Ba³kany 2007 na motocyklu - strona 2
| Albania Pobudka w miarę wcześnie, i lecimy wszyscy na wspólne śniadanie do jednej z restauracji przy plaży. Są z nami Tomek i Agata, którzy też planują wypad do Albanii, tylko samochodem. Wsuwamy omlet z szynką, niektórzy cevapi - taki miejscowy specjał - mięso jakby w ruloniku z frytkami, nawet dobre. Po rozmowach i naradach co do wyjazdu postanowiliśmy ruszyć prosto po śniadaniu, w kierunku Albanii. O Albanii słyszało się różnie. Że jest niebezpiecznie, że porywają tam ludzi, że kradną itd. Jechaliśmy na początku z nastawieniem bojowym. Czarnogórcy bardzo nie lubią się z Albańczykami - ale nie można się im dziwić. Albańczycy na siłę wpychają się na ich tereny, niejednokrotnie paląc domy, wyrzucając ich. Nie jest to może w takim stopniu, jak do niedawna, ale nadal ma miejsce. Żelko opowiadał nam, że obecnie w Czarnogórze jest 50% Albańczyków. Miejmy nadzieję, że będzie dobrze, bo ludzie w Montenegro są naprawdę bardzo mili i życzliwi, bardzo przyjaźnie nastawieni do turystów, zawsze weseli i uśmiechnięci. Reklama Te motocykle najlepiej sprzedawały się w ubiegłym rokuZobacz nowości na sezon 2026 »Motocykle tej marki były na pierwszym miejscu sprzedaży w Polsce! Na rok 2026 przygotowali nowe modele, które mają być jeszcze większymi przebojami tego sezonu. Zobacz te nowości i przetestuj je podczas dni otwartych ZOBACZ NAJNOWSZE MODLE NA 2026 »Kiedy zajechaliśmy na granicę albańską, okazało się, że Rambo zapomniał paszportu i jego wjazd do Albanii był niemożliwy. Niestety musiał się wrócić, a my pojechaliśmy sami. Troszkę się nam humory popsuły, ale cóż - bywa i tak. Za daleko, żeby się po niego wrócić więc musieliśmy sobie radzić we troje, czyli Ja, Kamaz i Niedi. Wjazd do Albanii nas trochę zaskoczył. Na początek spodziewałem się bardzo złych dróg, a tutaj asfalcik bardzo dobry, równiutki, bez dziur. Kawałek za granicą postanowiliśmy zatrzymać się w przydrożnym sklepiku, w którym kilku gości piło sobie piwko. Postanowiliśmy się przywitać i kupić coś do picia. Okazało się że są to bardzo fajni i przyjaźnie nastawieni ludzie. Dopiero początek, a już nam się bardzo podoba. Po krótkiej rozmowie w różnych językach jedziemy dalej w kierunku Tirany. Jedziemy sobie dobrą drogą, widoki bardzo ładne, o co chodzi ?? Gdzie jest ta Albania z opowieści ?? Syf, brud, bieda - jak na razie nie było to widoczne. Jednak po przejechaniu około dziesięciu km od granicy, wszystko się zaczyna. Jedna wielka trzoda - nie da się opisać. Małe dzieci, brudne, w dziurawych ubraniach bawią się na stertach wysypanych śmieci przy drodze. Wychudzone psy, ludzie żyjący w domach zaraz przy drodze, w których na podłodze była normalna ziemia, bądź beton. Takiej biedy jeszcze nie widziałem - nawet na Ukrainie... Żeby przedostać się na drugą stronę rzeki, musieliśmy przejechać przez most, który był zakorkowany przez samochody. Podjechaliśmy tam i zaczęliśmy powoli przepychać się do przodu. Ludzie kulturalnie usuwali się samochodami, a ruchem kierował policjant. Przy wyjeździe z mostu znajdowała się tablica informacyjna z odległościami do kilku większych miast. Kiedy przejechaliśmy na drugą stronę rzeki, obskoczyły nas miejscowe dzieciaki. Jesteśmy w Tiranie - jedna z fotek przedstawia wlot do tego zwariowanego miasta. Pogoda nie zapowiada się dobrze, idą wielkie czarne chmury i najprawdopodobniej będzie niezła pompa. Ja nie miałem przy sobie nic przeciwdeszczowego, a podpinki zostały w domu, ponieważ nie zapowiadało się na taką zmianę pogody. Przed centrum Tirany zatrzymujemy się na cpn-ie za potrzebą, przy okazji poznajemy następnych ciekawych ludzi, którzy próbowali z nami rozmawiać po rosyjsku i niemiecku. Naprawdę bardzo fajni i mili ludzie. W tym oto miejscu zatrzymując się przed skrzyżowaniem położyłem na glebę moje przepiękne Viaderko. Kiedy się zatrzymywałem, nie sprawdziłem czy pod nogami przypadkiem niema jakiejś niespodzianki - nie przyszłoby mi do głowy, że na głównej drodze może być studzienka kanalizacyjna bez pokrywy. Noga praktycznie wpadła po kolano i całe szczęście, że wyszedłem z tego bez szwanku, oprócz spuchniętego palca u ręki, przygniecionego klamką hamulca do krawężnika. Tak więc stało się - po przejechaniu tylu km, pierwszy raz położyłem motocykl szosowy. Gmol givi zdał egzamin na 5+. Straty to lekko porysowana owiewka na ręce oraz tylny boczek, który oparł się o krawężnik; porysował się również gmol, który uratował wszystkie plastiki z przodu. Strach pomyśleć, co by było, gdyby gmola nie było... uuuu. Próbowałem sam podnieść motocykl, jednak nie było takiej opcji - Viadro to nie Trampek. Od razu przybiegł policjant kierujący ruchem i spytał, czy nie potrzebuje pomocy. Jakoś poradziliśmy sobie - Ja i Kamaz podnieśliśmy Viadro i powoli kierowaliśmy się w kierunku drogi powrotnej do Baru. Kiedy wyjechaliśmy z Tirany, znowu zaczęło strasznie padać. Wcześniej zdążyliśmy już przeschnąć i nawet myśleliśmy, że pogoda się poprawi, jednak podczas powrotu dogoniliśmy ciemne chmury i wielki deszcz. Jadąc w takim deszczu miałem kurtkę bez żadnej podpinki, a pod spodem sam t-shirt. Byłem cały mokry i było bardzo zimno. Zatrzymaliśmy się na jednym z cpn-ów i kiedy miejscowi ludzie zobaczyli, jak wykręcam podkoszulkę z wody, to przynieśli mi jakąś swoją do zmiany. Założyłem też podpinkę na deszcz od Kamasza, który jej nie używał i można było jechać dalej. Bardzo miły gest ze strony Albańczyków, którzy chcieli mi dać kilka podkoszulek, jakieś bluzy i swetry. Podziękowałem wszystkim i jechaliśmy dalej w kierunku Baru. Wyprzedziliśmy złą pogodę i pojawiło się piękne słońce oraz podniosła się temperatura do ok 25 stopni. Po drodze mijaliśmy pojazdy KFORU, które najprawdopodobniej transportowane były do portu w Durres. Czołg, czy inny wojskowy pojazd robi wrażenie w Polsce, w Albanii taki widok działa jeszcze bardziej. Wszyscy byli przemoczeni, głodni i było już późno, a do domu kawałek drogi przed nami, więc lecieliśmy szybko w kierunku granicy. Kiedy przejechaliśmy przez most, zostaliśmy dosłownie oblężeni przez miejscowe dzieciaki. Zatrzymaliśmy się i daliśmy im usiąść na motocyklach oraz troszkę ,,pogazować" - Niediemu to nawet kręcili do odcięcia. Bardzo fajne młode chłopaki, dla których to na pewno była wielka frajda. Dotykali nas, jak byśmy byli przybyszami z kosmosu. Przy wyjeździe z Albanii trzeba zapłacić 2 euro. Na granicy spotkaliśmy również kolegów z forum motocyklistów - sławny klub EKG. Było ich bardzo dużo, bo około 10 może nawet więcej motocykli. Jechali zobaczyć, jak wygląda Albania, ale tuż za granicą. Chwilę porozmawialiśmy i ruszamy dalej. Kamaz chciał przewieźć się na Wiaderku, więc robimy roszadę. Ja na dzikiej Afryce, a on na Varadero. Kiedy zatrzymaliśmy się fotografować osiołki, dzika Afryka odmówiła posłuszeństwa i nie chciała odpalić - jakby padł akumulator. Najprawdopodobniej na granicy Kamaz zapomniał wyłączyć grzanych manetek. Odpaliliśmy furmankę na popych i szuramy dalej, do naszej bazy. Po dniu pełnym wrażeń pojechaliśmy do miasta na kolację, a później spędziliśmy mile wieczór na samej górze naszego domu siedząc i popijając browarki na tarasie. Albanię, pomimo pewnego epizodu z motocyklem, wspominam bardzo dobrze. Jest to kraj, który spodoba się myślę większości motocyklistów. Mili ludzie, bardzo ciekawe widoki, zupełnie inne życie, niż u nas oraz w innych krajach. Bardzo dobrze jest zobaczyć taki kraj dla odmiany - wtedy można docenić to, co się ma. Na pewno do Albanii jeszcze wrócę. Następnego dnia postanowiliśmy wybrać się na podbój Jeziora Szkoderskiego. Rano, kiedy Rambo jak zwykle jeszcze spał, postanowiliśmy z Kamazem i Niedim pójść na plażę, którą widzieliśmy z balkonu. Była ona piaszczysta, co jest raczej rzadkością na Adriatyku. Niedi postanowił, że sobie popływa i tak zrobił. Ja i Kamaz nie mieliśmy zamiaru do wody wchodzić, chociaż miała około 18 stopni, czyli tyle co Bałtyk ma w lipcu. Posiedzieliśmy chwilę na plaży, porozmawialiśmy i udaliśmy się do domu, żeby obudzić naszego śpiocha, ponieważ mieliśmy za chwilę lecieć na Szkoderskie. Wyciągnęliśmy go z łóżka i wsiedliśmy na motocykle. Szybkie śniadanie w przydrożnej piekarni - oczywiście burek z mięsem, a ja jakieś tam ciastka z jabłkami i później prosto w kierunku jeziora. Droga na jezioro była tą samą, którą jechaliśmy do albańskiej granicy, tylko w pewnym momencie się rozwidlała. Tomek i Agata postanowili zrobić tą samą trasę, ale na rowerach, które przywieźli ze sobą. Jako, że Rambo powiedział im że trasa liczy około 80km, to pomyśleli, że dadzą radę - i tu zacznie się zabawa... Jadąc po drodze zobaczyliśmy żółwia. Tak, to był żółw, prawdziwy normalny skorupiak. Szedł sobie powoli po drodze i nawet nie zwracał na nas uwagi. Zatrzymaliśmy się przy nim, przywitaliśmy się i zrobiliśmy kilka fotek. Materiał ten mamy również na filmie. Widok bardzo ciekawy i niecodzienny dla nas. W Polsce żółwie po ulicach nie chodzą, pomijając wszystkich niedzielnych kierowców oraz fakt, że na dzień dzisiejszy żółwia jest bardzo ciężko kupić, ponieważ wycofano je ze sprzedaży. Pomijając żółwia, który był jak na razie główną atrakcją, można było spotkać również na drodze osiołki oraz małe kucyki. Bardzo fajnie - zupełnie inaczej, niż u nas czuć, że jest się daleko od domu, w zupełnie innym kraju. Po krótkim epizodzie z żółwiem ruszamy dalej. Po drodze spotykamy naszych kolaży - Tomka i Agatę, którzy wyjechali przed nami i których to właśnie mieliśmy dogonić. Tomek miał taką samą torbę kurierską na plecach, jak Cezary Pazura w filmie Kiler. Jechali pod górę w wielkim upale i jak na razie trzymali się dobrze. Po krótkiej pogawędce my lecimy dalej, zostawiając ich daleeeeko w tyle. Jedziemy wąską, krętą drogą w górach, bez pobocza - zamiast niego była ogromna skarpa i przepaść w dół. W jednym miejscu zobaczyliśmy kozice górskie, które spłoszyły się odgłosem z kominów Hondy i uciekały na dół. Nie wiem, jak one to robiły, ale wyglądało to bardzo widowiskowo, kiedy zsuwały się po pionowej ścianie w dół. W tym oto miejscu pierwszy raz zobaczyliśmy Jezioro Szkoderskie. Było ono bardzo duże i piękne. Lecimy dalej i wjeżdżamy do jakiegoś małego miasteczka, w którym był bazar. Można było tam kupić wszystko, od papierosów po kalesony. Rambo kupuje Marlboro z przemytu i jedziemy wąskimi leśnymi drogami. Oczywiście asfaltowymi, a szkoda. Niedi na jednym z zakrętów pod górę zdusił motocykl i spadł z nim w przydrożne kamienie. Afrika leżała praktycznie na dachu. Zatrzymałem się i pomogłem podnieść motocykl. |
|






























Komentarze 7
Poka¿ wszystkie komentarzea my ju¿ za cztery dni robimy z Lublina dok³adnie tak± sam± trasê, tylko zamiast Viaderka mam zx6r... nie wiem czy dam rade ale spróbuje:) jak wrócimy tez co¶ wklepê....
OdpowiedzZdjêcia pt. "Ja i mój motocykl" szkoda , ¿e nic poza tym nie widaæ :(
OdpowiedzRewelacyjna wyprawa!!! Ja by³em na rowerze na Wêgrzech a dalej przez Wiedeñ do Polski. Na motorze (Suzuki GS 500) by³em 2 razy na Wêgrzech (z wizyt± w Rumuni), Sowacji i Czechach. Teraz wybieram ...
OdpowiedzCo to za M³ody :) jaka¶ kopia ?? :) O cenach chyba du¿o tam jest napisane.... Wczoraj wróci³em z Grecji zrobi³em 5200km i wkrótce nastêpna relacja. Pozdro ;)
OdpowiedzSuper relacja. Czyta siê jednym tchem. Jak siê czyta, to zaraz chce siê wsiadaæ na sprzêta i pruæ w Wasze ¶lady. Tyle, ¿e na mojej R1, chyba bym siê umêczy³. Ale do odwa¿nych ¶wiat nale¿y. Jeszcze ...
OdpowiedzA czy mogliby¶cie co¶ napisaæ odno¶nie kosztów? Ile mniej wiêcej kosztuje jedzenie, paliwo, inne reczy, za które trzeba p³aciæ za granic±?
Odpowiedz