tr?id=505297656647165&ev=PageView&noscript=1 Red Racing Team
NAS Analytics TAG
Advertisement
NAS Analytics TAG

Red Racing Team

Autor: Paulina Królikowska 2007.07.18, 09:48 6 Drukuj

Sesja zbliża się wielkimi krokami, a ja zamiast siedzieć w bibliotece, pakuje klapki i kostium kąpielowy z myślą, że przez niespełna trzy doby przeżyję największą przygodę życia

Jest kwiecień, czwartek, godzina szesnasta. Zaczynam lekcję języka angielskiego z energiczną ośmiolatką, chociaż mnie samej tego dnia brak energii do pracy. Jestem przeraźliwie zmęczona po zajęciach na uczelni, ale ostatkiem sił prowadzę lekcję, dzięki której zarobię kolejne kilka złotych. Każdą godzinę korepetycji przeliczam na puszki smaru do łańcucha-szkoda tylko, ze własnego motocykla brak. W dalekiej perspektywie mam się go dorobić ciężką pracą, ale tego dnia powątpiewam we własne siły. Z odrętwienia wyrywa mnie sygnał wiadomości. Leniwym ruchem spoglądam na telefon i w ułamku sekundy ogarnia mnie histeryczne szczęście. Jako jedna z pięciu osób z całej Polski wygrałam konkurs organizowany przez międzynarodowy koncern tytoniowy współpracujący z firmą Ducati. Szok - jadę na Moto GP do Katalonii.

Kilka tygodni później dostaje grafik wyjazdu i wpadam w przerażenie - wylot 9 czerwca nad ranem, powrót 11 czerwca w nocy. Tak się niefortunnie składa, że w tym czasie powinnam skoncentrować się tylko i wyłącznie na nauce. Sesja zbliża się wielkimi krokami, a ja zamiast siedzieć w bibliotece, pakuje klapki i kostium kąpielowy z myślą, że przez niespełna trzy doby przeżyję największą przygodę życia.

Niezależnie od moich przewidywań co do wyjazdu na Moto GP, rzeczywistość przerosła wszelkie, nawet najbardziej szalone oczekiwania. Teoretycznie, pierwszego dnia pobytu mieliśmy spotkać się z teamem Ducati na spotkaniu informacyjnym na terenie toru w Katalonii. Drugi dzień był dniem zawodów, a trzeci dniem próby dla nas - każdy z uczestników miał wsiąść jako pasażer na Ducati Desmosedici i przejechać dwa okrążenia toru. W praktyce było tak:

Lecimy

Sobota, 9 czerwca, szósta rano. Czekam na lotnisku Okęcie wraz z czwórką pozostałych laureatów na samolot. Jest opóźnienie, kolejka do odprawy się wydłuża, spałam dwie godziny, a czuję, że długi dzień przede mną. Wreszcie przed siódmą wsiadamy na pokład. Szybka przesiadka w Mediolanie i lot do Barcelony. W Barcelonie szybki lunch i jeszcze szybsze zwiedzanie miasta. Po dwóch czy trzech godzinach siedzimy w samochodzie i jedziemy autostradą do hotelu. Niestety, nie jest nam pisane do niego dojechać, bo zdarzył się wypadek. Ruch wstrzymano, stajemy w korku i czekamy. Barcelona jest w całości zapchana jednośladami, motocykle są wszędzie. W oddali, na lewym poboczu dostrzegam przewrócony wrak czerwonego ścigacza. Z takiego wypadku nie można wyjść cało... Na miejscu jest kilka karetek, radiowozów, straż pożarna, ale pewne jest, że motocyklista nie żyje.

Zawracamy i zamiast jechać do hotelu, żeby odświeżyć się po podróży jedziemy prosto na tor. Na miejscu spotykamy grupę piętnastu Argentyńczyków, który wygrali swoją edycję tego samego konkursu. Jest między nami tylko jedna różnica - oni są wypoczęci, bo przespali kilka godzin w hotelu, do którego my nie nawet nie zdążyliśmy dowieść bagażu. Cóż, nadrabiamy zmęczenie miną i ze specjalnymi identyfikatorami wchodzimy na teren toru. Pierwsze, co widzę, to paddock wypełniony ogromnymi ciężarówkami z teamów Hondy, Kawasami, Ducati, Yamahy. Wchodzimy po schodach i otwieramy niepozorne drzwi, za którymi uderza mnie wszechobecny kolor czerwony. To specjalne pomieszczenie, w którym w czasie zawodów przebywa team Ducati. Nie wierzę własnym oczom, ale u progu wita nas Randy Mamola - żyjąca motocyklowa legenda i Vitto Guareschi - kierowca testowy. Z okien tej sali widać tor. Wychodzę na taras i nie wierzę własnym oczom. Przede mną linia startowa i puste trybuny, a po prawo długa prosta, która świadczy o tym, jak wielki jest tor w Katalonii. Rozmawiamy o tym, co czeka nas przez kolejne dwa dni. Dostaję cały zestaw czerwonych ubrań i instrukcję, by założyć je w dniu zawodów. Potem jedziemy do hotelu.

Wyścig Moto GP

Budzę się w niedzielę, w dniu zawodów i w pośpiechu zakładam czerwoną koszulkę Alpinestars. Jest niewiarygodnie gorąco, a wiadomo, że stracimy minimum dwa razy więcej czasu na dojazd na tor, bo wydaje się, że cała Hiszpania jedzie na Moto GP. W pobliżu toru każdy skrawek trawnika jest zajęty przez samochody lub motocykle. Jeszcze nie zdarzyło mi się widzieć aż tylu jednośladów w jednym miejscu. Im bliżej bramy wjazdowej, tym głośniej i tłoczniej. Z toru dobiega głos motocyklowych silników, krzyki i oklaski publiczności, hałas helikoptera i głośnej muzyki. Czuję rosnącą adrenalinę, zakładam na szyję identyfikator i wchodzę na paddock.

Tutaj dostaję plastikową bransoletkę z napisem ‘VIP village', której nie wolno mi zdjąć do końca zawodów. Pracownicy Ducati prowadzą nas do dużego klimatyzowanego pomieszczenia z długim tarasem wychodzącym na tor. Na miejscu jest sporo ludzi, DJ na żywo miksujący muzykę, telebimy i wygodne fotele. Kilka minut później wchodzą Loris Capirossi i Casey Stoner. Na ich widok kręci mi się w głowie i ukradkiem szczypię się w rękę usiłując uwierzyć w to, gdzie jestem. Przez chwilę rozmawiają z nami i podpisują dwa kaski, które można wygrać w loterii odbywającej się na chwile przed startem Moto GP. Potem niepostrzeżenie znikają, żeby przygotować się do startu. Wychodzę na taras, oglądam zawody 125-tek i 250-tek. O 14 startuje Moto GP. Jest 13, więc zajmuję sobie dobre miejsce nad torem i patrząc w dół spoglądam na zawodników zjeżdżających do boksów. Wszędzie słychać ryk motorów, powietrze pachnie benzyną - jestem w raju.

Czas mija szybko, dostaję stopery do uszu i dobrą radę, żeby włożyć je, gdy Moto GP będzie startować. Podobno hałas jest nie do wyobrażenia, ale gdy widzę, że Valentino Rossi wjeżdża na start, przestaję dbać o to, że będzie głośno. W ślad za nim ustawiają się kolejni zawodnicy; widzę Stonera i Capirossiego na czerwonych Ducati, a dokoła wszystkich kręcą się grupy dziennikarzy i mechaników. Widok jest dumny i zapowiada wielkie emocje. Na chwilę przed startem rozlega się istny ryk motorów. Wszyscy zawodnicy odkręcają manetki gazu w tym samym momencie i startują. Dwadzieścia pięć okrążeń toru wyłania zwycięzcę - Casey Stoner, czyli nasz człowiek! W sali Ducati wybucha radość, wszyscy biją brawo, otwierają szampany, a DJ tańczy przy „We are the champions". Emocje tak mi się dają we znaki, że barman dyskretnie podtyka mi Red Bulla.

Niedługo potem tor pustoszeje i przenosimy się do tzw. hospitality area, który jest niczym innym jak czterema ciężarówkami połączonymi wewnątrz na terenie paddocku. W środku oczywiście czerwono: czerwone ściany, fotele, naczynia i znów DJ - w czerwonych okularach - z muzyką na żywo. Casey Stoner udziela wywiadu do telewizji, a ja wychodzę na spacer okolicznymi alejkami. Jest raczej pusto i spokojnie, zaglądam do hospitality area innych firm. Mijam ciężarówkę Hondy i w odległości dwóch metrów widzę Valentina Rossi siedzącego na schodach z czarnym markerem w ręku. Podchodzę do niego, zdejmuję z szyi identyfikator i proszę o podpis. Nie mam szansy nic powiedzieć, bo kolejny raz jestem w szoku. Z wrażenia nie mogę się nawet uszczypnąć. Chwilę później Valentino znika za drzwiami, a ja nie mówiąc nic i kręcąc z niedowierzaniem głową wracam do ciężarówek Ducati. Na miejscu przymierzamy kaski, kombinezony, buty i rękawice, a następnie przechodzimy krótkie badania lekarskie, bo kolejnego dnia rano czeka na nas punkt kulminacyjny wycieczki - jazda po torze. Dostaję najmniejszy z możliwych rozmiarów kombinezonów i czuję się jak profesjonalna zawodniczka z żalem myśląc o zwykłej czarnej skórze, która została w Polsce. Mam na sobie czerwony zestaw, idealnie dobrany do moich stu sześćdziesięciu centymetrów wzrostu. Poniedziałkowy poranek zapowiada się ciekawie...

red racing team
cala grupa moto
jazda na torze
moto plecak
z plecakami
foto na torze
na torze
w kaskach
w kasku
red bike tor tor red bike
Barca entrance
helikopter tablica wynikow
maluchy trybuna
padd wjazd

Polecamy

Aktualności

NAS Analytics TAG
reklama
NAS Analytics TAG

sklep Ścigacz

    na górę