tr?id=505297656647165&ev=PageView&noscript=1 Wyprawa motocyklowa do Azji Centralnej -all
NAS Analytics TAG
NAS Analytics TAG
NAS Analytics TAG
NAS Analytics TAG
NAS Analytics TAG

Trzy motocykle, 16 000 km, 6 krajów: Ukraina, Rosja, Kazachstan, Uzbekistan, Tadżykistan, Kirgistan. Pustynie, stepy, starożytne miasta Jedwabnego Szlaku - Samarkanda i Buchara. Dzikie pasma górskie Pamir i Tien-Shan ze szczytami sięgającymi 7000 m n.p.m. Bezkresne przestrzenie rzadko odwiedzane przez ludzi, kamieniste drogi biegnące ponad 4500 m n.p.m., czyli jednym słowem wielka przygoda.

Właściwie to nie pamiętam, skąd wziął się pomysł "Azja Centralna". Zawsze ciągnęło nas na wschód, a naszym marzeniem był Tybet. Niedostępność i formalności wjazdowe do tego regionu świata uniemożliwiły nam jego realizację. Po długich szperaniach w Internecie, po obejrzeniu mnóstwa zdjęć i przeczytaniu kilku relacji pojawiła się myśl o Pamirze, czyli o tzw. "Małym Tybecie".

Na początku ekipa chętnych była duża: cztery Africi Twin i jedno BMW. Jednak z czasem uczestnicy wykruszają się. Jeden łamie poważnie rękę w wypadku motocyklowym, drugi ma problemy ze zdobyciem odpowiednich funduszy. Dwa miesiące przed podróżą ginie tragicznie, na Afryce, nasz przyjaciel. Dołącza do nas Darek, również na Africe Twin. Trochę późno zaczynamy wyrabiać wizy do poszczególnych krajów. Lekko nas to stresuje, bo chcemy się wyrobić na 1. września - praca i egzaminy. Dwa tygodnie przed planowanym odjazdem siedzimy po nocach w garażu i szykujemy rumaki przed długą i męczącą dla nich trasą. Kupujemy i kompletujemy potrzebne rzeczy, części zamienne, które najczęściej się psują i staramy się o niczym nie zapomnieć...

NAS Analytics TAG

Jest 18.07.08. Piątek. Spakowani i przygotowani do odjazdu siadamy wieczorem przy piwku z najbliższymi przyjaciółmi, którzy chcą nas pożegnać. Dojeżdża do nas Darek na obładowanej babci (Africe Twin RD03). W nocy dołączają Magda i Mateusz na BMW R1150GS i ekipa w komplecie.

W piątek, po śniadaniu ruszamy w trasę w kilka jednośladów. W Puławach żegnamy się z odprowadzającą nas ekipą i ruszamy na wschód. Szybko i sprawnie dojeżdżamy do granicy w Dorohusku. Omijamy długą kolejkę tirów i samochodów osobowych i jako pierwsi przystępujemy do odprawy. Nieświadomi konsekwencji wpisujemy w deklaracje graniczne „tranzyt" i przez to mamy ograniczenie czasowe pobytu na Ukrainie do 3 dni! A wystarczyło wpisać „turizm"...

Jedziemy na Kijów, północną trasą przez Sarny. Na miejscu spotykamy kumpla Darka - Antona, który jest naszym kijowskim przewodnikiem. Darowa Africa zaczyna marudzić, co chwila się krztusi i gaśnie, jakby jej paliwa brakowało. Szybka wymiana pompy i dojeżdżamy do miejsca noclegu. Motocykle śpią w garażu, my w mieszkaniu znajomych Antona. Następnego dnia jedziemy do Ambasady Kirgistanu. W parę godzin wyrabiamy wizy.

Pożegnawszy Antona, jedziemy dalej na Kursk. 100 km od granicy naszej zielonej Afri brakuje prądu. Pierwsza myśl - bezpiecznik, ale po sprawdzeniu wychodzi, że musi być inna przyczyna. Do głowy zaczynają przychodzić najczarniejsze scenariusze - regulator, może moduł? Po dłuższej chwili nieudolnych poszukiwań postanawiamy zjechać z drogi na nocleg i zająć się problemem rano, na świeży umysł. Niestety następnego dnia wcale nie jest łatwiej. Po paru godzinach śledzenia instalacji i mierzenia miernikiem każdego kabelka dochodzimy do punktu wyjścia - bezpiecznik. Grrr, co za złośliwość losu. Jest pęknięty, a niespalony, a zapasowy jest w identyczny sposób uszkodzony. Szybka wymiana na jeszcze inny, skręcanie motocykla i znowu jedziemy naprzód. Morał historii: dobrze jest mieć miernik prądu.

Granica po stronie ukraińskiej wita nas bardzo nieprzyjemnie. Celnicy ściągają z nas 90$ łapówki za jeden dzień opóźnienia z wyjazdem z kraju. Ciśniemy ostro na wschód. Traktujemy Rosję i Kazachstan tylko jako tranzyt. Mijamy Kursk, Woroneż i Saratow. Dojeżdżamy do Wołgi. Jedziemy wzdłuż rzeki do Toliati, podziwiając jej ogrom i niezwykle malownicze brzegi. W Toliati nocujemy u naszej znajomej - Oli. Następnego dnia załatwiamy potrzebne sprawy i zwiedzamy z Olą muzeum maszyn wojskowych. Dalej kierujemy się na Nowotrojck. Znowu Africa Darka się krztusi. Okazuje się, że jest przetarty wężyk i nie zasysa odpowiednio benzyny. Uszczelniamy i jedziemy dalej. Męczy nas codzienna zmiana czasu - śpimy coraz mniej i dzień coraz krótszy. W Nowotrojcku odwiedzamy pastora - motocyklistę, który zakłada klub motocyklowy i chce zorganizować bazę dla motocyklistów jadących na wschód. Śpimy w ich siedzibie, a wieczorem idziemy do prawdziwej, rosyjskiej, miejskiej bani. Nazajutrz, odprowadzeni przez nowotrojckich motocyklistów, przekraczamy granice z Kazachstanem.

W pierwszym miasteczku, posilamy się w „Kafe". Nachodzi nas miejscowa mafia. Chcą od każdego 200 Euro. Grożą, że nas nie wypuszczą z tego miasteczka, a jak zapłacimy to jesteśmy bezpieczni przez 500 km. Trochę nas przeraża myśl o zniszczeniu naszych rumaków, a może i czymś gorszym. Targujemy się. Staje na 5000 Tenge, czyli jakieś 80 zł. Wypisują jakiś świstek i mamy spokój. Wjeżdżamy w step. Trasa Chromtau - Aralsk to ciężki orzech do zgryzienia. Kiedyś był tu asfalt. Teraz są jego pozostałości, więc wygodniej i bezpieczniej jechać wyjeżdżonym szutrem obok, niż pełnym wielkich dziur, twardym „asfaltem". Mamy do przejechania tą drogą 400 km. Podobno gdzieś w połowie tej trasy jest jedna stacja benzynowa. Tankujemy do pełna i wjeżdżamy na kilkupasmowy, wyjeżdżony trakt w stepie. Zadziwia nas bezkresna pustka. Poza śladami polnej drogi i słupami elektrycznymi nie ma nic. Po horyzont tylko step. Co jakiś czas mijamy słone, wysychające jeziorko, wielbłąda albo wielkiego orła. Słońce dosłownie pali naszą skórę. Na dłoniach pojawiają się małe bąbelki od oparzeń. Zmoczona koszulka wysycha dosłownie w kilka minut. Ubieramy się szczelnie, żeby się nie odwodnić. Temperatura dochodzi do 57ºC. W czasie odpoczynku chowamy się w cieniu naszych motocykli, bo nie ma innego... .

Dojeżdżamy do stacji benzynowej. Okazuje się, że nie ma paliwa. Miły pan informuje nas, że musimy trochę zboczyć z trasy, tak na 70 km i jechać wzdłuż słupów elektrycznych. Tam na końcu będzie miasteczko i tam powinna być benzyna. Nie mamy wyjścia. Na tyle jeszcze wystarczy, ale do Aralska na pewno nie. Wykończeni słońcem i ciężkim terenem dojeżdżamy do miasteczka Irgiz. Zobaczywszy małe jeziorko od razu wskakujemy, żeby się schłodzić. Cudowna woda tylko... słona. Grozi nam odparzenie... pup. Tankujemy, gotujemy w cieniu domostw. I znów w step. Mniej więcej co 50 km stoi mały domek ze studnią. Można zaspokoić pragnienie, ochłodzić się i kupić arbuza. Jest kilka dróg obok siebie i cały czas niewiadomo, która jest najlepsza do jazdy. Często rozdzielamy się. Jeden trafia na grząski piach, drugi na wielkie doły, trzeci na ostre kamienie. Nasza średnia prędkość to 40 km/h, a odcinek 300 km robimy w dwa dni.

W końcu docieramy do asfaltu!!! W Aralsku spotykamy chłopaków z Polski - jadą na Africe zdobywać Pik Lenina w Kirgistanie. Siedzimy pod sklepem, gotujemy i rozmawiamy. Niekończące się tematy odwracają uwagę od naszej kuchenki, która zostaje nikczemnie skradziona przez tubylców. Niestety koniec z zupkami i ciepłą herbatą. Jedziemy wspólnie z alpinistami przez dwa dni. Rozstaliśmy się pod granicą z Uzbekistanem, podczas burzy piaskowej. Granica jak zwykle pełna druczków i kwitków, latania od okienka do okienka.

Jesteśmy w Uzbekistanie. Mamy niezły ubaw z wymianą pieniędzy. 1$ to 1340 Sum, więc za 150$ dostajemy mnóstwo banknotów i nie dopinamy portfeli. Kierujemy się do Samarkandy. Niestety mamy tylko 3 dni (wiza tranzytowa), więc z żalem rezygnujemy ze zwiedzania Buchary. Po południu docieramy na miejsce. Od razu zachwycają nas stare, oryginalne zabytki. Zostawiamy motocykle u właściciela restauracji, w której co nieco przekąszamy i idziemy piechotą oglądać miasto. Zwiedzamy grobowce Szahi-Zinda postawione przez uzbeckiego wodza Tamerlana, Bibi-Khanum i Registan - główny kompleks zabytków Samarkandy. Są naprawdę przepiękne. Całe wykładane błękitnymi płytkami w różne, skomplikowane wzory. Nad każdymi „koronkowo" rzeźbionymi drzwiami jest wpleciony Koran. Budowle te w połączeniu z gorącym, charakterystycznym powietrzem dają niesamowity i niepowtarzalny klimat. Policjant namawia nas na nielegalne wejście na minaret, który jest w remoncie i nie jest dostępny dla turystów. Jak nie skorzystać z takiej okazji? Płacimy niewielką sumę. Podziwiamy Samarkandę nocą z czubka wysokiego minaretu i słuchamy opowieści sympatycznego policjanta o historii tych budowli. Nocujemy w namiotach poza miastem. Rano wracamy załatwić potrzebne sprawy, wysłać kartki pocztowe oraz dokończyć zwiedzanie. Chcieliśmy też zobaczyć prawdziwy, tradycyjny uzbecki bazar. Bez większych problemów udaje nam się go odnaleźć. Zostawiamy motocykle i ruszamy na zakupy. Naprawdę warto poświecić trochę czasu na jego zwiedzanie. Jest pełny przeróżnych barw i zapachów. Jego niepowtarzalny klimat tkwi w ludziach, muzyce i zaopatrzeniu. Co widzimy: stragany z owocami - sterty arbuzów i melonów, olbrzymie wory różnokolorowych nasion, suszonych owoców i przypraw. Kolejna alejka - wypieki własnej roboty, przeróżne ciasta i ciasteczka. Pijemy kawę przy jednym ze straganów, zajadając najfikuśniejsze ciastka - ileż to nam daje radości. Kolejny dział - akcesoria zwierzęce - różnego rozmiaru uzdy, kolorowe derki, palcaty. Poza tym można tu kupić wszystko, czego tylko dusza zapragnie. Kupujemy symboliczne pamiątki i żegnamy się z urokliwą i niepowtarzalną Samarkandą. Wyjeżdżamy na trasę do granicy z Tadżykistanem.

Stoimy trochę w kolejce, ale wszystko bezproblemowo i sympatycznie. Na odcinku 30m między granicami spotykamy dwóch motocyklistów (BMW F650GS Dakar) Australijczyk - Len i Niemiec - Bjorn koczujących w namiocie. Czekają już dwa dni, aż zacznie im się wiza do Tadżykistanu. Pomagamy im trochę z językiem i celnicy Tadżyccy puszczają ich wcześniej. Są naszymi współtowarzyszami przez 2 kolejne dni. Nocujemy blisko wioski, zaraz za miastem Pendżikent. Wieczorem przychodzą do nas tubylcy z wódką i arbuzem. Nie zgodziliśmy się na ich szczere zaproszenia do domu, siadają więc z nami przy namiotach i biesiadujemy do późnej nocy.

Następnego dnia ruszamy dalej na Duszanbe. Nasi anglojęzyczni towarzysze informują nas o obowiązku rejestracji w Duszanbe. Jeśli tego nie zrobimy, grozi nam mandat około .450$ ! Wolimy na wszelki wypadek zarejestrować się.

Wjeżdżamy w góry Zarawszan. Asfalt kończy się, a wyboistą drogę rekompensują niesamowite widoki. Jedziemy wzdłuż rzeki, po stromym zboczu góry. Czasem zatrzymujemy się w przydrożnych kafe, w których można odpocząć, leżąc bez butów przy niskim stole. Menu zazwyczaj jest bardzo skromne i ogranicza się do szorpy - czyli tłustego rosołu z baraniny z kartoflem i do mant (albo mantów) - dużych pierogów, również z baraniną, czasem polanych kefirem. O kawie można zapomnieć, do wyboru jest czarna lub zielona herbata.

Przytrafia nam się nieprzyjemna przygoda. Wiele dróg w Tadżykistanie remontowana jest przez tanią siłę roboczą, czyli przez Chińczyków. Cały dzień robią nowy asfalt i wieczorem oddają piękną drogę do użytku. Zmierzcha. Wjeżdżamy na nowy świeży asfalt. Widzimy - samochód w rowie. Lekko hamujemy. Leżymy. Lecimy ślizgiem parę ładnych metrów. Darek tuż za nami - to samo. Africi zderzają się. Szybko wstajemy i ostrzegamy resztę. Zniszczenia: w naszej Africe zdarty róg kufra i pęknięta czacha, u Darka lekko przytarty kufer. Z nami wszystko w porządku poza niesamowitymi emocjami i mocno pobrudzonymi ciuchami smołą ze śliskiego jak lód asfaltu. Kilkanaście metrów dalej jest przepaść, a w dole rzeka - mogłoby się to skończyć o wiele gorzej. Zanim zdążyliśmy ochłonąć, tuż za nami samochód uderza w słup, który ratuje go przed przepaścią. Kilka dni wcześniej w ten sposób zginęła para podróżników z Włoch.

Poza wysokimi skałami, przepaścią, rzeką i drogą nie ma nic, więc ciężko znaleźć miejsce na nocleg. Pytając tubylców z wioski, rozbijamy się w przyjemnym sadzie, tarasowo "przyklejonym" do zbocza góry. Czujemy się, jak w mini raju: drzewka owocowe, krystalicznie czyste górskie strumyki, ciepłe słońce i niesamowity widok na otaczające szczyty gór. Ciężko stąd odjeżdżać.

Ruszamy dalej na Duszanbe. Krętą, górską szutrówką wjeżdżamy na przełęcz na wysokości 3700 m n.p.m. Lekka mgła przysłania widok, to tzw. Afganiec - wiatr z pustynnym pyłem z Afganistanu, ale i tak jesteśmy pod wrażeniem. Co jakiś czas przejeżdżamy przez wioski, jak z bajki. Domki z gliny, kryte strzechą przylepione do zboczy gór. Ludzie ubrani na ludowo w charakterystycznych czapkach, często przemieszczający się na osiołkach. Dzieciaki wybiegające na drogę, żeby nam pomachać - wszystko to wprawia w niezapomniany nastrój i sprawia, że obdarzamy Tadżykistan wyjątkową sympatią.

Jesteśmy w Duszanbe. Wymieniamy olej przed najtrudniejszym odcinkiem wyprawy. Silnik będzie narażony na ogromne przeciążenia i wahania temperatur. Wlewamy, wielokrotnie sprawdzony w takich warunkach, olej firmy BelRay. Wieziemy go aż z Polski. Pusty baniaczek będzie idealny na zapas benzyny. Obozowisko z Mateuszem i Magdą, która ma problemy z przewodem pokarmowym, zostawiamy pod miastem. My i Darek załatwiamy rejestrację w OWIRze, przez biuro turystyczne (bo inaczej się nie da), kupujemy leki w aptece, korzystamy z kafejki internetowej, siedzimy z Bjornem i Lenem w barze i wymieniamy się zdjęciami. W kafejce spotykamy Polaka, który siedzi w Duszanbe już dwa tygodnie u kolegi Tadżyka, który rok studiował we Wrocławiu. Tadżyk nie może się nadziwić, że przyjechaliśmy tu na kołach. Zaprasza nas na tradycyjny tadżycki obiad. Późnym wieczorem wracamy do obozu. Następny dzień również spędzamy w Duszanbe. Na obiad jedziemy w niepełnym składzie - tym razem Maciek bardzo słabnie. Mateusz, Magda i Darek jadą na tadżycki "plow", a my zostajemy w obozie i odpoczywamy. Gdy Maciek nabiera troszkę sił, dołączamy do reszty ekipy. Odbieramy paszporty z rejestracją z biura turystycznego i ostatecznie żegnamy się z naszymi nowymi przyjaciółmi.

Z Duszanbe kierujemy się na Khorog. I znów piękne, dzikie góry i rwąca rzeka w dole. Każdy z nas ma większe lub mniejsze problemy żołądkowe, apetyty nam nie dopisują. Jedzenie w sklepach jest bardzo skromne. Nie możemy już patrzeć na szprotki w konserwie i tuszonkę z krowy, przypominającą karmę dla psów. W kafe wciąż szorpa, manty i mięso baranie. Mimo to staramy się wybierać cokolwiek do jedzenia. Mijamy Khorog. Co kilkadziesiąt kilometrów są punkty kontrolne - jesteśmy spisywani przez miłych panów w moro, a wszystko przez to, że rzeka, wzdłuż której jedziemy, to granica z Afganistanem. Na terenach przygranicznych rejestracja jest konieczna. Lekko podekscytowani całą sytuacją i miejscem, obserwujemy życie po jej drugiej stronie. Inaczej ubrani ludzie, kręcący się po urokliwych wioskach, praca przy żniwach z wykorzystaniem własnych rąk i grzbietów osiołków. Tadżycy mówią, że Afgańczycy to bardzo spokojni ludzie, którzy nigdy nie chcieli walczyć, ani za czasów sowietów ani teraz.

jezioro Song-Kul i Africa Kirgistan
droga z gorami w tle Pamir
a gdzie droga Pamir
droga biegla na wysokosci prawie 4000m n p m Pamir
adzykistan Pamir
Darek Justyna I Magda z Kazachami
granica Tadzycko-Kirgiska
Grobowce Timura Samarkanda Uzbekistan
IMG 6904
Jak-czesty widok w Pamirze
jedna noga w Chinach
Darek dostawca arbuzow Samarkanda
jezioro Song-Kul Kirgistan
jurty Kirgistan
Kafe 20km od Duszanbe Tadzykistan
Kirgistan dojazd do jeziora Song-Kul
Kazachstan Czaryn Kanion2
Kazachstan  Czaryn Kanion
muzulmanski cmentarz Kirgistan
Kirgistan jezioro Song-Kul
Kirgistan kolacja-wypas!
Kirgistan nocleg nad jeziorem
Kirgistan Pamir w tle
koreanscy harleyowcy w Kazachstanie
wzdluz granicy z Chinami Tadzykistan
w poszukiwaniu benzyny
trasa Seul-Hamburg Kazachstan
rozmowa z Tadzykiem w przydroznym kafe Tadzykistan
w drodze na przelecz Anzob tadzykistan Tadzykistan przy drodze wysychajace slone jezioro
w Kirgijskiej jurcie Tadzykistan postoj wysychajac eslone jezioro Kazachstan

Wjeżdżamy na wysokość 4200 m n.p.m. Odpoczywamy chwilę w klimatycznej chatce, na totalnym wygwizdowie. Obsługiwani przez skośnookich Kirgizów, których dużo w Tadżykistanie, pijemy ciepłą herbatę i jemy zupki jeszcze z Rosji. Bolą nas głowy i czujemy się nieswojo. Na tej wysokości brakuje tlenu i człowiek czuje się, jak na gigantycznym kacu.

Dojeżdżamy do Murgab. I znów rejestracja w punkcie milicji. Drobne zakupy na miejskim targu, gdzie można kupić wszystko - od artykułów spożywczych, przez leki, kończąc na benzynie. Żyją tu praktycznie tylko Kirgizi, noszący charakterystyczne, wysokie białe czapki z ciemnymi haftami.

NAS Analytics TAG

Jedziemy dalej kierując się na Kirgistan, a dokładniej na jezioro Karakul. Przed nami najwyższa przełęcz Pamiru AkBajtal 4655 m n.p.m. Pogoda pogarsza się. Zaczyna padać deszcz, a zaraz za nim śnieg!! Jedziemy w śnieżycy z minimalną prędkością, widoczność na parę metrów, co chwila trzeba przecierać szyby kasków, ściągając solidną warstewkę śniegu. Gdy zjeżdżamy trochę niżej, śnieżyca przechodzi. Zatrzymujemy się przy jurtach otoczonych stadami koni i jaków. Korzystamy z zaproszenia do jednej z jurt na ciepłą herbatę i kefir z jakowego mleka. Niesamowite przeżycie. Widzimy prawdziwe życie Kirgizów w tych trudnych warunkach klimatycznych. Jurta jest ciepła i bardzo przytulna. W środku jest piec, a wokoło siedziska. Starsza kobieta własnoręcznie plecie dywan. Sympatycznie rozmawiamy z liczną rodziną. Przychodzi miejscowy weterynarz. Jest bardzo gadatliwy, oglądamy razem "gospodarstwo" i zwierzynę, robimy zdjęcia z jakiem.

Góry Pamir - rewelacja. Wyjątkowe i oryginalne. Droga prosta, biegnąca na płaskowyżu pomiędzy czerwono-piaskowymi pagórkami i skalistymi, ośnieżonymi szczytami gór sięgającymi 7000 m n.p.m.

Jesteśmy na wysokości 4000 m n.p.m. i dojeżdżamy do granicy tażdżycko-kirgiskiej. Sympatyczni pogranicznicy po stronie Tadżykistanu spisują tylko nasze dane do trzech różnych zeszytów i życzą szczęśliwej podróży. Do Kirgistanu jeszcze 17 km. I znów standardowe formalności, na szczęście bez opłat i jesteśmy w krainie jurt, koni i wielkich przestrzeni. Spotykamy wesołą rodzinę Polaków: tata, mama, dwie córki i babcia w starym Gazie - "ogórku" robią tą samą trasę, co my, tylko w drugą stronę.

Wyjeżdżamy z Pamiru, ośnieżone szczyty znikają w lusterkach. Przemierzamy parę kilometrów równiny i znów wjeżdżamy w górzysty teren. Droga jest fatalna, niby asfalt, ale usiany męczącymi dziurami z fragmentami kamienistego szutru. Dojeżdżamy do Sary-Tasz. Tankujemy 7l benzyny z beczki, płacimy dolarami po kiepskim kursie. W miasteczku, 80 km przed Osz, udaje się w końcu wymienić trochę dolarów w sklepie mięsnym. Bardzo głodni, jemy pyszną jajecznicę w kafe, gdzie spotykamy dwóch Polaków - rowerzystów. Siebie i rowery przetransportowali samolotem i jeżdżą po Kirgistanie. Wspólnie rozbijamy obóz i palimy ognisko.

Mijamy Osz i kierujemy się na Biszkek. Asfalt idealny, droga kręta i malowniczo położona - w dole podłużne błękitne jezioro, w górze barwne góry. Naprawdę pięknie, choć widoczna cywilizacja psuje klimat. Śpimy niedaleko miejscowości Toktogul nad urokliwym jeziorem otoczonym różnokształtnymi pagórkami.

Następnego dnia dojeżdżamy do rozjazdu na Biszkek i Issyk-Kul. Jedziemy na to drugie. Bardzo przyjemna trasa - dobra szutrówka wzdłuż rwącej górskiej rzeki. Często mijamy cmentarze muzułmańskie - duże grobowce z półksiężycami. Wkrótce zjeżdżamy z trasy w jeszcze podrzędniejszą polną drogę, do jeziora Song-Kul. Prowadzi nas GPS, na azymut. Wydawało się 5 km w bok i tyle, okazuje się jednak, że do pokonania mamy parę przełęczy... Jedziemy i jedziemy, przecinamy rzeki, pniemy się coraz wyżej. Droga raz się zwęża, raz ginie w pastwiskach i znów się pojawia. Strome podjazdy i rozrzedzone powietrze na tej wysokości dają się we znaki naszym dzielnym rumakom. Na jedynce, na pełnym gazie brakuje mocy. "Babcia" Darka kilka razy się krztusi i wywraca. Trzeba przyznać - jest ciężko, ale widoki zapierają dech w piersiach. Słońce coraz niżej. W końcu, zdobywając ostatnią przełęcz, naszym oczom ukazuje się jezioro i zielona dolina z kilkoma jurtami, stadami koni, krów i owiec. Zjeżdżamy do samej wody. Kompletnie dzikie jezioro ma niepowtarzalny klimat. Siedzimy dłuższą chwile, wpatrzeni w ten piękny obrazek.

Wracamy tą samą drogą. Niestety noc dopada nas, wcześniej niż się spodziewamy. Bez kolacji rozbijamy namioty. Prosimy babuszkę z pobliskiej jurty o coś do jedzenia. Babcia nie mówi w ogóle po rosyjsku, ale mimo to rozumie, o co nam chodzi, bo w chwilę potem przynosi gorącą herbatę i własne wyroby: masło, mleko, kefir, lepioszki (bułki) i kajmak. Kajmak to ani masło, ani śmietana, ani ser, a wszystko po trochu - ma specyficzny smak. Mamy niezłą ucztę!

Wracamy na główną trasę. Dojeżdżamy do strefy jeziora Issyk-Kul. Stoimy przed szlabanem i kombinujemy jak ominąć obowiązkową opłatę wjazdową 500 Somów za motocykl. Wkurza nas to okrutnie, bo Kirgizi płacą po 50 Somów, a nasze 500 jest przeznaczone na ostatni bak paliwa w Kirgistanie! Mateusz niewiele myśląc "odwraca się na pięcie" i omija szlaban polną drogą. My i Darek, intensywnie kłócąc się z młodym cwaniaczkowatym cieciem, płacimy po 500 Somów i przejeżdżamy legalnie szlaban. Grożą nam wezwaniem milicji za Mateusza i dziesięciokrotnie większym mandatem. Trudno, co będzie, to będzie.

Dojeżdżamy do największego jeziora Kirgistanu i jedziemy wzdłuż jego północnego brzegu. Faktycznie ogromne - woda po horyzont, jak morze. Ale niestety jesteśmy rozczarowani. Mimo otaczających gór miejsce to "śmierdzi" komercją. Mnóstwo wczasowiczów opalających się na piaszczystych plażach, przybrzeżne miasteczka to kurorty i bary. Dużo Rosjan i Kazachów przyjeżdża tu wypocząć. Robimy sobie przerwę - kąpiemy się w zimnej i słonawej wodzie Issyk.

Objechawszy jezioro "od góry", odbijamy na Almate i zbliżamy się do granicy z Kazachstanem. Zachodzi słońce i formalności graniczne załatwiamy już po ciemku. Po stronie kazachskiej idzie wyjątkowo sprawnie i szybko. O dziwo, nie dostajemy dokumentu "wriemiennyj wwoz". Dopytujemy się o niego, jednak celnik mówi "nie nada". Jedziemy więc dalej i wkrótce znajdujemy miejsce na nocleg.

Zwiedzamy drugi, co do wielkości kanion na świecie (po amerykańskim) - Czarny Kanion. Fotografujemy ze wszystkich stron wysokie ściany kanionu i siedzimy chwile nad jego sprawczynią - rzeczką. Jedziemy na Almata. Na trasie spotykamy parę Polaków na Africe, jadących z Singapuru do Polski najdłuższą drogą, jaka może być - przez całą Azję, Afrykę i Europę! Siedzimy w kafe, długo rozmawiamy i rozstać się nie możemy. W końcu życzymy sobie "szerokiej drogi" i odjeżdżamy dalej do Almat.

W Almatach tankujemy i wymieniamy pieniądze w kantorze. Podchodzi do nas chłopak i mówi, że jest motocyklistą i zaprasza nas na nocleg do ich klubu motocyklowego. Jest już późno, więc decydujemy się zostać i zobaczyć z bliska życie kazachskich motocyklistów. Kwaterują nas w garażu, w którym remontują sprowadzane motocykle z Niemiec, Japonii, USA i Emiratów Arabskich. Jemy co nie co i jedziemy "wieloosobowym" samochodem, sporą grupą zwiedzać Almatę nocą, a docelowo do baru motocyklowego "Żest". Miasto wygląda... jak miasto - nowoczesne, zakorkowane, pełno ludzi, światełek, centr handlowych itp. Klub "Żest" - rewelacja: świetna muzyka - kapela na scenie, klimatyczna sceneria, striptizerki na barze, jedyny minus - piwo po 10 zł. Świetnie się bawimy prawie do rana.

Rano dalej w trasę. Tniemy, ile się da na Astanę. Dojeżdżamy nad jezioro Balchasz i szukamy noclegu. Chcąc dojechać do samej wody, wjeżdżamy w jakieś dziwne miejsce. Pełno tu ruin jakiś fabryk, czy innych wielkich budynków, które zapewne lata swej świetności przeżywały w czasie sowieckiego sojuza. Teraz to wszystko niszczeje i rozkłada się na naszych oczach. Okazuje się, że jesteśmy przy rosyjskiej bazie wojskowej, a pobliskie miasteczko jest zamknięte. Wojskowi mówią, że nad jezioro możemy dojechać i rozbić namioty. Jesteśmy nieco przerażeni tym miejscem, ale jest już za późno na odwrót. Śpimy na wysokiej skarpie, nad samym jeziorem. Widok jest piękny - ogromny księżyc odbijający się w falującej wodzie ogromnego jeziora. Balchasz to pół słone i słodkie jezioro. Na środku podobno jest wodospad, który oddziela i nie pozwala na zmieszanie się wód. W Biblii jest napisane, że jest na ziemi właśnie takie jezioro w połowie słodkie, a w połowie słone, a naukowcy podejrzewają, że chodzi właśnie o Balchasz.

Dojeżdżamy do Astany oblanej wielkim czerwonym słońcem. Miasto widać już z 30 km, jak wyrasta z pustego stepu. Staramy się za bardzo w nie wjeżdżać i dalej kierujemy się na Pietropawłowsk i Czelabińsk.

Jesteśmy na granicy. Kazachscy celnicy doczepiają się, że nie mamy "wriemiennego wwozu", tego samego, o który wypytywaliśmy przy wjeździe. Murem stoimy, że nam go nie wydano i to nie jest nasza wina. Grożą sądem, ale jesteśmy nieugięci. Biorą nas więc na rewizję. Przeszukują bardzo dokładnie każdy nasz bagaż z podejrzeniem przemycania narkotyków. W końcu "wszyscy motocykliści to narkomani", a my wracamy z Kirgistanu, kraju gdzie marihuana rośnie za każdym zakrętem. Bardzo nas denerwuje ich podejście do nas, ale cóż, kontrola to kontrola. Wyprowadzają nas w końcu z równowagi, gdy każą Maćkowi pokazać żyły, a Darkowi rozkręcać motocykl. W końcu nas puszczają. Strona rosyjska przyjęła nas już spokojniej, milej i przyjemniej. Rozbijamy się tuż za granicą w krzakach.

Jedziemy na zachód, do domu typowym tranzytem. Robimy po 600 - 700 km dziennie i każdy z nich wygląda podobnie. Wstajemy, zwijamy obóz, jemy śniadanie i wyjeżdżamy w trasę. Po 200 km stajemy na tankowanie i kawę. W środku dnia jemy obiad w przydrożnym, niedrogim kafe. Za kolejne 200 km znów pijemy kawę, tankujemy i robimy zakupy spożywcze. Gdy zachodzi słońce, szukamy miejsca na nocleg. Rozbijamy namioty, jemy kolację, myjemy się w rzece i pierzemy. Wstajemy rano... itd.

Dojeżdżamy do Toliati. Umawialiśmy się z Olą i Saszą, że znów ich odwiedzimy. Zabierają nas na biwakowanie na wyspę na Wołdze. Wyjeżdżamy z miasta, zostawiamy motocykle na kei, zabieramy wartościowe i potrzebne rzeczy i płyniemy motorówką śmiesznego kapitana Bogdana na miejsce Saszowego obozowiska. Dużo Rosjan z pobliskich dużych miast, żyje w lato w ten sposób. Tu jest bardzo przyjemnie - czysta woda, góry, przyroda, spokój, kuchenka na ognisku, a w mieście duchota, mnóstwo komarów, szaro i brudno... Postanawiamy posiedzieć tu jeden dzień, nie robiąc absolutnie nic. Tylko relaks i odpoczynek. Pływamy w rzece, co chwila coś gotujemy i jemy, pijemy co nieco z sympatycznymi Rosjanami. Dzień upływa pod hasłem " wielki spokój", ale pod jego koniec zaczyna nam brakować motocykli. W końcu pierwszy dzień bez jazdy!! Wieczorem oczywiście biesiada.

Następnego dnia kapitan Bogdan odwozi nas z powrotem do naszych stęsknionych rumaków. Pakujemy się i żegnamy z naszymi Rosjanami. Gnamy dalej na zachód. Słońce nam sprzyja - dzień coraz dłuższy. Przy samej granicy łapie nas deszcz. Pierwszy poważny deszcz od początku podróży. Ubieramy kombinezony przeciwdeszczowe Louis, które dostaliśmy od firmy M&M motocykle oraz rękawice i buty przeciwdeszczowe Held od firmy Powerbike. Jedziemy niewzruszeni deszczem pod samą granicę.

Procedury graniczne idą sprawnie i szybko. Celnicy ukraińscy próbują wyłudzić kasę, ale się nie dajemy. Już wiemy, żeby nie wpisywać "tranzyt" przez Ukrainę, tylko "turizm". Zbliżamy się coraz bardziej do kochanej Polski. Jedziemy na Kijów. Strasznie nas denerwują ciągłe objazdy i remonty dróg. Pełno patroli milicji czyhających na nasze Grywny. Kijów omijamy sprytnym objazdem od północnej strony. Dalej na Sarny i Kowel. Robimy ostatnie zakupy spożywcze i ostatnia granica!

Mijamy długą kolejkę samochodów i ekspresowo wyjeżdżamy z Ukrainy. Po naszej stronie trochę czekamy na odprawę celną. Jesteśmy w Polsce!!!

Przy samym Chełmie, 150 km od domu, siada ładowanie w BMW. Okazuje się, że zerwał się pasek wieloklinowy. Dobrze, że tutaj, a nie gdzieś w dzikim Pamirze. Jedziemy dalej, Mateusz bez świateł, na tyle, na ile pozwoli nam jego akumulator. W Lublinie zajeżdżamy na prawdziwy "polski kebab", o którym marzyliśmy pół wyprawy. Spotykamy się z Africanerami - Michałem z Lubartowa i moim bratem Kubą. Żegnamy się z Darkiem, który odjeżdża do siebie - do Bielska Podlaskiego. My ruszamy w stronę Kozienic. W Puławach pada akumulator w BMW i dalej, ostatnie parę kilometrów BMW jest holowane przez Kubę.

I tak 27 sierpnia, po 40 dniach w trasie, przejechawszy 16 000 km szczęśliwie dotarliśmy do domu. Całą drogę przebyliśmy na jednym komplecie opon firmy Heidenau, model K60, które okazały się bardzo dobrym wyborem. Podróż należy do jak najbardziej udanych, pełnych wrażeń i przygód. Co zobaczyliśmy, to nasze. Powrót do szarej codzienności nie był łatwy. Już po dwóch dniach tęskniliśmy za motocyklem i bolącymi pośladkami.

Już siedzimy nad mapą i planujemy trasę na przyszły rok...

Zapraszamy do zapoznania się z relacją wideo z całej wyprawy.

Dziękujemy bardzo:

Firmie Powerbike za mega-zniżki na oleje i smary BelRay, ochraniacze przeciwdeszczowe Held;
Firmie Motorad za opony i dętki Heidenau w atrakcyjnej cenie, dzięki którym nie złapaliśmy żadnej gumy!!
Firmie M&M motocykle za kombinezony przeciwdeszczowe i worki Louis.
Dziękujemy również portalowi scigacz.pl, czasopismu Motovoyager i Scenie 26-900 za patronat nad wyprawą.

muzeum maszyn wojskowych Rosja Toliati
Pamir
nad Wolga
nocleg na Kazachskim stepie
nocleg na Uralu Rosja
nocleg w Rosji
odpoczynek przy arbuzie Kazachstan
osniezone szczyty Pamiru
rogi czesty widok w tadzykistanie
Pamir dluga droga
przelecz Ak-Bajtal 4655 m n p m Tadzykistan
Pamir Tadzykistan Magda Kirgizka Justyna
Pamir gesiego
Kazachstan Czaryn Kanion
Registan Samarkanda Uzbekistan
stacja benzynowa Kazachstan
Tadzykistan
Tadzykistan G Zarawszan
Tadzykistan oszalamiajacy widok
Tadzykistan Pamir droga
Tadzykistan Pamir inna perspektywa
Tadzykistan Pamir postoj
wzdluz granicy Chin
Wolga
Uzbekistan Samarkanda
darek z wiecznie zywym Laninemw Murgab Tadzykistan
bazar w Samarkandzie
Darek na osiolku Tadzykistan
sniadanie w Pamirze Tadzykistan spawanie stelaza Kazachstan Uzbek
NAS Analytics TAG

Komentarze
Poka¿ wszystkie komentarze
Dodaj komentarz

Publikowane komentarze s± prywatnymi opiniami u¿ytkowników portalu. ¦cigacz.pl nie ponosi odpowiedzialno¶ci za tre¶æ opinii. Je¿eli którykolwiek z komentarzy ³amie regulamin , zawiadom nas o tym przy pomocy formularza kontaktu zwrotnego . Niezgodny z regulaminem komentarz zostanie usuniêty. Uwagi przesy³ane przez ten formularz s± moderowane. Komentarze po dodaniu s± widoczne w serwisie i na forum w temacie odpowiadaj±cym tematowi komentowanego artyku³u. W przypadku jakiegokolwiek naruszenia Regulaminu portalu ¦cigacz.pl lub Regulaminu Forum ¦cigacz.pl komentarz zostanie usuniêty.

NAS Analytics TAG
Tagi

Polecamy

NAS Analytics TAG
.

Aktualno¶ci

NAS Analytics TAG
reklama
NAS Analytics TAG

sklep ¦cigacz

    na górê