Nie naładujesz motocykla, bo ktoś ukradł kabel zasilający. Tego propagatorzy nowej technologii nie przewidzieli
Elektromobilność miała kojarzyć się głównie z ciszą, ekologią i futurystycznymi wizjami miast bez spalin. Dziś do tej listy trzeba dopisać znacznie mniej przyjemny element, który coraz mocniej uderza w zieloną technologię.
Chodzi o kradzieże kabli do ładowania pojazdów elektrycznych, zjawisko, które z drobnych aktów wandalizmu przeradza się w intratny biznes dla zorganizowanych grup przestępczych.
Sedno problemu tkwi w miedzi. Przewody wykorzystywane do szybkiego ładowania prądem stałym są grube, ciężkie i wypełnione wiązkami cennych żył. Jeden kabel potrafi mieć kilka centymetrów średnicy, a jego wartość na czarnym rynku potrafi przekroczyć 10 tys. zł. Dla złodziei to łup łatwy, szybki i stosunkowo bezpieczny, bo stacje często stoją na uboczu, przy centrach handlowych lub parkingach, gdzie nocą nie ma ruchu. Wystarczy kilka sekund z sekatorem, by infrastruktura za setki tysięcy złotych została bezużyteczna.
Pierwsze alarmujące sygnały przyszły zza oceanu. Od kilku lat amerykańskie media opisują przypadki masowego niszczenia publicznych ładowarek, ale szybko okazało się, że złodzieje nie mają oporów także przed atakami na prywatne instalacje. Przecinane były kable w garażach i na podjazdach domów, często wtedy, gdy pojazd był podłączony do prądu. Skala zjawiska rosła razem z liczbą elektryków na drogach i dziś trudno wskazać kraj, który nie miałby z tym problemu.
Europa również oberwała. W 2025 roku niemiecki operator EnBW naliczył ponad 900 kradzieży na przeszło 130 szybkich stacjach ładowania. W Stanach Zjednoczonych sytuacja wygląda podobnie, a dane analityków tylko potwierdzają, że problem jest systemowy. Badanie JD Power pokazało, że około 1 na 5 prób ładowania w przestrzeni publicznej kończy się fiaskiem, a jedną z głównych przyczyn są uszkodzone lub całkowicie znikające kable. Co gorsza, wiele stacji jest okradanych wielokrotnie, często krótko po naprawie, jakby złodzieje dokładnie wiedzieli, kiedy infrastruktura wraca do użytku.
Polska nie jest już wyjątkiem. Wraz z rosnącą liczbą elektryków rośnie też zainteresowanie nimi ze strony przestępców. Operatorzy stacji widzą ten trend i próbują reagować, zanim problem wymknie się spod kontroli. Na Zachodzie testowane są rozwiązania, które jeszcze niedawno brzmiały jak fantastyka. Tesla stosuje w kablach specjalne barwniki, które po przecięciu trwale brudzą ubrania i skórę sprawcy. Electrify America i ChargePoint inwestują w grubsze osłony, rozbudowany monitoring i współpracę z punktami recyklingu, by śledzić pochodzenie miedzi. W Wielkiej Brytanii InstaVolt poszło jeszcze dalej, montując w kablach lokalizatory GPS, które pozwalają śledzić ich drogę nawet po kradzieży.
W Niemczech EnBW stawia na lepsze oświetlenie, monitoring i inteligentne systemy wykrywające przerwy w dostawie prądu, ale jednocześnie jasno mówi, że sama technologia nie wystarczy. Coraz głośniej słychać apel o zmiany w prawie. Operatorzy chcą, by kable do ładowania były traktowane jak element infrastruktury energetycznej, a nie zwykły przewód. Taka kwalifikacja oznaczałaby znacznie surowsze kary dla złodziei i realną szansę na odstraszenie kolejnych chętnych na szybki zysk. Jak informują branżowe media, niektóre niemieckie sądy już przyjmują taką interpretację, co może stać się wzorem dla innych krajów.
Liczba stacji zasilania rośnie, więc i problem będzie narastał do czasu, aż ryzyko dla złodziei będzie zbyt duże. Można je zmaksymalizować między innymi poprzez kary, ale trzeba pomyśleć o tym już teraz.


Komentarze
Pokaż wszystkie komentarze