Na czterysetkach do Monte Carlo - relacja z wyprawy

Autor: Tomasz Kukieła / Piotr Ganczarski 2017.10.31, 12:39 Drukuj

Wyprawa Dominar 400 Europe Trip za nami. Przez Czechy, Austrię, Niemcy, Włochy oraz Francję dojechaliśmy do Monte Carlo i zataczając pętlę powróciliśmy do kraju.

Po drodze naprawdę wiele się działo. Był szwajcarski harleyowiec z ambicjami, które przerosły jego umiejętności, widoki niczym w Andach, najlepsze winkle w Europie, a nawet wyścigi z wyłączonymi silnikami…

Jednym z celów wyprawy, oczywiście oprócz czerpania przyjemności z jazdy w pięknych okolicznościach europejskiej przyrody, było sprawdzenie nowych na naszym rynku motocykli Dominar 400. Sprzęty zostały przetestowane na dystansie 5 tys. km. Bez wątpienia wyjazd ten był dla nas ogromną zagadką. Bajaj, czyli producent marki Dominar, dopiero co pojawił się w ofercie polskiego importera i po krótkiej przejażdżce w trakcie wrześniowej prezentacji nie mogliśmy wysnuć zbyt wielu opinii dotyczących tych sprzętów. Na wyprawie do Monte Carlo motocykle nie miały łatwo, my również. Deszcz, minusowe temperatury w górach, śnieg, mgły - na trasie przewinął się pełen wachlarz oferty pogodynek. Na szczęście nie zabrakło też chwil słonecznych. Finalnie świeże sprzęty przetrwały ten test bez żadnych wpadek. Zacznijmy jednak od początku.

Przez Passo dello Stelvio do Francji

Wyruszyliśmy pod koniec września, aby przez Czechy i Austrię dojechać do Niemiec, w Alpy Salzburskie. Tam czekała na nas idealna na rozgrzewkę przed wysokoalpejskimi przełęczami i poprowadzona tuż pod Orlim Gniazdem trasa Rossfeld-Höhenringstraße. Niezbyt wysoka, za to usiana pięknymi patelniami. Później było już tylko wyżej i jeszcze bardziej kręto. Droga pod Grossglglocknerem i wspaniałe serpentyny Hochalpenstrasse, potem zjazd nad słynne Zell Am See, by znów wspiąć się na jedną z najsłynniejszych włoskich przełęczy, czyli Passo dello Stelvio. Po takiej dawce agrafek przyszedł czas na chwilową zmianę klimatów, czyli włoską Riviera di Ponente z Savoną i San Remo na czele i część Lazurowego Wybrzeża, gdzie znajduje się obrany cel wyprawy, czy księstwo Monako. Szybka wizyta w Nicei, uwieńczona została świetną zabawą podczas przeciskania się na obrzeża miasta w godzinach szczytu. Dalej był już wylot w stronę kolejnych przełęczy i francuskich kurortów narciarskich, by poprzez przepiękną i najwyżej poprowadzoną w Europie drogę ponad przełęczą Col de la Bonette, urokliwą Col De Vars oraz Col Du Galibier z najwyżej położonym w Europie tunelem drogowym, dotrzeć do stóp masywu Mont Blanc, czyli kurortu Chamonix. Stamtąd rozpoczęła się usłana kolejnymi kaprysami pogody droga powrotna do kraju.

Prawie jak w Andach…

Wyjazd o tej porze roku w tereny wysokogórskie to niezła loteria. Każdego dnia warunki na drogach prowadzących przez przełęcze stają się coraz cięższe. Trudne warunki miały być jednak esencją wyjazdu. Sprzęty jeździły po śniegu, we mgle, przejechały setki kilometrów w deszczu i słońcu. Dostały po korbach wspinając się na pokaźne wysokości i po heblach podczas długich zjazdów i ostrego winklowania z przełęczy. Największe wrażenie zrobiła na nas przełęcz Col de la Bonette. Do złudzenia przypomina trasy w Andach. Szczęśliwie trafiliśmy na słoneczną pogodę, chociaż u podnóża góry niebo było zachmurzone i deszczowe. Widoki były przepiękne, a zmienne sekcje zakrętów hipnotyzowały. Darliśmy podnóżki do granic możliwości, motocykle dostały zdrowo w kość, my również. Najlepsza zabawa była jednak na koniec. Na przewyższeniu zgasiliśmy silniki i pruliśmy w kierunku doliny napędzani siłą grawitacji. W życiu bym nie pomyślał jak w trakcie tych, blisko 13. kilometrów zjazdu można świetnie szlifować technikę jazdy. Każdy zakręt musieliśmy tak planować, by wytracić jak najmniej prędkości. Wejścia na winklach po wewnętrznej i maksymalnie aerodynamiczna pozycja. To jest czysta frajda i rewelacyjny sposób na spędzanie letnich popołudni…

Szwajcarski harleyowiec z ambicjami

Jedną z lepszych akcji w trakcie wyprawy był nocny atak szwajcarskiego harlejowca, który obrał sobie za punkt honoru, by nas wyprzedzić. Tak się przy tym napędził, że zbliżający się prawy zakręt skończył na lewym poboczu w tumanach unoszących się liści. Przez chwilę czułem się tak, jakbym oglądał jeden z milionów filmików na youtube w stylu "motorcycle fail compilation vol.17". O tym, że przed glebą uratowała go jedynie opatrzność najlepiej świadczyły kolejne zakręty pokonywane na kwadratowo z niedostosowaną do umiejętności prędkością…

Było zimno, było trudno i… było warto!

W trakcie wyprawy nakręciliśmy blisko pięć tysięcy kilometrów. Noce spędzaliśmy najczęściej w górach, na dziko, gdzie szukaliśmy ciepła przy improwizowanych ogniskach. Od połowy Szwajcarii nieprzerwanie towarzyszyły nam deszcze i temperatury nieprzekraczające 10 stopni. Ponad 1500 km w takich warunkach potrafi wymęczyć nawet najtwardszych zawodników. Przyznajcie jednak, że zdjęcia z wyjazdu urzekają i zachęcają do takich podróży.

Bajaj Dominar 400 na szczycie

Bajaj Dominar 400 na sniegu

Bajaj Dominar 400 morze

Bajaj Dominar 400 palmy

Zdjęcia
Komentarze
Pokaż wszystkie komentarze
Dodaj komentarz

Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników portalu. Ścigacz.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Jeżeli którykolwiek z komentarzy łamie regulamin , zawiadom nas o tym przy pomocy formularza kontaktu zwrotnego . Niezgodny z regulaminem komentarz zostanie usunięty. Uwagi przesyłane przez ten formularz są moderowane. Komentarze po dodaniu są widoczne w serwisie i na forum w temacie odpowiadającym tematowi komentowanego artykułu. W przypadku jakiegokolwiek naruszenia Regulaminu portalu Ścigacz.pl lub Regulaminu Forum Ścigacz.pl komentarz zostanie usunięty.

Nasi fani komentowali
na górę