|
| Jedziemy górskimi drogami - na mapie była to autostrada, jednak nic podobnego. Owszem kawałek jechaliśmy szybką drogą, ale to na pewno nie było to. Albo zjechałem z głównej drogi i jechaliśmy bocznymi, albo żadnej autostrady nie było. Mój GPS pokazywał, że jedziemy główną drogą (bo tylko takie były na nim widoczne). Była ona bardzo atrakcyjna. Piękne widoki, zwierzęta na drodze, spalone lasy, jednym słowem było ciekawie. Wjechaliśmy bardzo wysoko w góry i zrobiło się chłodniej, dzięki czemu można było chwilę odpocząć od upałów. Dzikie łąki i pastwiska, ogromne góry, wyciągi narciarskie, słupki na poboczach pomagające w odśnieżaniu w zimie sprawiły, że wiedziałem, iż coś jest nie tak. Jednak GPS pokazywał cały czas dobrą drogę i dojechaliśmy do Loanniny, gdzie znaleźliśmy pizzerię. Podejrzewam, że jechaliśmy zwykłą drogą, która na mapie widnieje obok autostrady... Bardzo głodni w końcu znaleźliśmy pizzerię. Jak się później okazało, pracownicy nie znali żadnego obcego języka i nie mogliśmy się z nimi dogadać. Menu tylko w języku greckim, a więc lipa. Powiedziałem mniej więcej kucharzowi, żeby nam pokazywał co ma w kuchni, a my powiemy z czym chcemy mieć pizzę. Tak też się stało, było przy tym dużo zabawy, ale takiej ciekawej sytuacji chyba nikt jeszcze nie doświadczył. Pizza była bardzo dobra. Powoli się ściemnia, a my mamy jeszcze kawałek do przejechania. Chciałem dojechać na wybrzeże i tam znaleźć camping. Jedziemy dalej górskimi drogami, lecimy z winkla na winkiel mijając greckie Viaderka i V stromy. Jest już całkiem ciemno i znajdujemy camping w miejscowości Preveza przy Adriatyku. Rozkładamy namiot, bierzemy prysznic i zmęczeni idziemy spać. Następnego dnia wstajemy wcześnie i idziemy na plażę. Popływaliśmy, pozbieraliśmy muszelki, których praktycznie nie było i czekała nas dalsza droga. Dziś mieliśmy dojechać do Pireusu i promem popłynąć na Kretę. Zwijamy namiot, pakujemy się i w drogę. Gotowi do jazdy ruszamy w stronę Patry. Postanowiliśmy zjeść śniadanie gdzieś po drodze. Jest bardzo gorąco, a my jedziemy i jedziemy, mijamy lotnisko, jedziemy wzdłuż jakiegoś dużego jeziora, aż nagle zaświeciła się rezerwa. W międzyczasie jemy po dwa gyrosy na śniadanie w fajnym miasteczku, którego nazwy nie pamiętam. Mijamy mnóstwo CPN-ów i na żadnym nie można płacić kartą - ale lipa. Zrobiłem na rezerwie 70km i postanowiłem, że zaleje za 5 Euro, co by Viaderko nie stanęło - bo na takim upale pchanie do pierwszej stacji nie byłoby moim marzeniem. Nagle przed nami stacja Shell - tam przeważnie przyjmują kartę, jednak jej wygląd nie miał nic wspólnego z obecnymi. Mały budynek, a przed nim kilka starych dystrybutorów, w których licznik nawet nie był elektroniczny. Pytamb, czy można płacić kartą, a Pani odpowiada, że tak - byłem w szoku. Nie pozostaje mi nic innego, jak poprosić do pełna. Wszędzie, gdzie byłem dotychczas, bez problemu można było tankować na kartę, nawet w Serbii nie było z tym problemów - jednak w Grecji jest inaczej i często musieliśmy wybierać CPN-y. Takimi oto drogami dojeżdżamy do ogromnego mostu w Patra. Zawsze chciałem mieć zdjęcie przy tym moście i w końcu mogłem moją zachciankę spełnić. Po drugiej stronie był już Peloponez. Przed wjazdem pobierana jest opłata 1.7 euro i można jechać. Cały przejazd mamy nagrany na kamerze. W nocy musi to wyglądać przepięknie, jednak my jedziemy dalej. Peloponez wita. Od razu kierunek na Ateny i jedziemy autostradą - ale chwila chwila. Przecież miałem zrobić moje wymarzone zdjęcie, a ja już jestem na autostradzie. Poszukałem pierwszego zjazdu, zawróciłem się i zjechaliśmy do portu, gdzie mogłem zrobić to o czym myślałem długi czas. Wjeżdżając na Peloponez różnica temperatury była natychmiastowa. Z dotychczasowych 33o-35oC momentalnie wskoczyło na 39o-41oC. Nawet zrobiłem zdjęcie, tylko w ostatniej chwili wskoczyła niższa temperatura... Zatrzymujemy się na kawę, bo Oliwka zasnęła na motocyklu i prawie z niego spadła - w ostatniej chwili ją złapałem. Zdarza się, dlatego postanowiliśmy zjechać do pit stopu na chwilę. Na stacji ogromna atrakcja - czyli mega klimatyzacja w środku, która praktycznie mroziła. Myślę, że nie było więcej, jak 15 stopni. Można było trochę odżyć. Wypiliśmy kawę, coś zimnego i ruszamy dalej. Za nami leci jakieś greckie Wiaderko, ale po chwili mu uciekamy... Jadąc do Pireusu chciałem zobaczyć kanał koryncki, jednak nie wiedziałem czy będzie on widoczny z głównej drogi (na szukanie nie było czasu, ponieważ śpieszyliśmy się na prom). Jadąc autostradą obróciłem głowę w prawo, patrzę, a pod nami właśnie widać wielką przepaść. Okazało się że to właśnie jest kanał koryncki. Postanowiłem zjechać z drogi i wjechać do miasta, aby zobaczyć go z bliska. Kanał ten robił ogromne wrażenie: wielka przepaść w dół i wysokie ściany, a między nimi przesmyk przez który przepływały statki. Na moście, z którego oglądaliśmy to wszystko, znajdowały się reklamy skoków na bungy. W takim miejscu to na pewno ogromna atrakcja i jeszcze większa adrenalina. Najwięcej było tu skośnookich z aparatami, które miały półmetrowe obiektywy. Zobaczyliśmy, sfotografowaliśmy, odpoczęliśmy - jedziemy dalej. Do Pireusu nie mamy już daleko. Zjeżdżamy z autostrady i kierujemy się w stronę portu. Przepychamy się w korkach w wielkim upale, tankujemy motocykl ( przy okazji pierwszy raz zobaczyłem Transalpa 400ccm) i jesteśmy na miejscu. Na początku pomyliłem terminale i po chwili znajdujemy odpowiedni, czyli ten, z którego można popłynąć na Kretę. Jesteśmy w szoku, jest tu bardzo dużo ludzi, pełno samochodów, tirów, motocykli i wszyscy trąbią, krzyczą, gwiżdżą - normalnie szok. Czułem się taki zagubiony, nie wiedziałem co do czego, nawet nie wiedziałem, gdzie kupić bilet. Każdy się bardzo śpieszył. Olivka przestraszona nie chciała płynąć na wyspę, tylko wrócić się i jechać gdzie indziej, jednak po chwili znajdujemy budkę i kupujemy 2 bilety. Za dwie osoby i motocykl zapłaciłem 156 euro („w tem i nazod"), bilet powrotny był otwarty, a więc mogłem wrócić kiedy chcę. Okazuje się, że nasz prom wypływa o 21 i musimy poczekać około godziny, żeby się zadekować. Kiedy wróciłem z biletami, Oliwka już poznała jakiegoś ziomka z Cypru, który coś tam mówił po polsku. Cały czas powtarzał „harabata, harabata". Na początku nie wiedziałem o co chodzi, ale kiedy powiedziałem mu herbata, a on potwierdził, to już wiedziałem. Było to jedno z nielicznych słów, które znał, pomijając „tak" i „nie". Rozmawialiśmy z nim łamaną angielszczyzną, opowiadał nam, kiedy to był w Warszawie w interesach, ale było mu bardzo zimno i nie zamierza wracać do Polski. Handlował biżuterią. Po rozmowie z naszym nowym kolegą, stajemy w kolejce na prom, oczywiście na samym przedzie. Po długim oczekiwaniu jesteśmy na pokładzie. Wjeżdżamy na pokład i zapinam Viaderko pasem, który był do dyspozycji. Na początku bałem się, czy nie spadnie, jednak jak się później okazało, niepotrzebnie. Zabieramy kurtki, kaski przypinamy do motocykla i idziemy na pokład. Na pierwszy rzut oka widać najwięcej Turków; nie wyglądali oni przyjaźnie. Brudne dzieci biegały boso (podobno często kradną buty), a starsi sprawiali wygląd, jakby myśleli, co by tutaj ukraść... Nasz kolega powiedział nam, że trzeba na nich bardzo uważać i podczas snu być bardzo czujnym. Fajnie, pierwszy raz jestem na promie i od razu taka akcja. Olivka już przestraszona, ja zacząłem pilnować wszystkiego i żyjemy z myślą, że jakoś to będzie. Po chwili spotkaliśmy Włochów, którzy zaparkowali motocykl koło mojego. Przyjechali oni cruiserem, a co najlepsze, żona tego gościa była w zaawansowanej ciąży. Nie wiem czy bardzo odważni, czy głupi, ale jechali na miesiąc na Kretę. Nie mieli ze sobą nawet namiotu, mówili nam, że śpią na plaży pod gołym niebem i tak jest im najlepiej. Jego żona jeździła bez ciuchów motocyklowych, ale za to miała cienką, przewiewną sukienkę... No cóż można i tak. Rozmawialiśmy chwilę z nimi, bo byli bardzo sympatyczni i udaliśmy się do środka znaleźć jakieś wolne miejsce w restauracji. Jak się okazało wszystko, było zajęte już od dawna. Korytarze wypełnione są Turkami, matki karmią piersią małe dzieci, a starsi grają w karty. W końcu udało mi się znaleźć miejsce w restauracji, gdzie siedziała ta "elegantsza" część społeczeństwa i tam spędziliśmy całą noc, nie zmrużając oczu ani na chwilę. Około godziny szóstej rano prom przypływa do Heraklionu na Krecie. Jest jeszcze ciemno i prawie wszyscy śpią. Postanowiliśmy przebrać się w ciuchy motocyklowe i wyjść na pokład, zobaczyć miasto od strony morza. Chwilę później prom zawija do portu i po nie przespanej nocy ruszamy szukać campingu. Tutaj się zaczęło... Słońce powoli wychodzi, ale pogoda nie jest za ciekawa, ciemne chmury i zimno. Wyjeżdżamy z portu i ruszamy w stronę wschodniego wybrzeża. Szukaliśmy jakiegoś baru, żeby zjeść śniadanie, ale wszystko pozamykane, więc jedziemy dalej. Wjeżdżamy do jakiegoś miasteczka, a tam praktycznie sami Murzyni, porozbierane laski i generalnie niezła trzoda - była to przedłużona impreza od dnia wczorajszego. W barach dopiero robiono porządki po całonocnej balandze. Wszyscy patrzyli na nas, jak na przybyszów z kosmosu. Jednak udało się przejechać dalej i kontynuujemy poszukiwania. Jedziemy wybrzeżem, wszystko jest pozamykane, campingów praktycznie nie ma, zero ludzi, nic - kompletne pustki, gorzej niż na Słowacji w niedzielę. Jesteśmy zmęczeni, głodni i śpiący, ale nie mamy gdzie zjeść i gdzie spać, więc zmuszeni byliśmy jechać. Tak też jechaliśmy i jechaliśmy... Takimi oto drogami dojeżdżamy do miejscowości Sithia - największej i najładniejszej na wschodnim wybrzeżu. Jest bardzo ładnie, ale my jesteśmy coraz bardziej głodni i coraz mniej nam się tu podoba. Wszystko jest pozamykane i nic nie można kupić, nawet większość stacji paliw jest zamknięta. Czuliśmy się, jak odcięci od świata. Jesteśmy na jakiejś wyspie, gdzie niema innego dojazdu, niż prom lub samolot, wszystko jest zamknięte, nie ma ludzi - nie jest tak kolorowo, jak miało być. Wkurzeni na wszystko jedziemy dalej wybrzeżem południowym i tam także nic nie znajdujemy. Powoli zaczęli się pojawiać ludzie (pewnie spali do południa) i niektóre bary są otwarte, jednak my mamy już dość. W ogóle nam się tu nie podoba, wszystko nam nie pasuje, nie jest to tak, jak sobie wyobrażaliśmy. Olivka jest tak zmęczona, jak nigdy, aż mi się jej szkoda robiło, bo musi się tak męczyć, a to przecież miała być fajna przygoda. Postanowiłem, że odbijemy w górę i wrócimy do Heraklionu, a tam znajdziemy jakiś hotel. Nie ważne za ile, ważne żeby się przespać. Tak też się stało, jedziemy i jedziemy tymi bardzo wolnymi, wąskimi i śliskimi drogami. Całe szczęście, że miałem zatankowany motocykl, bo naprawdę byłoby niebezpiecznie - bez picia, bez jedzenia na takim słońcu w górach, gdzie jakiś samochód przejeżdża raz na 20 minut. Po drodze zatrzymujemy się w jakiejś przydrożnej knajpce z zamiarem zjedzenia czegoś i jak się okazało, kuchnia jest jeszcze nieczynna. Możemy wypić kawę. Zajebiście! Pijemy największy syf, jaki piłem w życiu, płacimy chyba z osiem euro i lecimy do Heraklionu. Po bardzo męczącej jeździe dojeżdżamy w końcu do Heraklionu. Zatrzymujemy się w Mc Donalds i wreszcie możemy zjeść jakieś śniadanie. Następnie udajemy się w poszukiwanie hotelu. Po krótkim czasie znajdujemy hotel w centrum za 45 euro. Bierzemy bez wahania i idziemy spać. Ja wstałem za 2 godziny, a Olivka obudziła się dopiero wieczorem. Biedactwo miało już dosyć jazdy. Postanowiliśmy, że wrócimy promem następnego dnia rano, jednak jak się później okazało, prom rano i wieczorem kursuje tylko w weekendy, a w tygodniu jest tylko wieczorem. Chwila wahania, bo nie wiemy, czy jechać dalej zwiedzać Kretę, czy wracać. Jednak postanowiliśmy wrócić tego samego dnia wieczorem promem o 21:00. Zapłaciłem za hotel, w którym przespaliśmy się kilka godzin, zapłaciłem za prom 156 euro (w obie strony) po to, żeby zrobić 300 km na Krecie - nie spodobało się nam i postanowiliśmy wracać. Decyzja zapadła po godzinie 20:00, tak więc szybko musieliśmy się spakować, żeby zdążyć na prom. Pani w hotelu nie chciała oddać mi ani połowy kwoty za pokój - trudno. Ważne, że Olivka zadowolona, bo mi było jej bardzo szkoda tego dnia. Chciałem objechać Kretę dookoła, jednak objechaliśmy całe wschodnie wybrzeże, które nam się nie podobało... Czy tu jeszcze kiedykolwiek wrócę ? Nie wiem, ale na dzień dzisiejszy na pewno nie. Najbardziej kusiło mnie tylko poczucie gorącego wiatru z Afryki z miejscowości Kali Limenes - byliśmy już bardzo blisko. Spakowani, w ostatniej chwili zdążyliśmy na prom... W mieście widać coś zaczyna się dziać, duży ruch, pootwierane sklepy i restauracje - czyli typowo greckie nocne życie. Tym razem na promie spaliśmy całą noc. Wzięliśmy sobie śpiwory i położyliśmy się w korytarzu. Nad ranem nie można było praktycznie przejść, cała podłoga była zajęta przez śpiących pasażerów. Dobijamy do Pireusu, jest godzina 6:00 i jeszcze ciemno. Szukamy jakiegoś CPN-u, ale oczywiście wszystko zamknięte - co za kraj... Na światłach podjeżdża do nas jakiś człowieczek na skuterku, który pewnie leciał do pracy i poprowadził nas do otwartej stacji, która znajdowała się w podziemiach jakiegoś budynku - nieźle co? Udało się zatankować i z trudem zapłacić kartą - jesteśmy w domu. Jedziemy na Akropol i wjeżdżamy praktycznie pod samą bramę, łamiąc kilka zakazów. Jak się później okazało, Akropol otwarty jest od ósmej, a my byliśmy o siódmej, więc zobaczyliśmy go tylko zza ogrodzenia i postanowiliśmy wrócić. Kiedy dochodziliśmy do motocykla, podjechała policja i ustawiła się tuż obok. Ciekawe, czy dadzą nam mandat? Przebraliśmy się w ciuchy motocyklowe i grzecznie przepchałem motor do drogi. Panowie policjanci nie mieli nic przeciwko, że wtrolowałem się pod kilka zakazów. Błądzimy trochę po Atenach, ale w końcu znajdujemy wylot na drogę w stronę Larissy. |
|
|
|
Jedziemy cały czas autostradą i ekspresowymi drogami, a pogoda coraz to gorsza. Nagle zaczęło ostro padać, a temperatura wynosiła ledwie 15 stopni. Zatrzymujemy się i Olivka wchodzi do kondona, a ja zapinam podpinki. Jest zimno, biorąc pod uwagę wcześniejsze upały, ale jedziemy dalej. Tego dnia postanowiliśmy dojechać do miejscowości Nei Pori - tam gdzie byliśmy wcześniej, ponieważ tam podobało się nam najbardziej i tam byli nasi nowo poznani znajomi. Po drodze spotykamy na CPN-ie Anglika, który jechał na jakimś plastiku z kuframi. Docieramy do Nei Pori i postanowiliśmy, że zostaniemy tu trzy dni. Rozbiliśmy się na tym samym campingu i nawet w tym samym miejscu. Wydawał się on najfajniejszy i tuż przy plaży za rozsądne jak na Grecję 17.5 euro. Poplażowaliśmy trochę i udaliśmy się do miasteczka na jakąś pizzę oraz do naszych znajomych. Okazało się, że miasteczko to jest jeszcze fajniejsze, niż nam się wydawało, a pizza, którą jedliśmy, była najlepszą, jaką dotychczas w życiu jadłem - po prostu idealna. Nasi znajomi byli totalnymi luzakami i bardzo fajnie się z nimi spędzało wolny czas (w tym miejscu ich pozdrawiamy). Wróciliśmy na camping wieczorem i zmęczeni po dniu pełnym wrażeń poszliśmy spać... Następnego dnia wstaliśmy i udaliśmy się na plażę. Tam pływanie, opalanie, pływanie, opalanie do znudzenia, a później powrót na touratechowy obiadek. Po południu znowu wypad do miasta, ale tym razem na kolację zjedliśmy zamiast pizzy coś innego. Ja wybrałem moje ulubione kalmary, a Olivka wielką sałatkę grecką. Nie dało się jej namówić na kalmary, po tym jak pierwszy raz jadła je w Chorwacji. Na camping wróciliśmy tak, jak poprzednio - bardzo późno. Tak minął nam kolejny dzień. Kolejny dzień również spędziliśmy bardzo podobnie, z tym że ja wstałem wcześnie i pojechałem w góry, w stronę Olimpu. Olivka dłużej pospała i była na plaży. Nie chciała jechać ze mną, ponieważ miała już dosyć jazdy i odpoczywała przed długą drogą powrotną do domu. Zwiedziłem przy okazji Leptokarię, a tam tłumy na plaży - nie było nawet gdzie leżaka rozłożyć, a plaża wcale nie była jakaś nadzwyczajna. Później kierowałem się w stronę Olimpu i bocznymi drogami dojechałem do jakiegoś szlabanu, który był końcem drogi... Przejeżdżałem pod wiaduktami i tunelami często takimi, że musiałem pochylać głowę, szutry nie szutry, typowe endurzenie. W końcu dostałem się na dobrą drogę i kieruje się w stronę Karii. Pnę się z winkla na winkiel, wysoko w góry, podziwiając przepiękne widoki oraz miejscowe przydrożne kózki... Kiedy wróciłem z przejażdżki, wszystko z namiotu leżało na zewnątrz, jakby przeszedł jakiś tajfun. Tym tajfunem była Olivka, która zabrała się za porządki. Po skończonej akcji poszliśmy razem na plażę i później do miasta. Tak mijały nam ostatnie dni, nie jeździliśmy dziennie po 1500km, tylko leżeliśmy na plaży i opalaliśmy się. Na obiad tym razem była przepyszna pizza, którą musieliśmy zjeść jeszcze raz przed wyjazdem, a na kolację ja znowu kalmary i Olivka rybę. Spacerowaliśmy po mieście i cieszyliśmy się ostatnimi chwilami spędzonymi tutaj. Odwiedziliśmy też naszych znajomych, którzy ugościli nas schłodzonym winkiem. Oni też wyjeżdżali następnego dnia z tym, że wcześniej. W hotelu, w którym spali, było mnóstwo Polaków i właśnie przyjechał nowy turnus. Wracamy do namiotu, przed nami ostatnia noc i jutro powrót do domu. Jest czwartek, a więc czas wracać do domu. Musiałem wrócić do soboty, ponieważ moi rodzice wyjeżdżali, a ktoś musiał pilnować domu (pomijając mojego młodszego brata...). Spakowaliśmy się na spokojnie o normalnej godzinie i byliśmy gotowi do jazdy. Bardzo nam było szkoda już wyjeżdżać, bo było naprawdę bardzo fajnie. Kasa jeszcze była, pogoda również i mogliśmy siedzieć następny tydzień. Następne wakacje może będą dłuższe... Ludzie na campingu byli bardzo przyjaźni i gościnni, sąsiedzi podczas pobytu nagrali nam zdjęcia na CD i poczęstowali nas ich przysmakiem - cipurą (oczywiście nie w dzień wyjazdu...). Jest to jakaś mocna wódka anyżowa, która ostro nas rozgrzała. Bezpieczeństwo na campingu było na bardzo wysokim poziomie. Kufry, ciuchy, kaski i resztę bagażu mieliśmy pod namiotem, a raz, kiedy szliśmy na plażę, kluczyki od viaderka zostawiłem na siedzeniu, ponieważ zapomniałem o nich. Kiedy wróciliśmy, wszystko było na swoim miejscu. To jest super, że nie trzeba wszystkiego wiecznie pilnować. U nas w Polsce takie coś jest nie do pomyślenia, no ale może za kilka lat się to zmieni. Bardzo zadowoleni, a jednocześnie smutni, że musimy już wracać, ruszamy w drogę. Kierunek Saloniki, później około 170km Macedonią, a następnie Serbia, Węgry, Słowacja i Polska. Jedzie się nam bardzo dobrze, pogoda dopisuje, jest bardzo gorąco. Połykamy kilometry i po krótkim czasie jesteśmy w Macedonii. Jazda po takiej przerwie, to sama przyjemność. Osobiście nigdy nie czułem motowstrętu. Tego dnia planowaliśmy dotrzeć jak najbliżej Węgier. Nie mieliśmy zaplanowanej bazy noclegowej, dlatego jechaliśmy przed siebie, dopóki nam się znudzi. Macedonię również przelecieliśmy bardzo szybko i wjeżdżamy do przefajnej Serbii. Zatrzymujemy się i tankujemy Viaderko, a po chwili przyjeżdżają nasi znajomi na cruiserkach. Jak to się stało, że ich wyprzedziliśmy w tak krótkim czasie i tego nie zauważyliśmy? Ano cięliśmy autostradą ok 150km/h cały czas, a oni gdzieś na chwilę zjechali. Zajechały też dwa motocykle z Dubaju, jedna „Afryka" i jakiś gejowozik. Nieźle chłopaki się wożą. W końcu zrobiliśmy sobie zdjęcie i ruszyliśmy dalej w drogę. Było tak ciepło, że ich motocykle miały problem z odpalaniem, ponieważ paliwo bardzo szybko wyparowywało z gaźników i musieli palić na ssaniu. W Varadero tego problemu nie było... Jedziemy, jedziemy autostradą i znaleźliśmy jakąś dużą restaurację przy CPN-ie. Zatrzymujemy się i zamawiamy cevapi (już o tym pisałem w relacji z Bałkanów). Wszystko fajnie, ale jak kelner nam przyniósł potrawę, to nas zatkało. W życiu takich dużych cevapi nie widziałem, jedną porcją spokojnie byśmy się najedli. Każdy zjadł, ile się dało, a resztą nakarmiliśmy miejscowe psy, które były bardzo wygłodzone. Później popiły wodą z wiadra, która służyła do mycia szyb w samochodach - mam nadzieje, że nie było tam żadnego płynu... Po krótkim odpoczynku ruszamy dalej i dojeżdżamy w okolice Belgradu. Kiedy dojechaliśmy do Belgradu, było już ciemno. Pogoda diametralnie się pogorszyła. Niebo było czarne, jak nigdy, wiało bardzo mocno, a pioruny były takie wielkie i częste, że nigdy takich nie widziałem. Powtarza się sytuacja z ubiegłego roku, kiedy to wracaliśmy z Chorwacji. Olivka zaczyna się bać, a motelu jak nie było, tak nie ma. Obiecałem, że zatrzymamy się przy pierwszym, jaki tylko będzie. Minęliśmy jednak Belgrad, a za miastem nie było nic. Jedziemy dalej autostradą, jest bardzo ciemno i pioruny co chwile strzelają, zapaliły się jakieś trzy duże budynki i co chwile jeździły straże. Wiało tak mocno, że trzeba było nieco zwolnić. Do pełni szczęścia brakowało tylko deszczu, na który bardzo się zanosiło. Rozglądamy się za motelami, ale ciągle nic nie ma. Dopiero 80 km od granicy z Węgrami znaleźliśmy motel, w którym się zawsze zatrzymujemy podczas drogi do Serbii. Jest to stacja paliw, motel i restauracja dostępna tylko dla jadących w kierunku Belgradu. My musieliśmy przeciąć podwójną ciągłą i zakaz skrętu, żeby tam się zatrzymać. Tak też robimy, ponieważ wiedziałem, że do granicy na pewno motelu nie będzie, a pogoda jest coraz gorsza. Udaje nam się i dostajemy bardzo elegancki pokój za 40 euro. Nie spodziewałem się, że w tym motelu warunki będą aż takie dobre. Pokój niczym hotelowy apartament, z telefonem nawet koło kibla... Kiedy weszliśmy do pokoju, momentalnie tak zaczęło padać, że nie było widać świata. Uff, udało się nam w ostatniej chwili. Bierzemy kąpiel po dniu pełnym wrażeń i kładziemy się do ogromnego łoża... Następnego dnia obudziły nas promienie serbskiego słońca, które dostawały się do naszego pokoju. Pogoda zupełnie inna, aż chce się jechać. Ubraliśmy się, zapakowaliśmy motocykl i poszliśmy na śniadanie do restauracji. Jak się później okazało, kuchnia jest nieczynna i można zjeść tylko dania z grilla. Jakoś nam to nie odpowiada i postanowiliśmy pojechać dalej, zatrzymując się po drodze na śniadanie. Rano na parkingu hotelowym stały dwa polskie motocykle, których wczoraj w nocy nie było. Albo chłopaki przyjechali bardzo późno albo bardzo wcześnie. Ruszamy dalej w drogę, kierunek Budapeszt. Tuż przed granicą z Węgrami zatrzymujemy się na Mol-u, pijemy kawę i jemy na śniadanie. Kiedy wróciłem się po telefon, zobaczyłem kałużę pod moim Viaderkiem. Ej..Co jest ?? Przecież to Honda! Obczajam, o co chodzi, zacząłem oczywiście od chłodnicy, ale żadnych wycieków nie widzę. Przeglądnąłem wszystko i nic nie zauważyłem. Dopiero po jakimś czasie zobaczyłem ramę silnika oraz całe gmole oblane czymś klejącym. Okazało się, że butelka z resztką fanty, która była w moim uchwycie na gmolu nie była dokręcona i powoli kapało po wszystkim. Uff, ulżyło mi i mogłem spokojnie dokończyć śniadanie. Naklejamy jeszcze naklejkę SRB na kufer i w drogę. Goodbye Serbia - I love you... Wjeżdżamy na Węgry i pogoda nas nie rozpieszcza. Słońce zaszło i jest ledwie 20 stopni. Pierwszy raz stanie w korkach w Budapeszcie nie było takie męczące z powodu upału. Spotykamy Ferrari Pana Misztala, przedzieramy się między samochodami i wylatujemy na autostradę M3 do Miskolca. Jedziemy cały czas prosto, prosto i prosto, aż w końcu zaświecił się komornik (rezerwa). Tankujemy furmankę i chwilę odpoczywamy. Zaczyna kropić, ale postanowiliśmy się nie przebierać, bo nawet nam się nie chciało. Ostatnie kilometry podróży mijają nam bardzo spokojnie. Deszcz jednak nie padał i mogliśmy bez utrudnień jechać w stronę domu. Tuż przed Słowacją zatrzymujemy się ostatni raz na dłuższy postój i dalej jedziemy do domu bez przerw. Jest około godziny 14-tej i mamy do domu jakieś 180 km. Bez żadnych przygód meldujemy się na Barwinku. Witaj Polsko - jak tu zimno. Zadowoleni, że dojechaliśmy cali i zdrowi, ruszamy na podbój ostatnich 35-ciu kilometrów. Uważamy na tym odcinku jeszcze bardziej, niż podczas całej podróży, ponieważ takie odcinki z reguły są najbardziej niebezpieczne. Tankuję już w Polsce ostatni raz motocykl (co by z pustym bakiem nie przyjechać) i jestem w szoku, jak drogie u nas jest paliwo. W Grecji widziałem po 0.85 Euro, a przeważnie kosztowało około 1 Euro. W Polsce zaś paliwo kosztuje 4.5zł. Zatankowani pod korek, połykamy ostatnie kilka kilometrów. Jesteśmy !!! Nie było nas 13 dni, zrobiliśmy 5200km, odwiedziliśmy 5 krajów i byliśmy w najniższej części Europy, czyli na Krecie. Jednym słowem było EXTRA. Podsumowanie: Grecja jest bardzo dobrym i pięknym krajem pod turystykę motocyklową, jednak nie jest ona tak krajobrazowa "z drogi" jak np. Chorwacja, gdzie od samego Dubrovnika po Rijekę można podziwiać piękne widoki. Oczywiście jest kilka miejsc, które zapierają dech, jednak często trzeba zjechać z drogi i wjechać do miasta, żeby cokolwiek zobaczyć. Generalnie wyjazd był bardzo udany, pomijając może epizod z Kretą, ale dziś pisząc zakończenie relacji, śmieję się z tego bardzo głośno. Nawet Kreta była fajna tylko powiedzmy, że złapaliśmy lekkiego doła... Może kiedyś tam wrócę, żeby objechać ją dookoła - na pewno nie dam za wygraną. Bardzo fajnie spędziliśmy wakacje, a motocykl jak zwykle spisywał się bez zarzutu. Informacje: Najszybszą drogą do Grecji jest droga przez Serbię i Macedonię, jednak za autostrady w Serbii trzeba liczyć ok. 25 Euro. W Macedonii opłaty są groszowe, ok. 1 Eu i to nie na każdej bramce - tak samo jest w Grecji. Z motelami po drodze nie powinno być problemów, ale w okolicach większych miast. Campingi w Grecji są , ale nie jest to samo, co w Chorwacji. Tutaj trzeba ich szukać i ich ceny są stosunkowo wyższe. Najmniej za dwie osoby, motocykl i namiot zapłaciliśmy 17.5 Euro, właśnie na campingu w Nei Pori. Średnio trzeba liczyć 20 Euro, ale spanie w pokojach, czy hotelach to minimum 45-50 Euro. Nie udało się nam znaleźć tańszych, dlatego nie było sensu tyle za nie płacić tym bardziej, że spanie pod namiotem w Grecji przy plaży jest ciekawsze. Paliwo, tak jak pisałem wyżej; od 0.85 Euro do 1.05 Euro, czyli tańsze, niż u nas. Jedzenia zabrałem bardzo dużo i jak się później okazało niepotrzebnie. Wcale nie jest takie drogie, jak myśleliśmy i często jedliśmy w barach, czy restauracjach. Prom na Kretę kosztował mnie 156 Euro za dwie osoby i motocykl, w obydwie strony. Bilet powrotny był otwarty, tzn. mogłem wracać, kiedy chciałem. Grecja to generalnie nocne życie. Dużo klubów i barów otwiera się dopiero wtedy. W dzień wszyscy wylegują się na plaży lub miejscowi pracują, a wieczorem miasto tętni życiem i zabawą. Pod tym względem Grecja jest naprawdę bardzo dobra, dużo lepsza, niż Chorwacja. Jeśli ktoś planuje wyjazd wakacyjny po to, żeby imprezować cały czas, to Grecja się do tego nadaje, a w szczególności wyspy (tak, jak murzyńska ulica na Krecie). Ludzie są bardzo mili i gościnni. Zielona karta jest potrzebna w Serbii i Macedonii. Podziękowania: Dziękujemy wszystkim którzy przyczynili się do naszego wyjazdu, a w szczególności moim rodzicom za pomoc finansową oraz kolegom za przydatne wskazówki. Dziękujemy również Prałatowi z forum motocyklistów i jego przyjaciołom, z którymi bardzo miło spędzaliśmy czas. Dziękuję też wszystkim tym, którzy przeczytali do końca tą relację i się nie zanudzili... Wszystkich, których spotkaliśmy na trasie i podczas naszego pobytu serdecznie pozdrawiamy. W razie jakichkolwiek pytań chętnie służę pomocą. Trasa: 5200 km Polska: Krosno, Barwinek, Słowacja: Presov, Kosice, Węgry: Miskolc, Budapest, Serbia: Subotica, Novi Sad, Belgrad, Macedonia: Kumanovo, Titov Veles, Gevgelija, Grecja: Saloniki, Nea Moudania - płw. Kassandra dookoła, płw. Sithonia dookoła, następnie wycieczka statkiem na Athos (klasztory), powrót do Saloników następnie: Katerini, Paralia i New Pori (kilka dni odpoczynku), wycieczka w kierunku Olimpu do miejscowości Karia, Larissa, Trikala, Kalambaka, Ioannina, górski odcinek do miejscowości Preveza, Patra, Peloponezem przez Korynt do Pireusu. Następnie promem na Kretę do Heraklionu, Agios Nikolaos, Sithia, Lerapetra, Pirgos, Heraklion. Prom powrotny do Pireusu i następnie: Ateny, Lamia, Larissa, New Pori, Leptokaria, Katerini, i droga do domu czyli Macedonia, Serbia, Węgry, Słowacja - tak jak poprzednio. Termin: 29.07.2007 - 10.08.2007 |
|
|



















































































































Komentarze
Poka¿ wszystkie komentarze