tr?id=505297656647165&ev=PageView&noscript=1 Wyprawa motocyklowa do Azji Centralnej
NAS Analytics TAG
NAS Analytics TAG
NAS Analytics TAG
motul belka podroze 950
NAS Analytics TAG
motul belka podroze 420
NAS Analytics TAG

Wyprawa motocyklowa do Azji Centralnej

Autor: Justyna Jakubowska 2008.10.03, 15:37 11 Drukuj

Trzy motocykle, 16 000 km, 6 krajów: Ukraina, Rosja, Kazachstan, Uzbekistan, Tadżykistan, Kirgistan. Pustynie, stepy, starożytne miasta Jedwabnego Szlaku - Samarkanda i Buchara. Dzikie pasma górskie Pamir i Tien-Shan ze szczytami sięgającymi 7000 m n.p.m. Bezkresne przestrzenie rzadko odwiedzane przez ludzi, kamieniste drogi biegnące ponad 4500 m n.p.m., czyli jednym słowem wielka przygoda.

Właściwie to nie pamiętam, skąd wziął się pomysł "Azja Centralna". Zawsze ciągnęło nas na wschód, a naszym marzeniem był Tybet. Niedostępność i formalności wjazdowe do tego regionu świata uniemożliwiły nam jego realizację. Po długich szperaniach w Internecie, po obejrzeniu mnóstwa zdjęć i przeczytaniu kilku relacji pojawiła się myśl o Pamirze, czyli o tzw. "Małym Tybecie".

Na początku ekipa chętnych była duża: cztery Africi Twin i jedno BMW. Jednak z czasem uczestnicy wykruszają się. Jeden łamie poważnie rękę w wypadku motocyklowym, drugi ma problemy ze zdobyciem odpowiednich funduszy. Dwa miesiące przed podróżą ginie tragicznie, na Afryce, nasz przyjaciel. Dołącza do nas Darek, również na Africe Twin. Trochę późno zaczynamy wyrabiać wizy do poszczególnych krajów. Lekko nas to stresuje, bo chcemy się wyrobić na 1. września - praca i egzaminy. Dwa tygodnie przed planowanym odjazdem siedzimy po nocach w garażu i szykujemy rumaki przed długą i męczącą dla nich trasą. Kupujemy i kompletujemy potrzebne rzeczy, części zamienne, które najczęściej się psują i staramy się o niczym nie zapomnieć...

NAS Analytics TAG

Jest 18.07.08. Piątek. Spakowani i przygotowani do odjazdu siadamy wieczorem przy piwku z najbliższymi przyjaciółmi, którzy chcą nas pożegnać. Dojeżdża do nas Darek na obładowanej babci (Africe Twin RD03). W nocy dołączają Magda i Mateusz na BMW R1150GS i ekipa w komplecie.

W piątek, po śniadaniu ruszamy w trasę w kilka jednośladów. W Puławach żegnamy się z odprowadzającą nas ekipą i ruszamy na wschód. Szybko i sprawnie dojeżdżamy do granicy w Dorohusku. Omijamy długą kolejkę tirów i samochodów osobowych i jako pierwsi przystępujemy do odprawy. Nieświadomi konsekwencji wpisujemy w deklaracje graniczne „tranzyt" i przez to mamy ograniczenie czasowe pobytu na Ukrainie do 3 dni! A wystarczyło wpisać „turizm"...

Jedziemy na Kijów, północną trasą przez Sarny. Na miejscu spotykamy kumpla Darka - Antona, który jest naszym kijowskim przewodnikiem. Darowa Africa zaczyna marudzić, co chwila się krztusi i gaśnie, jakby jej paliwa brakowało. Szybka wymiana pompy i dojeżdżamy do miejsca noclegu. Motocykle śpią w garażu, my w mieszkaniu znajomych Antona. Następnego dnia jedziemy do Ambasady Kirgistanu. W parę godzin wyrabiamy wizy.

Pożegnawszy Antona, jedziemy dalej na Kursk. 100 km od granicy naszej zielonej Afri brakuje prądu. Pierwsza myśl - bezpiecznik, ale po sprawdzeniu wychodzi, że musi być inna przyczyna. Do głowy zaczynają przychodzić najczarniejsze scenariusze - regulator, może moduł? Po dłuższej chwili nieudolnych poszukiwań postanawiamy zjechać z drogi na nocleg i zająć się problemem rano, na świeży umysł. Niestety następnego dnia wcale nie jest łatwiej. Po paru godzinach śledzenia instalacji i mierzenia miernikiem każdego kabelka dochodzimy do punktu wyjścia - bezpiecznik. Grrr, co za złośliwość losu. Jest pęknięty, a niespalony, a zapasowy jest w identyczny sposób uszkodzony. Szybka wymiana na jeszcze inny, skręcanie motocykla i znowu jedziemy naprzód. Morał historii: dobrze jest mieć miernik prądu.

Granica po stronie ukraińskiej wita nas bardzo nieprzyjemnie. Celnicy ściągają z nas 90$ łapówki za jeden dzień opóźnienia z wyjazdem z kraju. Ciśniemy ostro na wschód. Traktujemy Rosję i Kazachstan tylko jako tranzyt. Mijamy Kursk, Woroneż i Saratow. Dojeżdżamy do Wołgi. Jedziemy wzdłuż rzeki do Toliati, podziwiając jej ogrom i niezwykle malownicze brzegi. W Toliati nocujemy u naszej znajomej - Oli. Następnego dnia załatwiamy potrzebne sprawy i zwiedzamy z Olą muzeum maszyn wojskowych. Dalej kierujemy się na Nowotrojck. Znowu Africa Darka się krztusi. Okazuje się, że jest przetarty wężyk i nie zasysa odpowiednio benzyny. Uszczelniamy i jedziemy dalej. Męczy nas codzienna zmiana czasu - śpimy coraz mniej i dzień coraz krótszy. W Nowotrojcku odwiedzamy pastora - motocyklistę, który zakłada klub motocyklowy i chce zorganizować bazę dla motocyklistów jadących na wschód. Śpimy w ich siedzibie, a wieczorem idziemy do prawdziwej, rosyjskiej, miejskiej bani. Nazajutrz, odprowadzeni przez nowotrojckich motocyklistów, przekraczamy granice z Kazachstanem.

W pierwszym miasteczku, posilamy się w „Kafe". Nachodzi nas miejscowa mafia. Chcą od każdego 200 Euro. Grożą, że nas nie wypuszczą z tego miasteczka, a jak zapłacimy to jesteśmy bezpieczni przez 500 km. Trochę nas przeraża myśl o zniszczeniu naszych rumaków, a może i czymś gorszym. Targujemy się. Staje na 5000 Tenge, czyli jakieś 80 zł. Wypisują jakiś świstek i mamy spokój. Wjeżdżamy w step. Trasa Chromtau - Aralsk to ciężki orzech do zgryzienia. Kiedyś był tu asfalt. Teraz są jego pozostałości, więc wygodniej i bezpieczniej jechać wyjeżdżonym szutrem obok, niż pełnym wielkich dziur, twardym „asfaltem". Mamy do przejechania tą drogą 400 km. Podobno gdzieś w połowie tej trasy jest jedna stacja benzynowa. Tankujemy do pełna i wjeżdżamy na kilkupasmowy, wyjeżdżony trakt w stepie. Zadziwia nas bezkresna pustka. Poza śladami polnej drogi i słupami elektrycznymi nie ma nic. Po horyzont tylko step. Co jakiś czas mijamy słone, wysychające jeziorko, wielbłąda albo wielkiego orła. Słońce dosłownie pali naszą skórę. Na dłoniach pojawiają się małe bąbelki od oparzeń. Zmoczona koszulka wysycha dosłownie w kilka minut. Ubieramy się szczelnie, żeby się nie odwodnić. Temperatura dochodzi do 57ºC. W czasie odpoczynku chowamy się w cieniu naszych motocykli, bo nie ma innego... .

Dojeżdżamy do stacji benzynowej. Okazuje się, że nie ma paliwa. Miły pan informuje nas, że musimy trochę zboczyć z trasy, tak na 70 km i jechać wzdłuż słupów elektrycznych. Tam na końcu będzie miasteczko i tam powinna być benzyna. Nie mamy wyjścia. Na tyle jeszcze wystarczy, ale do Aralska na pewno nie. Wykończeni słońcem i ciężkim terenem dojeżdżamy do miasteczka Irgiz. Zobaczywszy małe jeziorko od razu wskakujemy, żeby się schłodzić. Cudowna woda tylko... słona. Grozi nam odparzenie... pup. Tankujemy, gotujemy w cieniu domostw. I znów w step. Mniej więcej co 50 km stoi mały domek ze studnią. Można zaspokoić pragnienie, ochłodzić się i kupić arbuza. Jest kilka dróg obok siebie i cały czas niewiadomo, która jest najlepsza do jazdy. Często rozdzielamy się. Jeden trafia na grząski piach, drugi na wielkie doły, trzeci na ostre kamienie. Nasza średnia prędkość to 40 km/h, a odcinek 300 km robimy w dwa dni.

W końcu docieramy do asfaltu!!! W Aralsku spotykamy chłopaków z Polski - jadą na Africe zdobywać Pik Lenina w Kirgistanie. Siedzimy pod sklepem, gotujemy i rozmawiamy. Niekończące się tematy odwracają uwagę od naszej kuchenki, która zostaje nikczemnie skradziona przez tubylców. Niestety koniec z zupkami i ciepłą herbatą. Jedziemy wspólnie z alpinistami przez dwa dni. Rozstaliśmy się pod granicą z Uzbekistanem, podczas burzy piaskowej. Granica jak zwykle pełna druczków i kwitków, latania od okienka do okienka.

Jesteśmy w Uzbekistanie. Mamy niezły ubaw z wymianą pieniędzy. 1$ to 1340 Sum, więc za 150$ dostajemy mnóstwo banknotów i nie dopinamy portfeli. Kierujemy się do Samarkandy. Niestety mamy tylko 3 dni (wiza tranzytowa), więc z żalem rezygnujemy ze zwiedzania Buchary. Po południu docieramy na miejsce. Od razu zachwycają nas stare, oryginalne zabytki. Zostawiamy motocykle u właściciela restauracji, w której co nieco przekąszamy i idziemy piechotą oglądać miasto. Zwiedzamy grobowce Szahi-Zinda postawione przez uzbeckiego wodza Tamerlana, Bibi-Khanum i Registan - główny kompleks zabytków Samarkandy. Są naprawdę przepiękne. Całe wykładane błękitnymi płytkami w różne, skomplikowane wzory. Nad każdymi „koronkowo" rzeźbionymi drzwiami jest wpleciony Koran. Budowle te w połączeniu z gorącym, charakterystycznym powietrzem dają niesamowity i niepowtarzalny klimat. Policjant namawia nas na nielegalne wejście na minaret, który jest w remoncie i nie jest dostępny dla turystów. Jak nie skorzystać z takiej okazji? Płacimy niewielką sumę. Podziwiamy Samarkandę nocą z czubka wysokiego minaretu i słuchamy opowieści sympatycznego policjanta o historii tych budowli. Nocujemy w namiotach poza miastem. Rano wracamy załatwić potrzebne sprawy, wysłać kartki pocztowe oraz dokończyć zwiedzanie. Chcieliśmy też zobaczyć prawdziwy, tradycyjny uzbecki bazar. Bez większych problemów udaje nam się go odnaleźć. Zostawiamy motocykle i ruszamy na zakupy. Naprawdę warto poświecić trochę czasu na jego zwiedzanie. Jest pełny przeróżnych barw i zapachów. Jego niepowtarzalny klimat tkwi w ludziach, muzyce i zaopatrzeniu. Co widzimy: stragany z owocami - sterty arbuzów i melonów, olbrzymie wory różnokolorowych nasion, suszonych owoców i przypraw. Kolejna alejka - wypieki własnej roboty, przeróżne ciasta i ciasteczka. Pijemy kawę przy jednym ze straganów, zajadając najfikuśniejsze ciastka - ileż to nam daje radości. Kolejny dział - akcesoria zwierzęce - różnego rozmiaru uzdy, kolorowe derki, palcaty. Poza tym można tu kupić wszystko, czego tylko dusza zapragnie. Kupujemy symboliczne pamiątki i żegnamy się z urokliwą i niepowtarzalną Samarkandą. Wyjeżdżamy na trasę do granicy z Tadżykistanem.

Stoimy trochę w kolejce, ale wszystko bezproblemowo i sympatycznie. Na odcinku 30m między granicami spotykamy dwóch motocyklistów (BMW F650GS Dakar) Australijczyk - Len i Niemiec - Bjorn koczujących w namiocie. Czekają już dwa dni, aż zacznie im się wiza do Tadżykistanu. Pomagamy im trochę z językiem i celnicy Tadżyccy puszczają ich wcześniej. Są naszymi współtowarzyszami przez 2 kolejne dni. Nocujemy blisko wioski, zaraz za miastem Pendżikent. Wieczorem przychodzą do nas tubylcy z wódką i arbuzem. Nie zgodziliśmy się na ich szczere zaproszenia do domu, siadają więc z nami przy namiotach i biesiadujemy do późnej nocy.

Następnego dnia ruszamy dalej na Duszanbe. Nasi anglojęzyczni towarzysze informują nas o obowiązku rejestracji w Duszanbe. Jeśli tego nie zrobimy, grozi nam mandat około .450$ ! Wolimy na wszelki wypadek zarejestrować się.

Wjeżdżamy w góry Zarawszan. Asfalt kończy się, a wyboistą drogę rekompensują niesamowite widoki. Jedziemy wzdłuż rzeki, po stromym zboczu góry. Czasem zatrzymujemy się w przydrożnych kafe, w których można odpocząć, leżąc bez butów przy niskim stole. Menu zazwyczaj jest bardzo skromne i ogranicza się do szorpy - czyli tłustego rosołu z baraniny z kartoflem i do mant (albo mantów) - dużych pierogów, również z baraniną, czasem polanych kefirem. O kawie można zapomnieć, do wyboru jest czarna lub zielona herbata.

Przytrafia nam się nieprzyjemna przygoda. Wiele dróg w Tadżykistanie remontowana jest przez tanią siłę roboczą, czyli przez Chińczyków. Cały dzień robią nowy asfalt i wieczorem oddają piękną drogę do użytku. Zmierzcha. Wjeżdżamy na nowy świeży asfalt. Widzimy - samochód w rowie. Lekko hamujemy. Leżymy. Lecimy ślizgiem parę ładnych metrów. Darek tuż za nami - to samo. Africi zderzają się. Szybko wstajemy i ostrzegamy resztę. Zniszczenia: w naszej Africe zdarty róg kufra i pęknięta czacha, u Darka lekko przytarty kufer. Z nami wszystko w porządku poza niesamowitymi emocjami i mocno pobrudzonymi ciuchami smołą ze śliskiego jak lód asfaltu. Kilkanaście metrów dalej jest przepaść, a w dole rzeka - mogłoby się to skończyć o wiele gorzej. Zanim zdążyliśmy ochłonąć, tuż za nami samochód uderza w słup, który ratuje go przed przepaścią. Kilka dni wcześniej w ten sposób zginęła para podróżników z Włoch.

Poza wysokimi skałami, przepaścią, rzeką i drogą nie ma nic, więc ciężko znaleźć miejsce na nocleg. Pytając tubylców z wioski, rozbijamy się w przyjemnym sadzie, tarasowo "przyklejonym" do zbocza góry. Czujemy się, jak w mini raju: drzewka owocowe, krystalicznie czyste górskie strumyki, ciepłe słońce i niesamowity widok na otaczające szczyty gór. Ciężko stąd odjeżdżać.

Ruszamy dalej na Duszanbe. Krętą, górską szutrówką wjeżdżamy na przełęcz na wysokości 3700 m n.p.m. Lekka mgła przysłania widok, to tzw. Afganiec - wiatr z pustynnym pyłem z Afganistanu, ale i tak jesteśmy pod wrażeniem. Co jakiś czas przejeżdżamy przez wioski, jak z bajki. Domki z gliny, kryte strzechą przylepione do zboczy gór. Ludzie ubrani na ludowo w charakterystycznych czapkach, często przemieszczający się na osiołkach. Dzieciaki wybiegające na drogę, żeby nam pomachać - wszystko to wprawia w niezapomniany nastrój i sprawia, że obdarzamy Tadżykistan wyjątkową sympatią.

Jesteśmy w Duszanbe. Wymieniamy olej przed najtrudniejszym odcinkiem wyprawy. Silnik będzie narażony na ogromne przeciążenia i wahania temperatur. Wlewamy, wielokrotnie sprawdzony w takich warunkach, olej firmy BelRay. Wieziemy go aż z Polski. Pusty baniaczek będzie idealny na zapas benzyny. Obozowisko z Mateuszem i Magdą, która ma problemy z przewodem pokarmowym, zostawiamy pod miastem. My i Darek załatwiamy rejestrację w OWIRze, przez biuro turystyczne (bo inaczej się nie da), kupujemy leki w aptece, korzystamy z kafejki internetowej, siedzimy z Bjornem i Lenem w barze i wymieniamy się zdjęciami. W kafejce spotykamy Polaka, który siedzi w Duszanbe już dwa tygodnie u kolegi Tadżyka, który rok studiował we Wrocławiu. Tadżyk nie może się nadziwić, że przyjechaliśmy tu na kołach. Zaprasza nas na tradycyjny tadżycki obiad. Późnym wieczorem wracamy do obozu. Następny dzień również spędzamy w Duszanbe. Na obiad jedziemy w niepełnym składzie - tym razem Maciek bardzo słabnie. Mateusz, Magda i Darek jadą na tadżycki "plow", a my zostajemy w obozie i odpoczywamy. Gdy Maciek nabiera troszkę sił, dołączamy do reszty ekipy. Odbieramy paszporty z rejestracją z biura turystycznego i ostatecznie żegnamy się z naszymi nowymi przyjaciółmi.

Z Duszanbe kierujemy się na Khorog. I znów piękne, dzikie góry i rwąca rzeka w dole. Każdy z nas ma większe lub mniejsze problemy żołądkowe, apetyty nam nie dopisują. Jedzenie w sklepach jest bardzo skromne. Nie możemy już patrzeć na szprotki w konserwie i tuszonkę z krowy, przypominającą karmę dla psów. W kafe wciąż szorpa, manty i mięso baranie. Mimo to staramy się wybierać cokolwiek do jedzenia. Mijamy Khorog. Co kilkadziesiąt kilometrów są punkty kontrolne - jesteśmy spisywani przez miłych panów w moro, a wszystko przez to, że rzeka, wzdłuż której jedziemy, to granica z Afganistanem. Na terenach przygranicznych rejestracja jest konieczna. Lekko podekscytowani całą sytuacją i miejscem, obserwujemy życie po jej drugiej stronie. Inaczej ubrani ludzie, kręcący się po urokliwych wioskach, praca przy żniwach z wykorzystaniem własnych rąk i grzbietów osiołków. Tadżycy mówią, że Afgańczycy to bardzo spokojni ludzie, którzy nigdy nie chcieli walczyć, ani za czasów sowietów ani teraz.

jezioro Song-Kul i Africa Kirgistan
droga z gorami w tle Pamir
a gdzie droga Pamir
droga biegla na wysokosci prawie 4000m n p m Pamir
adzykistan Pamir
Darek Justyna I Magda z Kazachami
granica Tadzycko-Kirgiska
Grobowce Timura Samarkanda Uzbekistan
IMG 6904
Jak-czesty widok w Pamirze
jedna noga w Chinach
Darek dostawca arbuzow Samarkanda
jezioro Song-Kul Kirgistan
jurty Kirgistan
Kafe 20km od Duszanbe Tadzykistan
Kirgistan dojazd do jeziora Song-Kul
Kazachstan Czaryn Kanion2
Kazachstan  Czaryn Kanion
muzulmanski cmentarz Kirgistan
Kirgistan jezioro Song-Kul
Kirgistan kolacja-wypas!
Kirgistan nocleg nad jeziorem
Kirgistan Pamir w tle
koreanscy harleyowcy w Kazachstanie
wzdluz granicy z Chinami Tadzykistan
w poszukiwaniu benzyny
trasa Seul-Hamburg Kazachstan
rozmowa z Tadzykiem w przydroznym kafe Tadzykistan
w drodze na przelecz Anzob tadzykistan Tadzykistan przy drodze wysychajace slone jezioro
w Kirgijskiej jurcie Tadzykistan postoj wysychajac eslone jezioro Kazachstan
NAS Analytics TAG

Komentarze 11
Poka wszystkie komentarze
Dodaj komentarz

Publikowane komentarze s prywatnymi opiniami uytkownikw portalu. cigacz.pl nie ponosi odpowiedzialnoci za tre opinii. Jeeli ktrykolwiek z komentarzy amie regulamin , zawiadom nas o tym przy pomocy formularza kontaktu zwrotnego . Niezgodny z regulaminem komentarz zostanie usunity. Uwagi przesyane przez ten formularz s moderowane. Komentarze po dodaniu s widoczne w serwisie i na forum w temacie odpowiadajcym tematowi komentowanego artykuu. W przypadku jakiegokolwiek naruszenia Regulaminu portalu cigacz.pl lub Regulaminu Forum cigacz.pl komentarz zostanie usunity.

motul belka podroze 420
NAS Analytics TAG
Zobacz rwnie

Polecamy

NAS Analytics TAG
.

Aktualnoci

NAS Analytics TAG
reklama
NAS Analytics TAG

sklep cigacz

    na gr