fiałkowski 2022.05.26, 13:26 Drukuj

Ostatnie, publiczne napięcia pomiędzy managerem Joana Mira i Remy’ego Gardnera, a szefostwem marki KTM skłoniły Micka - który sam od lat zajmuje się managementem - do poszukania odpowiedzi na pytanie; czy agenci zawodników w motorsporcie to zbawienie czy przekleństwo? Oto najsłynniejsze i najbardziej kontrowersyjne historie managerów w MotoGP.

Hiszpan Paco Sanchez to doświadczony prawnik i od lat szara eminencja padoku MotoGP. Część kibiców być może po raz pierwszy usłyszała o nim już w 2012 roku. To właśnie wtedy młody Maverick Vinales dowiedział się, że Ricard Jove, jego osobisty manager, a jednocześnie szef zespołu Moto3, w którym wtedy startował, ukrywał przed nim atrakcyjne oferty konkurencyjnych składów, aby tylko zatrzymać go w swoich szeregach.

NAS Analytics TAG

Gdy sprawa wyszła na jaw, Vinales po prostu spakował walizkę i opuścił tor Sepang, gdzie właśnie zaczynał się weekend Grand Prix Malezji, informując ekipę, że nie ma zamiaru dalej startować w jej barwach.

Sęk w tym, że młody Hiszpan był w potrzasku, ponieważ miał z Jove podpisany kontrakt nie tylko na tamten, ale także na kolejny sezon. Z Malezji Vinales poleciał więc prosto do Hiszpanii, spotkać się z Paco Sanchezem, który przejrzał dokumenty i ostatecznie pomógł mu wyjść obronną ręką z beznadziejnej z pozoru sytuacji.

Efekty tamtego spotkania były zaskakujące dla wszystkich. Raptem kilka dni później Vinales wrócił do padoku, tym razem już na Phillip Island, gdzie tydzień po GP Malezji miał odbyć się wyścig o GP Australii. Hiszpan publicznie przeprosił swoją ekipę i zobowiązał się dokończył sezon, choć oczywiście nie miał na to większej ochoty. Nie miał jednak wyjścia i Sanchez doskonale o tym wiedział.

Kilka tygodni później kontrakt Vinalesa na sezon 2013 - za niebagatelną kwotę pół miliona euro - wykupił Pablo Nieto, który następnie zbudował wokół niego zespół z wymarzonym przez Maveicka motocyklem KTM. Wszystko skończyło się w najlepszy możliwy dla Vinalesa sposób, wywalczeniem mistrzowskiego tytułu, na który w barwach poprzedniego teamu nie miał szans.

Doskonale pamiętam tamte kontrowersje i nie mam wątpliwości, że bez pomocy managera z dużym, prawniczym doświadczeniem, nie byłoby Vinalesowi łatwo znaleźć wyjście z takiej sytuacji.

Ostatnio jednak Sanchez mocno naraził się Austriakom. W rozmowie z Autosportem Hiszpan powiedział bowiem, że jego podopieczny, mistrz świata Moto3 i MotoGP, Joan Mir, w sezonie 2023 nie będzie startował ani za darmo, ani za grosze.

Jak stwierdził Sanchez - który jest także managerem aktualnego mistrza Moto2, Remy’ego Gardnera - KTM i Ducati oferują obecnie swoim zawodnikom "gówniane kontrakty".

Sprawę skomentował następnie szef wyścigowego działu KTM-a, Pit Beirer, który skrytykował nie tylko słowa Sancheza, ale również managerów zawodników jako całość.

Ponieważ poza dziennikarstwem, od kilkunastu lat zajmuję się także managementem kierowców wyścigowych, zarówno na dwóch, jak i na czterech kołach, temat jest mi wyjątkowo bliski. Postanowiłem więc przyjrzeć się kilku najgłośniejszym historiom managerów w MotoGP.

Francuski łącznik

Zacznijmy od francuskiej historii Johanna Zarco, ponieważ jest ona najbliższa temu, co wydarzyło się Vinalesowi w Moto3. Gdy na sezon 2019 dwukrotny mistrz świata Moto2 trafił do fabrycznej ekipy KTM w MotoGP, wielu pukało się w głowy, ponieważ w padoku wszyscy doskonale wiedzieli, że Francuzem interesuje się także Repsol Honda.

Okazuje się jednak, że jego ówczesny manager, Laurent Fellon, który pracował z Zarco praktycznie od dziecka, uznał, że lepszą opcją będzie dla niego przesiadka na RC16. Jednocześnie "zapomniał" wspomnieć swojemu podopiecznemu o ofercie od HRC.

Gdy Zarco o wszystkim się dowiedział, jeszcze w połowie 2018 roku postanowił zakończyć współpracę managerską z Fellonem - choć przez jakiś czas nadal jeszcze z nim trenował - i trafił pod skrzydła byłego zawodnika klasy 500 oraz MX, Jeana-Michela Bayle’a.

Brak managera z prawniczym zapleczem nie wyszedł mu jednak na dobre. Gdy do mediów wyciekły ostre komentarze Zarco na temat motocykla, KTM postanowił w połowie sezonu z hukiem wyrzucić go z zespołu i uniemożliwić mu starty w kilku ostatnich wyścigach.

Co prawda ostatecznie wszystko dobrze się skończyło, bo Johann trafił najpierw do ekipy Avintia, a później do Pramac Racing, gdzie jest w stanie walczyć w czołówce, ale nigdy się nie dowiemy, jak poradziłby sobie na Repsol Hondzie.

Z drugiej strony jakiś czas później wspomniany już Pit Beirer powiedział, że jego zdaniem odejście Fellona odbiło się negatywnie na zachowaniu i podejściu Zarco, więc jak widać, każdy kij ma dwa końce.

Teraz jednak pewnie zastanawiacie się, jak to możliwe, że zawodnik może nie mieć zielonego pojęcia o tym, z kim rozmawia jego manager. Z jednej strony przypadek Zarco jest dość specyficzny, bo Fellon otoczył go parasolem tak szczelnym, że młody Francuz był dla świata niemal niedostępny.

Gdy Zarco zaczynał swoją przygodę z Moto2, zapytałem jego szefa zespołu, mojego starego znajomego Gianlucę Montirona, który obecnie prowadzi puchar Yamahy R3 przy WorldSBK, o możliwość zorganizowania wywiadu z jego nowym podopiecznym.

Luca dał mi wówczas numer do Fellona, ale kiedy zacząłem go naciskać powiedział mi wprost, że 21-letni wówczas Johann po prostu nie ma własnej komórki, a wszystkimi jego sprawami zajmuje się jego manager.

Podejrzewałem wówczas, że to standardowa i całkowicie zrozumiała wymówka, ale jak się później okazało, tak faktycznie było. Zresztą podczas samego wywiadu kilka dni później Zarco powiedział mi wówczas; "Laurent jest moim managerem, przyjacielem, trenerem… jest moim wszystkim".

"Gdzie pieniądze są za las?!"

To nie pierwszy taki przypadek. Kontrowersyjne rozstanie ze swoim wieloletnim managerem ma za sobą także Jorge Lorenzo, który swoją współpracę z Danim Amatriainem, opisał szczegółowo w autobiografii, która trafiła na rynek, gdy Hiszpan awansował do królewskiej klasy.

Lorenzo przyznał, że przez lata kompletnie nie miał pojęcia, co dzieje się z pieniędzmi, jakie zarabia na torze, a przecież już wówczas nie były to małe sumy. Cała historia zakończyła się w sądzie, a ja nie będę jej tutaj opisywał i zamiast tego polecam wspomnianą autobiografię (niestety, dostępną tylko w wersji angielskiej lub hiszpańskiej).

Trzykrotny mistrz MotoGP trafił następnie pod skrzydła swojego obecnego managera, Alberta Valery. Valera szybko sprawdził się jako zdolny, ambitny i kreatywny manager. Dzisiaj pracuje już nie tylko z Lorenzo, ale także chociażby Aleixem Espargaro czy Jorge Martinem. Swoim zawodnikom pomaga nie tylko zarządzać sprawami na torze, ale również poza nim, m.in. inwestując zarobione ze ścigania pieniądze w szereg zdywersyfikowanych projektów, jak np. restauracje czy nieruchomości.

Na swoim były managerze "przejechał" się także Valentino Rossi, który w 2007 roku był bohaterem potężnej, bo opiewającej na dziesiątki milionów euro afery podatkowej. Choć swoją rezydencję podatkową deklarował w Londynie, gdzie przez pewien czas nawet mieszkał, Rossi ostatecznie musiał zapłacić ogromny, zaległy podatek - wynoszący ok. 30 milionów euro, ponieważ sąd udowodnił, że na co dzień mieszkał jednak w rodzinnej Tavulli.

Za całe zamieszanie głową zapłacił Luigino Badioli, w padoku znany jako Gibo, czyli pierwszy i wieloletni manager "Doktora". Osobistym managerem Rossiego jakiś czas później, gdy ten trafił do Ducati, został jego były szef z zespołu Yamahy, Davide Brivio. Nie trwało to jednak długo, bowiem Brivio został szefem wracającego wówczas do MotoGP Suzuki, a sprawy Doktora przejęli ludzie z jego najbliższego otoczenia, którzy zarządzają także wieloma biznesami Valentino. Swoją drogą imperium Doktora w nieco szerszym, sportowym kontekście, to fascynujący temat na osobny, obszerny materiał, do którego pewnie z czasem także przysiądę.

Gibo przed laty pracował również z ojcem Valentino, Graziano, gdy ten startował w mistrzostwach świata klasy 250, ale wszystko wskazuje na to, że zadanie związane z prowadzeniem sportowca tak wielkiego formatu jak Vale, zwyczajnie go przerosło… albo i nie?

Czy więc managerowie zawodników to zbawienie czy przekleństwo MotoGP? Na to pytanie nie da się chyba jednoznacznie odpowiedzieć. Kluczowych jest kilka aspektów.

Po pierwsze znajomość realiów padoku, stąd często managerami zostają byli zawodnicy, którzy przez wszystko to przechodzili już sami i mają wiedzę o stawkach, warunkach i kontraktowych kruczkach. Nie trzeba zresztą być zawodnikiem. Jedną z szarych eminencji padoku jest chociażby znany i szanowany, choć czasami kontrowersyjny, Carlo Pernat. Włoch był przed laty managerem zespołu Aprilii, ściągając do niego takie nazwiska, jak Rossi czy Biaggi, a następnie pracował z całym szeregiem zawodników, Capirossim, Simoncellim, Iannone czy obecnie Bastianinim.

Na tak wysokim poziomie niezbędna jest jednak również wiedza prawnicza, która pozwala wyjść cało z takich sytuacji, jak ta, w której w 2012 roku znalazł się Vinales, ale nie tylko. Tutaj pojawiają się tacy goście, jak Paco Sanchez, Albert Valera czy Simone Batistella, przez lata pracujący np. z Marco Melandrim czy Andreą Dovizioso.

Ze skrajności w skrajność

Na koniec bardzo ważna jest także odpowiednia relacja zawodnika ze swoim managerem. Z jednej strony powinna być bliska, ale chyba jednak nie aż tak osaczająca, jak historia Zarco i Fellona czy Lorenzo i Amatriaina. Z drugiej strony nie może być także zbyt luźna i oderwana od codzienności sportowca.

John Hopkins przez ładnych kilka lat startował w MotoGP w fabrycznych ekipach zarabiając bardzo dobre pieniądze zarówno z kontraktów z producentami, jak i sponsorami. Miał także za sobą świetnych specjalistów od managementu, doskonale znających nie tylko padok MotoGP, ale także amerykański rynek.

Tutaj jednak pewnego poziomu kontroli, komunikacji i odpowiedniego prowadzenia zawodnika zabrakło, a Amerykanin nie ukrywa dziś, że niemałą część swojego majątku przepił i przećpał, doprowadzając się do takiego stanu, że dopiero odwyk uratował nie tylko jego portfel, ale najprawdopodobniej także życie. Jego wydana rok temu autobiografia po prostu zwala z nóg.

Tematu managerów i managementu w świecie czterech kół, z Formułą 1 na czele, nawet nie zaczynam, choć sam mógłbym napisać książkę na temat swoich przygód w tej branży.

Mógłbym, choć właściwie nie mogę, zarówno z uwagi na różne klauzule poufności, jak i "know how", który wolę zostawić dla siebie.

Dlaczego? W świecie motorsportu, szczególnie w niższych seriach, gdzie to zawodnik płaci, a nie jemu się płaci, wilkami, w przeciwieństwie do zdania Pita Beirera, wcale nie są managerowie, a często ekipy, które nie zawsze grają fair, proponując swoim podopiecznym warunki i kontrakty bardziej przypominające pole minowe.

Tymczasem wielu zawodników MotoGP jest dzisiaj w bardzo trudnej sytuacji. Po wycofaniu się Suzuki miejsc w stawce jest mniej niż chętnych. Coraz częściej słyszymy więc o propozycjach kontraktów, które są po prostu niepoważne i mówią o tym otwarcie nie tylko Paco Sanchez czy Albert Valera, ale także sami zawodnicy. Nie jest to wcale "taktyka negocjacyjna", bo problem jest szerszy i dotarł już nawet do uszu włodarzy MotoGP.

Dobry manager jest więc dzisiaj absolutnie bezcenny, dlatego w konflikcie na linii Sanchez kontra Beirer staję bez wątpienia po stronie Hiszpana, ale zgadzam się też w pełni ze słowami Austriaka. Manager nie może być filtrem, który całkowicie wyklucza komunikację pomiędzy zawodnikiem, a zespołem, tak jak miało to miejsce w przypadku Vinalesa czy Zarco.

W końcu ostateczna decyzja, mimo sugestii doradców, zawsze należy do tego, który na szali stawia swoje życie, wsiada na motocykl i wyjeżdża na tor. To on decyduje czy jest gotowy robić to za miliony, czy za przysłowiową, a nawet dosłowną drobnicę.

Z drugiej strony my, jako kibice, w seriach takich jak MotoGP chcemy oglądać tylko najlepszych z najlepszych, a nie przeciętniaków, dlatego takie "psucie rynku" przez zespoły też nie jest dobre, ani dla zawodników, ani dla nas wszystkich…

NAS Analytics TAG


NAS Analytics TAG
Zdjęcia
NAS Analytics TAG
Komentarze
Pokaż wszystkie komentarze
Dodaj komentarz

Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników portalu. Ścigacz.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Jeżeli którykolwiek z komentarzy łamie regulamin , zawiadom nas o tym przy pomocy formularza kontaktu zwrotnego . Niezgodny z regulaminem komentarz zostanie usunięty. Uwagi przesyłane przez ten formularz są moderowane. Komentarze po dodaniu są widoczne w serwisie i na forum w temacie odpowiadającym tematowi komentowanego artykułu. W przypadku jakiegokolwiek naruszenia Regulaminu portalu Ścigacz.pl lub Regulaminu Forum Ścigacz.pl komentarz zostanie usunięty.

Polecamy

NAS Analytics TAG
.

Aktualności

NAS Analytics TAG
reklama
NAS Analytics TAG

sklep Ścigacz

    motul belka 950
    NAS Analytics TAG
    na górę