Yamaha V-Max - ojciec kontra syn

Autor: Łukasz „Boczo” Tomanek 2011.08.04, 10:36 18 Drukuj

Obydwa V-Maxy są bardzo niemądrymi motocyklami. Każdy na swój sposób, ale nie zmienia to faktu, że kupując jeden z nich musisz być choć w minimalnym stopniu szalony.

Ten test powinien być opatrzony plakietką „Jeśli interesują cię sensowne, rozsądne motocykle, które w żaden sposób nie chcą cię zabić, nie czytaj”. Bo po co komuś sprzęt, którym nie da się jeździć w deszczu, który pali 20 litrów na setkę i który sprawia, że dorośli faceci moczą spodnie? Stary V-Max został stworzony na potrzeby USA, gdzie nie ma zakrętów i coś takiego jak zawieszenie nie jest potrzebne. Niestety, pokochali go ludzie na całym globie i szybko okazało się, że jazda nim jest tak samo przerażająca jak pies dingo w żłobku. W 2009 roku ukazał się nowy model. Jeszcze mocniejszy, jeszcze bardziej obłąkany i jeszcze bardziej pozbawiony rozsądku. Postanowiliśmy skonfrontować słynnego ojca ze swoim synem, który zdecydowanie za dużo czasu spędził na siłowni.

Bycie celebrytą męczy

Rzadko widuje się pojedynczego, obojętnie którego V-Maxa na ulicy. Dwa wspólnie przetaczające się przez miasto są spektakularnym zjawiskiem. W kwestii szpanu i skręcania głów przechodniów nowy Max rządzi. Brutalnie kradnie spojrzenia wszystkich. Ludzi czekających na autobus, sprzedawców kebabów, użytkowniczek telefonu Blackberry, sióstr zakonnych, policjantów. Zwłaszcza policjantów. Kolosalna kampania reklamowa tego motocykla zrobiła swoje. Dzięki temu nawet osoby w żaden sposób nie związane z motocyklami kojarzą ten sprzęt i dla nich jesteś super herosem, w którego żyłach płynie testosteron i whisky. I tu tworzy się problem, bo dla osób, które wiedzą o co chodzi, jesteś po prostu kasiastym prezesem, który chciał mieć najmocniejszy motocykl na rynku. Taki, który idealnie będzie komponował się z papierośnicą z polerowanej stali. Obydwa modele wyglądają dobrze, choć mi osobiście bardziej pasuje starszy V-Max. Nadal wygląda dobrze, elegancko, szczerze i potężnie. Choć prawdę mówiąc, nie do końca wiem, czy potężnie. Patrzysz na to niezbyt duże cudeńko nie wiedząc, że jest tam 145 KM które tylko czeka, aby cię zgładzić. To wspaniale, że konstruktorzy zachowali w nowym modelu kluczowe elementy protoplasty.

Dlaczego ty nie masz kontroli trakcji?!

Obydwa V-Maxy nie mają silników, ale siłownie nuklearne. Nadal jestem pełen podziwu dla Yamahy, która powiedziała w 1985 roku: „weźmy Virago 535 i wsadźmy do niej 145-konne V4”. To tak szalone i niemądre, że aż śmieszne. Fakt faktem, stary Max nadal potrafi wysadzić w powietrze większość rzeczy, które napotka na światłach. Brzmi przy tym bardziej surowo i groźnie. Silnik nowej sztuki to nieporozumienie. Jest naprawdę mocny. Nie, wróć. Jest tak katastroficznie mocarny, że po odkręceniu gazu czujesz się jak uderzony lawiną górską w twarz. Dla fana techniki i wykresów to trochę jak pornografia. Cztery tłoki z których każdy ma średnicę donicy i które poruszają się po skoku jak w ścigaczu. Obłęd. Dlatego też przy 150 km/h na ostatnim biegu silnik kręci 5000 obr/min. Dokładnie drugie tyle pozostało do czerwonego pola. Obydwa egzemplarze nigdy nie dają kierowcy odczuć, że brakuje im mocy. Moim zdaniem w kwestii czystego funu, stary V-Max jest lepszy. Świadomość rychłej śmierci jest tutaj zdecydowanie bardziej intensywna. Co nie zmienia faktu, że cholernie przyjemnie jedzie się motocyklem, wiedząc, że ma 200 KM. Obydwoma V-Maxami nie da się jeździć w deszczu. Naprawdę, zostań lepiej w domu albo jedź autobusem. Podoba mi się obłąkańcza idea budowania motocykla o mocy 200KM bez kontroli trakcji. Podoba mi się dopóki nie muszę nim jeździć w ulewie. Dodaj o 1% za dużo gazu i tył zacznie tańczyć, a ty sprawdzisz, jak silne są twoje zwieracze.

Podwozia i przepaść je dzieląca

Stary V-Max słynął z tego, że jego rama była zbudowana z gałęzi, a zawieszenie przeszczepiono ze 125-tki. Nasz egzemplarz pochodzi z 2000 roku więc przeszedł już kilka fabrycznych modernizacji. Które w zasadzie nie zmieniły wiele, bo motocykl nadal jeździ tam, gdzie sam chce. To po prostu próba ujarzmiania czegoś, co nie chce być ujarzmiane. Nowy model to zupełnie inna bajka. Wystarczy spojrzeć na ogromne lagi o średnicy 50mm i już wiadomo, że to będzie skręcać. I skręca. Mimo, że większość masy jest na dole sprzęt fantastycznie przerzuca się z zakrętu w zakręt. Samo ich pokonywanie jest bardzo precyzyjne i w żaden sposób dramatyczne tak jak w starym V-Maxie. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że połykanie zakrętów tym 200 konnym diabłem jest bardzo przyjemne. Do tego hamulce. W starszym modelu za hamowanie odpowiadają dwa spody z pizzy chwytane przez kombinerki. Nowy Max ma z przodu 6-tłoczkowe zaciski i dwie tarcze 320mm. Lepiej się już nie da. Co więcej, hamulce są bardzo, ale to bardzo precyzyjne i dobrze dozowalne.

Na co dzień?

Nowy V-Max. Cóż, to bardzo wygodny motocykl. Siedzisz bardziej w nim, niż na nim. Ogromne siedzisko ma ogromne oparcie i nawet po wielu setkach kilometrów nie odczuwasz potrzeby hospitalizacji. Nie mam żadnych zastrzeżeń do ergonomii. Może oprócz cyfrowego wskaźnika na atrapie baku. Trzeba pochylić głowę, aby coś z niego odczytać. Stary V-Max jest w zasadzie taki sam. Mimo, że gabarytowo znacznie mniejszy, również przyjaźnie obchodzi się ze swoim kierowcą. W kwestii filtrowania korków V-Max mnie zaskoczył. Jest dosyć wąski i to prawda, skuterem manewruje się łatwiej, ale bezproblemowo można walczyć z miejskimi zatorami. Warto pamiętać, że nowy V-Max ma szeroko rozstawione wydechy, które przy zajmowaniu pole position mogą zahaczyć o samochód. Zużycie paliwa. Pierwszy model mieści się w akceptowalnej granicy nierozsądku zużywając w mieście średnio 9 litrów. Nowy Max to armagedon dla portfela. Jeżdżąc zupełnie idiotycznie i nieprzyzwoicie udało mi się osiągnąć rekordowe spalanie 22 litrów na setkę. Przy prawdziwie dzikim pałowaniu na jednym baku (15 litrów) zrobisz jakieś 65 km. I jest ku temu bardzo sensowne wytłumaczenie. Cztery cylindry, w których kotłują się cztery donice o średnicy 90mm napełniane są superszybko dzięki krótkiemu skokowi tłoka. Wyobraź sobie, że masz palącego kolosalne ilości paliwa leniwego cruisera i każ mu pracować jak superbike.

Wojna pokoleń

Czy można w ogóle w tym przypadku wyłonić zwycięzcę konfrontacji? Można. I będzie to stary V-Max. Wersja zaprezentowana w 2009 roku to techno-godzilla, która zrodziła się tylko i wyłącznie na potrzeby lansu i pokazu możliwości. To napięty na zawodach kulturystów biceps. Proszę mnie nie zrozumieć źle. Moc nowego V-Maxa jest zwyczajnie fenomenalna. Motocykl przyspiesza w sposób, który ciężko określić metaforami. Odkręcasz gaz i myślisz, że to już koniec. Obrotów i twoich mięśni karku, a on nadal przyspiesza. Nowy V-Max jako motocykl jest z wszech miar niedorzeczny. Owszem, 200 koni jest fajne, ale wypuszczać je na deszcz bez kontroli trakcji? Piętnastolitrowy zbiornik paliwa i spalanie, którym szczycą się jedynie samoloty to pomyłka. Stary V-Max w temacie rozwoju technologicznego jest embrionem. Jest zlepkiem części z kilku dość kiepskich motocykli, do którego ktoś wsadził skrzynkę trotylu. Nie skręca, nie hamuje, czasami nie jeździ tam, gdzie się chce. To jednak legenda i nikt jej tego statusu nie odbierze. Nowy V-Max jest narzędziem lansu i demonstracji. Pytanie tylko czego demonstracją? Postępu technologicznego czy może faktu, że jesteś bardzo zamożnym prezesem, który nie chce być mainstreamowy kupując jakiegoś Harleya?

Zdjęcia

Podczas testów jeździmy na paliwach BP Ultimate

ultimate helios

200 koni w czasie jazdydynamika lewy profil
dynamiczne na winklachdyamiczne dwa vmaxy
dynamiczne obok siebiejazda po deszczu
jazda stary modeljednak skreca
nie dogoniszjazda stary nowy
przod wloty dynamicznenowy model dynamika profil
stary V Max jazdawidok na silnik jazda
na zakrecie dynamiczneskladanie w lewy zakret
widok z lewej strony jazdawspolny patrol
w czasie jazdydwa modele statyka
palenie gumy nowy Vmaxjazda widok z tylu
ojciec i synstarcie pokolen
zaparkowane 200KMstary model pod mostem
przod dwa Vmaxypotega v4
maszyneria silniklogo stary model
wybebeszony wydechzadupek swiatlo
oko w okoprawy przod
stary lewy bokzestaw wskaznikow
wydech tylne koloterror na deszczu
Komentarze 13
Pokaż wszystkie komentarze
Dodaj komentarz

Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników portalu. Ścigacz.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Jeżeli którykolwiek z komentarzy łamie regulamin , zawiadom nas o tym przy pomocy formularza kontaktu zwrotnego . Niezgodny z regulaminem komentarz zostanie usunięty. Uwagi przesyłane przez ten formularz są moderowane. Komentarze po dodaniu są widoczne w serwisie i na forum w temacie odpowiadającym tematowi komentowanego artykułu. W przypadku jakiegokolwiek naruszenia Regulaminu portalu Ścigacz.pl lub Regulaminu Forum Ścigacz.pl komentarz zostanie usunięty.

Aktualności

reklama

sklep Ścigacz

    na górę