tr?id=505297656647165&ev=PageView&noscript=1 Motocyklami dookoła świata - 30 krajów, 4 kontynenty, wielka przygoda
NAS Analytics TAG
NAS Analytics TAG

Motocyklami dookoła świata - 30 krajów, 4 kontynenty, wielka przygoda

Autor: Łukasz Jastrząb 2013.05.20, 12:11 6 Drukuj

Wyjechaliśmy w pospiechu. Po blisko roku przygotowań okazało się że zabrakło przysłowiowego dnia a prawdę mówiąc trzech dni. Zamiast w niedzielę ruszyliśmy więc środowym rankiem w jeden z ciepłych sierpniowych dni. Załadowani jak wędrowni cyganie. Chwilami zastanawialiśmy się jak w ogóle nasze motocykle mogą utrzymać się w pionie z ta górą bagaży za plecami. Centralny kufer był wręcz niewidoczny – cały obłożony tym i tamtym. Z jednej strony byliśmy dumni z pomysłu na jaki się porwaliśmy, o czym przypominała nam góra sprzętu, z drugiej strony, mocno przeciążeni, obawialiśmy się każdego zjazdu z asfaltu. Przed nami była długa droga do Brazylii, przez blisko 30 krajów na 4 kontynentach.

Pierwszy obóz rozbiliśmy tuż za granicą z Ukrainą. Była to dla nas również, w pewnym sensie granica psychologiczna, ponieważ po jej przekroczeniu wiedzieliśmy, że w końcu wyjechaliśmy. Ukraina to pierwszy kontakt z językiem którego nie znaliśmy. Pierwsza próba zakupu śniadania w barze przy stacji benzynowej zakończyła się zakupem zupy. Na szczęście była świetna więc zjedliśmy po dwie. Jadąc na wschód nie spodziewaliśmy się, że już za pierwszą granicą odbędziemy swoistą podróż w czasie. Stawialiśmy na Kazachstan, może nawet Uzbekistan. Okazało się że już nasz wschodni sąsiad funkcjonuje nieco w innej epoce. Ciekawe doświadczenie i stosunkowo blisko domu.

Szybko przejechaliśmy przez Ukrainę i Rosję. Kolejnych wehikułem czasu okazał się pewien hotel w rosyjskim mieście Volgograd, który na pewno pamięta czasy związku radzieckiego. Zadziwiające było ile ludzi pracowało w takim miejscu stojącym na skraju upadłości, w dosłownym tego słowa znaczeniu. Szyby oknach i drzwiach balkonowych poklejone na taśmę klejącą, dwie warstwy różnych tapet odklejających się od ściany w pokoju, odpadający tynk z sufitu w łazience, woda z kranu w umywalce zamiast do rury odpływowej trafia bezpośrednio na podłogę, drzwi od łazienki wyrwane z zawiasów, kontakt wychodzi ze ściany razem z wtyczką i wiele innych atrakcji. Świetna lokalizacja na kolejną część filmu z serii Hostel.

Kazachstan – kraj Borata. Przypomniał nam o tym pogranicznik witając nas słowami: „Ok mister! Welcome Kazachstan!”. Wypowiedział to z charakterystycznym akcentem  wywołując ogromny uśmiech  na naszych twarzach. Było miło ale to uczucie wkrótce nas opuściło. Utrzymywaliśmy dość dobre tempo podróży, w wyniku czego, niedaleko granicy z Uzbekistanem w mieście Beuneu znaleźliśmy się o 5 dni za wcześnie. Wiza do Uzbekistanu jeszcze nie pozwalał nam na wjazd. Postanowiliśmy zboczyć z wytyczonego szlaku i odwiedzić pierwszą plażę na wyprawie, w mieście Aktau nad Morzem Kaspijskim. Nie mieliśmy pojęcia co nas czeka. Asfalt i jakiekolwiek zabudowania szybko się skończyły. Otaczały nas tylko niskie pustynne krzewy a droga zamieniła się w pobojowisko. Dziura za dziurą w twardym skalistym podłożu. Objazdy odcinków w remoncie prowadziły przez głębokie piachy, którego smak poczuliśmy niejednokrotnie. Wtedy jeszcze prowadziliśmy poł żartem pół serio konkurs „Gleba Challenge” rejestrując ilość wywrotek. Statystyki rosły z każda godziną. Mocno przeciążeni, z nie najlepszymi na takie warunki oponami, bez większych doświadczeń off-roadowych mocno dostaliśmy w przysłowiowe „cztery  litery”. Na świeżutkich Yamahach Tenere pojawiły się pierwsze rysy, odpadły pierwsze śruby i pogięły niektóre części. Wiedzieliśmy że skończyła się wycieczka, a zaczęła wyprawa. Kiedy pokonaliśmy dystans z miasta Beuneu do Aktau a następnie z powrotem, sądziliśmy że była to najgorsza decyzja w naszych życiach. Teraz z perspektywy czasu wiemy, że ta droga przez piekło była niezbędnym doświadczeniem.

Piaszczysto-kamienistą pustynię w Kazachstanie z ulgą pożegnaliśmy przekraczając granicę z Uzbekistanem. Wjechaliśmy na legendarny Jedwabny Szlak. Na kursie znalazły się w kolejności miasta: Khiva, Bukhara oraz Samarkanda. Khiva to małe miasteczko skupione wokół starej części przypominającej gród.  Bukhara, gęsto usiana piaskowo błękitnymi medresami, dostarczyła nie mało wrażeń kiedy do trochę przez przypadek, jej starą część zwiedziliśmy w siodłach motocykli. Jadąc na przysłowiowy „azumut” przez gąszcz małych wąskich uliczek, ocierając się łokciami o ściany budynków, dosyć nieoczekiwanie wyjechaliśmy na centralnym placu Lyabi-Hauz z charakterystycznym okiem wodnym. Samarkanda to nieco inna historia. Mimo że spośród tych trzech miast starożytne budowle są tam największe a miasto miało najbardziej znaczący charakter, to główne atrakcje ulokowane są w znacznych od siebie odległościach i otoczone są tętniącymi wielkomiejskim życiem ulicami i zabudowaniami. W Uzbekistanie poznaliśmy jak różne są definicje hotelu, kiedy jedną noc spędziliśmy w zaadaptowanej do tego celu starej stajni, a inną na materacach ułożonych na dachu jednego z budynków. Tam też innego znaczenia nabiera słowo „kantor”. Gotówkę wymienia się w pełnym zamieszaniu, na pełnych ludzi bazarach, oczywiście po kursach nieoficjalnych. W przypadku chęci wymiany więcej niż 200USD, trzeba mieć gotowy plecak na ilość banknotów w lokalnej walucie, którą otrzymacie w zamian. Mimo że Uzbekistan wspominamy dzisiaj z wielką sympatią to wcale nie z mniejsza dramaturgią. Niedaleko za Samarkandą, na skutek pewnej młodej niewiasty, która postanowiła nieoczekiwanie przebiec dwupasmowa drogę tuz przed naszymi kołami, losy wyprawy zawisły na włosku. Trochę inaczej wygląda tuz przed kołami wbiegający pies, niż wbiegająca mała dziewczynka. Mocne i gwałtowne hamowanie przy ok 110km/h zakończyło się uślizgiem przedniego koła i wizytą na asfalcie. Szczęśliwie nikomu nic się nie stało, dziewczynka jakimś cudem zdążyła przebiec, a protektory w kombinezonie Modeka skutecznie wykonały swoje zdanie. Szmaciane rękawiczki przestały istnieć. Najbardziej ucierpiała Yamaha zyskując sporo  świeżych rys na swej cerze. Na nasze uznanie zasłużyły stelaże i kufry Touratecha, które przyjęły i przetrwały spory impet po fikołku. Największym problemem była mocno skrzywiona laga ale z nią poradził sobie pewien dobry człowiek w Taszkiencie. Po tym wydarzeniu zawiesiliśmy konkurs „Gleba Challenge” a szmaciane rękawiczki zamieniliśmy na skórzane.

Z Uzbekistanu planowaliśmy wjechać do Tadżykistanu aby przejechać przez Pamir Highway. Niestety w tym czasie w rejonie panowały zamieszki i patrole wojskowe zawracały zawiedzionych podróżników. W perspektywie pozostawała Karakorum Highway w Pakistanie, więc Pamir pozostawiliśmy na inną wyprawę, a  sami udaliśmy się do Kirgistanu. W decyzji trochę pomógł nam fakt, że do Tadżykistanu chcieliśmy wjechać przez zamknięta granicę. Kolejna oddalona była o ok 600km. W Kirgistanie zaczęły się pierwsze odcinki górskie, a hotel w stajni i pod chmurką zamieniliśmy na jurtę.  Do pierwszej z nich dotarliśmy szutrowym odcinkiem o długości 60km, odchodzącym na zachód od drogi Biszkek – Naryn. Początkowo droga wiodła przez niewymagającą malowniczą dolinę, otoczoną wysokimi szczytami. Ostatnie 20km wymagało większej koncentracji, ze względu na mocno pokręcone, wąskie, strome i kamieniste odcinki. Widoki zapierały dech w piersiach a bagaż doświadczeń off-road rósł. Kiedy dotarliśmy do celu – jeziora Song Koll – Garmin wskazał wysokość 3055m n.p.m. a temperatura mocno spadła. W Jurcie piecyk był ale nie działał. Rankiem zrozumieliśmy że żarty się skończyły  i wpięliśmy podpinki do kombinezonów. Kirgistan pożegnaliśmy w dolinie Tash Rabat gdzie spotkaliśmy grupę 10 osób, z którymi mieliśmy podróżować dalej przez Chiny aby dotrzeć do Pakistanu.

W Chinach nic chińskiego niestety nie zobaczyliśmy. Prowincja Xinjang, którą odwiedziliśmy to w zasadzie trasa tranzytowa do Pakistanu. Chiny jakie większość z nas sobie wyobraża to podobno część wschodnia kraju, jak zapewniał nas Fiński przyjaciel. Po tym jak dokładnie nas zrewidowano na granicy, sprawdzono laptopy i wszystkie dyski twarde, skonfiskowano noże i siekierki przeszliśmy do kilkudniowej batalii z urzędami. Większość czasu spędzaliśmy śpiąc na parkingach oczekując na jakieś niezbędne nam dokumenty. Organizacja turystyczna, z której usług korzystaliśmy, wykazała się skrajnym brakiem profesjonalizmu. Morale w grupie podtrzymywało jedynie hasło zbliżającej się Karakorum Highway.

Po tych pięciu dniach, kiedy to każdy z międzynarodowej ekipy minę miał nieco skwaszoną, dotarliśmy na granicę Chin i Pakistanu - przełęcz Khunjerab Pass na wysokości 4693m n.p. W naszym kierunku zmierzał roześmiany pogranicznik Pakistański radośnie wypowiadając ”Welcome to Pakistan!”. Po całej „chińskiej gościnności” poczuliśmy się w tym momencie serdecznie zaproszeni. Miłe doświadczenie.  Przełęcz Khunjerab Pass to najwyższy punkt na Karakorum Highway (w skrócie KKH) a ta, budowana przez 20 lat i przypłacona życiem ponad 1000 robotników trasa, wydaje się być stworzona dla motocyklistów.

Od strony Chińskiej dojechaliśmy tam eleganckim asfaltem bez większych emocji. Na szczycie przełęczy przekroczyliśmy wysoką kamienną bramę. Ogarnęło nas ogromne zadowolenie. Dotarliśmy do pewnego symbolicznego punktu na całej trasie. Cała zabawa zaczęła się po stronie Pakistańskiej. Tuż za przełęczą pożegnaliśmy się z asfaltem. KKH okazała się być w remoncie co dostarczyło nam sporą garść dodatkowych atrakcji. Zaledwie po kilkuset metrach skierowani zostaliśmy na pierwszy objazd, który prowadził przez kamieniste zbocze góry, przez które z kolei przepływał szeroki strumień. Poczuliśmy się trochę zmieszani, bo przeprawy przez strumienie i górskie potoki to była zupełna nowość w naszym off-roadowym repertuarze.

Na całej trasie potoków było jeszcze kilka. Przed każdym z nich czekała z aparatami i kamerkami część ekipy, która potok już przejechała. Było wiadomo, że coś mogło się wydarzyć. Na szczęście nikt się nie wykąpał. Nie brakował również szutrów, błota i kamieni ale również świetnego asfaltu. Wszystko to, w połączeniu ze spektakularnym położeniem KKH, sprawiało nam ogromną frajdę. Dodatkowa atrakcję na trasie stanowi przeprawa przez jezioro Attabad Lake, które powstało dopiero w roku 2010 w wyniku potężnego osunięcia gruntu, który zablokował bieg rzeki Hunza.  Zalanych zostało 25km Karakorum Highway, a 6 mostów przestało istnieć. Wniosek był więc prosty. Przez jezioro trzeba się przeprawić łodziami bo inaczej się nie da. Na małe drewniane łodzie wjeżdża się i zjeżdża bezpośrednio z nieutwardzonego nabrzeża, a podczas podróży należy nogami podtrzymywać drewniane pale, na których ustawione jest do 12 motocykli. Panowie przewoźnicy dodatkowo podnoszą dramaturgię wesołymi historyjkami o kilkudziesięciu zatopionych w ten sposób samochodach.

Karakorum Highway nie pozostała jedyną, tak niesamowitą górską trasą na naszym szlaku. Po tym jak chowaliśmy się przed zamieszkami w hotelu w Islamabadzie i cudem uniknęliśmy wielokrotnego rozjechania przez ciężarówki i autobusy już na indyjskich drogach, wybraliśmy się do Ladakh. Ladakh to należąca do Indii i w niewielkiej części do Chin, kraina pomiędzy głównym pasmem Himalajów a górami Karakorum.  Można dotrzeć tam pokonując wręcz spektakularną trasę z miasta Manali (2050m n.p.m) do miasta Leh (3524m n.p.m.) Odległość do pokonania to 480km przez przełęcze na wysokości ponad 5000m n.p.m. Drogę z Manali do Leh można potraktować jako „odcinek specjalny” rajdu do najwyżej położonego na tej planecie miejsca, do którego można dostać się na kołach – do przełęczy Khardung La na wysokości 5606m n.p.m. W drodze do niej na wskazaniach Garmina oglądaliśmy kolejno wysokości 3978m (przełęcz Rohang La), 5030m (przełęcz Baralacha La), 5059m  (przełęcz Lachulung La) oraz 5328m (przełęcz Taglang La). Droga była mocno kręta, wtopiona w pomalowane niesamowitymi kolorami skały, na zmianę z pustynno-księżycowym krajobrazem. Panował na niej nietypowy dla Indii spokój. Całymi dniami można było nie spotkać nikogo. Ladakh to nie tylko „indyjski raj”. To raj każdego motocyklisty chociaż ubogi w stacje benzynowe. Należy tankować gdzie się tylko da i nawet z butelek oferowanych przez dobrych ludzi w mało atrakcyjnych cenach. W przeciwnym razie czeka Was podróż na oparach z dreszczykiem na plecach. Nam, Tenerami  na rezerwie udało się przejechać 130km.

Te rajskie wrażenia skończyły się niestety kiedy opuszczaliśmy Indie północne. 6  dniowa podróż do Nepalu to emocjonująca wycieczka przez trasy, na których żadne przepisy  ruchy drogowego nie obowiązują, ludzie i zwierzęta śpią na pasie zieleni często tuż przy krawędzi drogi, samochody i motocykle z każdego kierunku po prostu wyjeżdżają i automatycznie włączają się do ruchu bez oglądania, lusterek nikt  nie używa a skrzyżowania to jeden wielki kocioł. Nepal był ukojeniem. Ruch uliczny nabrał znamion „normalności” a my dotarliśmy do Kathamandu skąd czekał nas pierwszy na trasie transport lotniczy. Początkowo zakładaliśmy wjazd do Tybetu i przejazd przez terytorium Chin na kołach aż do Laosu. Niestety prawo Chińskie nie zezwalało na wjazd grupom, w których co najmniej 5 osób nie było tej samej  narodowości. Nie czekając czy prawo się zmieni polecieliśmy razem z motocyklami do Bangkoku, skąd bezpośrednio przeszliśmy do realizacji planu zakładającego kontrolę jakości wysp Tajskich.

Zanim jednak dotarliśmy na pierwszą z wysp spore szczęście uśmiechnęło się do nas po raz kolejny. Szczęściem okazał się pewien osobnik który, chwile po tym jak w jednej z Tener strzelił łańcuch równo po 19tys.km, posiadał  trzy bardzo istotne rzeczy: przyczepę, stary łańcuch w tym samym rozmiarze co nasz i kumpla mechanika. Po tej niewielkiej przygodzie dotarliśmy na pierwszą z wysp – Koh Samui. Kontrole prowadziliśmy głównie poprzez relaks. Długo czekaliśmy na ten moment, przez wzgląd na półmetek wyprawy i odczuwalne zmęczenie. Może nawet nie tylko fizyczne ale i psychiczne. Chcieliśmy zapewnić ukojenie obu tym stanom. Na trzech wyspach spędziliśmy chyba 12 dni. Ko Samui i Koh Phangan zjeździliśmy na własnych maszynach. Na trzeciej z wysp, wobec braku promu, Tener nie posiadaliśmy. Nie przeszkodziło nam to w eksploracji wyspy na wypożyczonych skuterkach, ubranych ku naszemu zaskoczeniu w off-roadowe gumy. Świetnie chodziły po piasku.

Początkowy plan wyprawy zakładał przelot z Singapuru do Stanów Zjednoczonych. Odradzano nam ten pomysł ze względu na duże koszty. W ostatecznej decyzji o rezygnacji z tego planu pomogła nam krótka i bardzo mokra przygoda z Malezją. Na poważnie poznaliśmy co to znaczy monsun. Padało mocno, gęsto i długo. W takich strugach deszczu dotarliśmy do miasta Georgetown na wyspie Penang a następnego dnia do Kuala Lumpur. Przemoczone mieliśmy wszystko każdego wieczoru. Monsunowi nie oparły się nawet przeciwdeszczowe kombinezony i po kilku godzinach niestety przemakały. Mocno doświadczone kufry przepuszczały wodę każdą najmniejszą szczeliną i zbierającą się na ich dnie wodę z powodzeniem wchłaniały nasze rzeczy. W butach, woda między paluszkami płynnie przelewała się ze strony lewej na prawą i odwrotnie. Stwierdziliśmy że wracamy na północ do skąpanej w słońcu Tajlandii aby następnie odwiedzić Laos, Kambodżę i ostatecznie polecieć na kontynent amerykański z Bangkoku.

Za pomoc w realizacji wyprawy serdecznie dziękujemy firmom: PUGIB BUD Częstochowa, PPHU WNUK Częstochowa, Sii Polska, Rexona Men, PPHU EVRY, Yamaha Poland Position, Touratech Polska, Modeka Polska, Garmin, MotoCombo, Pole Position Motocykle Serwis, GPS.Tszoda.PL, Shoei Polska, Puls, MotorcycleFactory Mat Moto.

www.voltamundo.pl

https://www.facebook.com/Wyprawa.VoltaAoMundo

  NAS Analytics TAG

Zdjęcia
01 mapa wyprawy
02 Rosja palac04 Kazachstan piaski
05 Kazachstan naprawa06 Kazachstan motocykl
07 Kazachstan narzedzia08 Kazachstan moto na boku
09 Kazachstan wielblad10 Kazachstan motocykle
11 Kazachstan u wodopoju15 Uzbekistan palac
14 Uzbekistan jedzenie28 Uzbekistan mini moto
12 Kazachstan16 Uzbekistan budowle
17 Uzbekistan mapa na scianie18 Uzbekistan przyprawy
19 Uzbekistan budowla41 Pakistan
21 Uzbekistan dzieci22 Uzbekistan wieza
23 Uzbekistan widok24 Uzbekistan zamek
25 Uzbekistan ogromna budowla26 Uzbekistan kopula
20 Uzbekistan zamek13 Kazachstan tankowanie
29 Kirgistan wzgorza30 Kirgistan widok
31 Kirgistan namiot32 Kirgistan przy lampie
36 Kirgistan w tle34 Kirgistan kon
35 Kirgistan motocyklowa owiewka42 Pakistan i motocykle
37 Kirgistan moto wyprawa38 Kirgistan szron
39 Chiny odpoczynek40 Chiny ozdobna brama
33 Kirgistan27 Uzbekistan przednie kolo
46 Pakistan szczyty44 Pakistan na motocyklu
45 Pakistan zdjecie z obcym43 Pakistan woda
47 Pakistan gory48 Pakistan motocyklem w gory
49 Pakistan przeprawa50 Pakistan kamienie
53 Pakistan szczyty gor52 Pakistan na wodzie
51 Pakistan gorski widok54 Pakistan osniezone szczyty
55 Pakistan kamienna droga56 Pakistan trawa
03 Kazachstan z pomoca62 Pakistan zdjecie z nieznajomymi
59 Pakistan nawigacja60 Pakistan na motocyklu
61 Pakistan most linowy65 Indie na motocyklu
63 Indie na moto64 Indie osniezone szczyty
57 Pakistan pod gore58 Pakistan wyprawa
Komentarze 4
Pokaż wszystkie komentarze
Autor: jozeks73 07/06/2013 19:41

Zgadzam się.

Odpowiedz
Dodaj komentarz

Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników portalu. Ścigacz.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Jeżeli którykolwiek z komentarzy łamie regulamin , zawiadom nas o tym przy pomocy formularza kontaktu zwrotnego . Niezgodny z regulaminem komentarz zostanie usunięty. Uwagi przesyłane przez ten formularz są moderowane. Komentarze po dodaniu są widoczne w serwisie i na forum w temacie odpowiadającym tematowi komentowanego artykułu. W przypadku jakiegokolwiek naruszenia Regulaminu portalu Ścigacz.pl lub Regulaminu Forum Ścigacz.pl komentarz zostanie usunięty.

Nasi fani komentowali

Polecamy

Aktualności

NAS Analytics TAG
reklama
NAS Analytics TAG

sklep Ścigacz

    na górę