tr?id=505297656647165&ev=PageView&noscript=1 Motocyklem do Niemiec - 2600 km w dwa dni! -all
NAS Analytics TAG
NAS Analytics TAG
NAS Analytics TAG
NAS Analytics TAG
NAS Analytics TAG

Lecimy 190 i czuję się super. Podziwiam widoki, czerpię przyjemność z pędzenia Michaśką i zbierania kolejnych szybkich łuków. Jest przepięknie!

Poniższa relacja powstała na prośbę paru osób. Podobno moje przeżycia mogą się do czegoś przydać stąd też naleganie na umieszczenie tego w necie. Ilość tekstu wstępnie przeraża, ale podobno wchodzi jak burza!


Reklama


NAS Analytics TAG

Czwartek 14/08

Stało się. Jedziemy! Dzień pakowania, czyli jakie niezbędniki zmieściłam w rollbaga: kombi przeciwdeszczowe, przeciwdeszczówki na buty, 2 dodatkowe pary rękawic (zimowe na noc i letnie na słoneczny dzień, trzecie uniwersalne miałam na sobie - podczas deszczu szybko przemakają, więc warto mieć zapas), druga kominiarka i zapasowa bandamka, pas nerkowy, T-shirt z długim rękawem i top oraz 2 pary skarpet, klucze do moto, klej 2-składnikowy do metalu, klej do śrubek, tyrtytki czy jak kto woli plastikowe paski mocujące, obejmy metalowe, szara mocna taśma klejąca, szeroka taśma izolacyjna, ochraniacze na kolana (a właściwie nałokietniki na rolki), kluczyk zapasowy do motocykla i spis telefonów do moich rodziców, przyjaciół i ludzi z pracy na wydrukowanych kartkach dla towarzyszy wyprawy - Smoka z Kasią i Daniela. No i oprócz tego 1 komplet „cywilnych" ciuchów.

Obaj panowie zabrali nawigacje. Smoku wziął spray do łańcucha i wężyk w razie potrzeby wyssania paliwa do innego baku czyt. najprędzej do maleńkiego Michalinowego (Kawasaki ER-6f). Daniel za zadanie dostał przewóz niebezpiecznego transportu, czyli butelkę po napoju 0,5l wypełnioną paliwem na „jakby co". Ustaliliśmy postoje na szybkie tankowania co 200km.

Zdecydowałam się lecieć w skórach, sprawdzając ostatni raz pogodę. Pod spód golf termoaktywny i krótkie leginsy, bo jednak przez te materiałowe wstawki w kombiaku czuć wiatr. Ciuchy przygotowane, rollbag przypięty, można iść spać.

Piątek 15/08

Godz. 3:30 pobudka, 4:20 wyjazd z domu na miejsce zbiórki pod domem Smoka i Kasi.

Zaskakujące... zaspali ;) Wreszcie Smoku wyciąga XX i Kasia szuka sobie miejsca na kanapie. Za chwilę dojeżdża Daniel na 954. I tak nasza 4 na 3 motocyklach wyrusza ok.5:30 w drogę. Smoku i Kasia na XX prowadzą, ja jadę w środku na najsłabszym z naszych 3 moto, ten mały szyk zamyka Daniel na 954.

Przebijamy się przez Warszawę i lecimy w stronę autostrady na Poznań. Jedzie się w miarę dobrze. Tirów jeszcze niewiele, ruch osobówek też słaby. Pogoda grozi zachmurzonym niebem i czarnymi chmurami..., ale nie pada. Prędkości 150-170km/h. Obserwujemy niebo i liczymy na to ze pogoda się utrzyma aż do Kolonii.

Tankowanie i wlot na autostradę poznańska. Smoku płaci na wszystkich bramkach za całą wycieczkę, żeby było szybciej. Prędkości rosną do 190km/h. Zjazd z autostrady. Na razie idzie gładko. Czuje się dobrze, mimo już paru godzin na moto. Pogoda zaczyna się pogarszać, ale jeszcze nie pada. Dojeżdżamy do granicy. Przeszło 500 km za mną, nadał czuje się OK. Nic nie boli, nie ma zmęczenia. To pewnie zasługa wcześniejszego wjeżdżenia w moto i pogody. Słońce nie raziło bo ukryły je chmury, temp. mimo chodu była OK - powiedziałabym w sam raz na moto :)

Przekroczenie granicy i pogorszenie pogody... zaczyna padać. Mimo tego jedzie się OK. Trzymamy 130km/h. Zjazd na najbliższą stację i wciągnięcie przeciwdeszczówek. Pod zamoczone rękawice wciągam foliowe rękawiczki wzięte ze stacji. Będzie cieplej. I znowu lecimy autostradą na Berlin. Deszcz nie ustaje, samochody naganiają wodę spod kół. Ta dostaje się w moje buty przez wloty powietrza mimo założonych ochraniaczy. Czuje małe potoczki w środku, ale nie jest źle. Prędkość wzrosła. Deszcz wciąż pada. Tniemy 170 km/h. Nie do wiary? To w końcu idealnie gładki niemiecki asfalt. Motocykl trzyma się jak przyklejony. Nic nie buja, nie rzuca, hamulec praktycznie nie jest potrzebny, wszyscy pięknie zjeżdżają z drogi 3 pędzącym maszynom. Tylko szybka w kasku paruje. Kombinuje z wlotami, ale nic to nie daje. Dochodzę do wniosku, że co za różnica i tak od tego deszczu niewiele widzę. Czuję, że kask od spodu już mokry. Kominiarka zimna na szyi. Minęło kolejne deszczowe 200km. Tankowanie.

Mówię zrezygnowana, że chyba już do samej Kolonii nie przestanie padać... Daniel rzuca, że za 60 km ma przestać. Patrzę na niego wątpiąco. Ruszamy dalej. Mija 60km. Pada. Mijają 4km. Słońce! Skąd on wiedział?! Jest pięknie. Ciepło. Słonecznie. Sucho. Berlin dawno za nami. Prędkości wróciły do 190km/h. Nadal czuje się OK., mimo że przejechaliśmy już 800km. Pojawiają się piękne łuki wśród gór... Lecimy 190 i czuję się super. Podziwiam widoki, czerpię przyjemność z pędzenia Michaśką i zbierania kolejnych szybkich łuków. Jest przepięknie! Przejeżdżamy pod niesamowitym mostem. Szkoda ze nie ma jak zrobić zdjęcia. Już widzę jak ludzie skaczą z niego na bungy! Staram się zapamiętać widoki.

Zaczynam się zastanawiać, kiedy dopadnie mnie kryzys. Na razie czuje tylko ból w kolanach i uszkodzonym kiedyś prawym barku. Wykorzystując parę zwężeń na autostradzie, gdzie prędkości spadają do 120-150 km/h zakładam nogi na bak i owiewkę pod kierownicą. Ufff, jaka ulga. Chwilę się rozprostują.

Kolejne tankowanie i prawie 1000 km za nami. Jest już 17-sta. Jeszcze 200 km. Wsiadamy i zapieprzamy, jak to mówi Kasia. Ooo mijamy Wuppertal! To tu jutro w kamieniołomach będziemy podziwiać chłopaków i ich show na Red Bull X Fighters - cel naszej podróży. Lecimy dalej. Kolejne zwężenia. Korek. Jesteśmy blisko Kolonii i naszego hotelu, więc Smoku nie zamierza stać, jak niemieccy motocykliści grzecznie w korku, a my nie wiedzieć czemu posłusznie ruszamy za nim... Przeciskamy się siejąc mały popłoch wśród niemieckich kierowców. A co tam! Jeszcze parędziesiąt kilometrów i jesteśmy na miejscu, hotel, prysznic, kolacja, łóżko, sen...

Dotarliśmy!!! Nawigacja nie zawiodła. Hotel w samym centrum, blisko starówki. Maszyny zaparkowały w podziemiach, my zaczęliśmy się ogarniać. Szybkie prysznice i wio na kolację. Poszukując restauracji myślę o tym, że pokonałam 1200 km w 14h i czuję się zaskakująco dobrze, co wyjaśniając znaczy, że zmęczenie i ból barku owszem jest, ale szykowałam się na jakiś przerażający hardcore. Myślałam, że po 800 km zacznę tracić koncentrację, że po 1000 padnę, a tu proszę... zaskoczenie! Jest OK.! Można pokonać taką trasę! Moje dokonanie z tego dnia upewnia mnie w tym, że jednak jakoś wrócę. Jestem twarda i dam radę! Jednak podróż autostradą, gdzie każdy patrzy w lusterka i już z daleka zmyka kulturalnie na pas obok, nie jest tak męcząca, jak droga 25 km w korku na Puławskiej do pracy...

Idziemy do sklepu na zakupy. Oczywiście niemieckie piwo i chipsy, hehe. Następnie kolacja we włoskiej knajpce, powrót do hotelu, mała pogadanka w pokoju przy piwku i już czuje, że padam. Jest 24, ustalamy godzinę pobudki i znikam w pościeli.

Sobota 16/08

Kurde! Gdzie ten budzik?! Szlag by go trafił! Spać! No ale jest 10... czas wstać. Ogarniamy się powoli i wychodzimy. Przechadzka na rynek i zwiedzanie jednej z najstarszych katedr w Europie wraz z wieżą na panoramę Kolonii. 509 stopni w górę, 509 stopni w dół. Kasia walczyła ze zmęczeniem, ja z lekiem wysokości. Złośliwy Daniel skutecznie pobudzał moją wyobraźnię w kierunku katastroficznym... No, ale obie dałyśmy rade! Obiadek w restauracji Cosa Ostra (jak przystało na EWO) i powrót do hotelu.

O 18 jesteśmy gotowi na parkingu i ruszamy na Wuppertal! FMX jest nasz! Aha. Nastąpiła zamiana ubioru. Spodnie od kombiaka zastąpiły jeansy, co by się wygonie siedziało na trybunach. Zadbałam o siebie i założyłam pas nerkowy, kolana ochraniały przed wiatrem wspomniane już nałokietniki Bauera. Motocykle bez bagaży pozwalają bardziej zaszaleć.

Lecę sobie za Kubą i z ciekawości rzucam okiem na zegary - 200. Eeee luz, Michaśkę odcina przy 220 czyli jeszcze jej nie zarzynam ;) Tylko jak ja kurde nie lubię latać w jeansach... Navi nas dzielnie prowadzi tymi wszystkimi zjazdami i wjazdami, aż dostrzegamy sznur samochodów w Wuppertalu. Motocykliści grzecznie w korku. OK., my za nimi. Nagle podjeżdża jakaś niemiecka odważna trójka i tnie po podwójnej ciągłej. Długo nie trzeba było czekać na naszą reakcję. I tak dojechaliśmy pod miejsce pielgrzymki.

Zaparkowaliśmy maszyny i ruszyliśmy za rzeszami ludu idącego, jak na Morskie Oko. Niesiemy kaski, kurtki w rękach. Od tyłu podjeżdża na moto policjant zdziwiony, że idziemy na pieszo. Informuje nas, że motocykliści mają ten przywilej, że nie muszą iść tych 3 km :) Jest pod kamieniołomami specjalny parking na moto. 3 km? Wracamy po motocykle! Faktycznie. Wow. Red Bull umieścił chodniki z plastikowych płyt, na których stawiało się moto. Pięknie wyglądało tyle maszyn stojących w rządkach na polu na zboczu kamieniołomu.

Po małych problemach z biletami idziemy zająć miejsca. Idziemy...i idziemy... Jejku, ależ ten kamieniołom ogromny! Alejki prowadzą nas wokół całego wykopaliska. Przystanek po drodze na zakup Red Bulla, bo jakżeby inaczej. Wreszcie zajęliśmy miejsca i zaczęło się... Kto nie był niech żałuje! Tyle powiem! W drodze powrotnej kolacjo-śniadanie. Jest 1 w nocy. Do hotelu dotarliśmy po 2. Olać kąpiel. Szybki skok do łóżka, bo teraz każda minuta snu jest cenna.

Godz 5 10 wyjazd Ja roeika Smoku przy swoim XX i moja Kawa ER-6f alias Michalina
Godz 5 10 wyjazd Ja roeika Smoku przy swoim XX i 954 Daniela
Fota 1 Powrot z Koln 17 08 08 godz 12 00
14 08 08 zaladowana Michalina1
14 08 08 zaladowana Michalina2
Fota 2 Powrot z Koln 17 08 08 godz 12 00
Ja Kasia i Smoku na wiezy w Koln
Ja na wiezy w Koln
Kasia Smoku i ja roeika na wiezy katedry w Koln
Obiad w Cosa Nostra Kasia i Daniel
Obiad w Cosa Nostra Smoku i ja roeika
wreszcie przestalo padac - Kasia

Niedziela 17.08

Znowu ten pieprzony budzik! Jest 6. Spałam niecałe 4 h, a 1200km przed nami... Pakujemy bagi, wyczekowanie, parking i przypinanie bagaży. Danielowi padła navi, ale Smokowa działa. Trochę zaczęła wariować, ale została doprowadzona do kultury. Przynajmniej tak nam się wydawało... Wyjazd z hotelu o 7.30, tankowanie w Kolonii i znowu autostrada... Niby fajnie, ale ja już widziałam, co to znaczy... Jedynka, dwójka.. szóstka, 200km/h. I tak trzymamy. Szyk ten sam. Smoku z Kasia, ja, Daniel.


Reklama


NAS Analytics TAG

Wracamy inną autostradą. Dla mnie OK. Będziemy mijać co innego to zrobię sobie moje moto-sajt-siing. No. Widoki piękne. Ależ pagórków i łuków! Cudownie jest się w nie ładować lecąc 200 km/h. Ale żeby nie było tak kolorowo zaczęło się zapiepszanie. Lecę 200, a tu „wziuuum", coś z lewej! Objuczony XX Smoka z Kasią na pokładzie gonił te rakiety w takich momentach pod 250... Ja biedna starałam się gonić ile Michaśka miała sił i tak parę razy ciągnęłyśmy te 220. Biedna moja mała, ale była dzielna. Przybierałam aerodynamiczny kształt, czyli przyklejałam się do baku, jak jakaś pijawka i modliłam się, żeby to pałowanie się skończyło, bo ją zagrzeje! Tylko czekałam na kontrolkę... Aha jasneee, co przeleciał jakiś szatan to XX znikał mi z oczu, odkręcałam ile Michaśka mogła, a 954 spokojnie sobie leciało za mną te 220.

Kolejny szybki łuk i kolejny i kolejny z 200 na zegarze. Ładny kraj. Aż dziw, że miałam czas spojrzeć. W pewnym momencie stwierdziłam, że mam już jakiś odruch Pawłowa, bo co zobaczyłam śmignięcie przy XX-ie to prawa ręka sama ciągnęła manetkę o te 20 km zapasu do odcięcia i w głowie wskakiwała myśl „no to zapierdalamy Michalina". Tylko zaczęłam jakoś czuć, że te widoki są za długo piękne... Chyba moje przeczucia się sprawdziły, bo Smoku ściągnął nas w wyjazd z autostrady i zatrzymaliśmy się obok jakiegoś a'la PGRu. Smoku potwierdza. Navi ześwirowała i poprowadziła nas w pole. Próba ustawienia trasy i jedziemy. Po 6km wracamy pod ten śmierdzący PGR. Szlag by to! OK. Ustaliliśmy, że wracamy na autostradę i próbujemy zawrócić. I tak nadłożyliśmy km wiec, co za różnica ile będziemy wracać na właściwą drogę? A tak chociaż będziemy wiedzieć gdzie jesteśmy.

Jedziemy. Minęło trochę km i Smoku zdecydował się na kolejny zjazd. Parking. Trzeba coś zrobić z tą navi. Zaczyna mi być gorąco. Słońce świeci pięknie. Jest 12. Zdjęłam kurtkę i położyłam się na chodniku próbując odpocząć. Zaczęłam się źle czuć. Gorąco. Senno. Duszno.

Smoku informuje, ze navi chyba już wróciła do siebie, ale że będziemy teraz jechać przez wioski. Nadłożymy km. OK., co za różnica. I tak lecimy 200 wiec szybko zejdzie. I tu zonk. Zaczęłam zasypiać na moto, a drogi naprawdę kręte po tych górach. Serpentynki psia mać. W innym przypadku bym się cieszyła... W pewnym momencie chyba zniecierpliwiony moim tempem Daniel podjechał tak, że zobaczyłam go blisko w lewym lusterku. Serce mi podskoczyło, aż się na parę sekund ocuciłam. Byłam w takim stanie, że zamiast szarej 954 widziałam granatową R1. Przez chwile nawet się zastanawiałam skąd ta R1 za mną?! Wiedziałam już, że jest ze mną źle. Mózg się wyłączył. Zaczęłam walczyć z oczami. Otwórz, otwórz! Ziewam. Senno...

Wreszcie dojechaliśmy do autostrady. OK., jak znowu zacznie się to popieprzenie po 200km/h to się obudzę. Lipa. Leciałam 200-210 i zasypiałam. Wreszcie stacja i tankowanie. Wkurzona na swój stan odwaliłam szoł na środku zdejmując golf termoaktywny, prezentując bieliznę i zakładając cieńki T-shirt. Miałam gdzieś publikę. Musiałam się schłodzić. Powiedziałam, że potrzebuje przerwy. Obok była restauracja (sieć AXXE nawet polecam). Usiedliśmy. Poszłam do toalety ściągnąć leginsy spod spodni i... trochę mi się zasłabło. Oparłam się o ścianę i czekałam aż wirowanie przejdzie. Przegrzanie. To mnie dopadło.

Było pod 30st.C. Wracając po schodach na górę do restauracji prawie z nich spadłam... Jakiś człowiek złapał mnie w ostatniej chwili. Musiałam odpocząć. I to nie 15 min, a dłużej. Poszłam po zimne picie i lody. Kasia, Smoku i Daniel zamówili obiad. Stwierdziłam, że to zły pomysł. Posiłek mnie rozgrzeje i będzie znowu gorzej, a poza tym krew odpłynie do trawiącego żołądka wiec mózg będzie niedotleniony. Zjadłam 2 Corny, loda wodnego i wypiłam zimnego Poweraid'a. I tak po godzinie siedzenia zrobiło mi się lepiej. Siły wróciły.

Tymczasem na stację podjechały R1 i R6. Młodzi Polacy, miło się z nami przywitali. Chłopaki z Poznania zapytali czy mogą się dopiąć. Mieliśmy 200 km do Berlina. Po wypytaniu o naszą przelotową trochę wymiękli, ale postanowili się trzymać, ile dadzą rade. Ruszyliśmy, ustawiliśmy stałe 200 km/h jak na autopilocie i po jakiś parunastu km zaczęłam gubić ich obraz w lusterku. Zaczęło się zapieprzanie. Co przelot jakiegoś Porsche, Volvo, Merola czy BMW to XX przyspieszał, Michalina zaliczała maxa na prędkościomierzu, 954 siedziało nam na tyłku.

Minęło 200km, czas na tankowanie za Berlinem. I ku naszemu zdziwieniu, jak się zbieraliśmy podjechały poznańskie R1 i R6. Chłopaki pochwalili nas za piękne zgranie, równe odległości, synchroniczne zmiany pasów, trzymanie równego szyku. Miło. Ruszamy. Smoku chyba specjalnie dla nich zwolnił pod 180. Chłopaki za nami. Granica i jednopasmówka - tak, to już Polska. Tym razem udało im się utrzymać jeszcze przez parę km, zanim poszliśmy ostro między samochodami. Tniemy. Czas biegnie nieubłaganie.

Czuje się dobrze. Zrobiło się chłodniej. Było ok.20-tej, jak dojechaliśmy na stację na początku autostrady poznańskiej. Analizuje swój stan: boli bark, kolana i dołączyła się lewa kostka. Zaczęłam utykać. Przejdzie jak wsiądę. Wmówię sobie, że mnie nie boli. Nie jest jeszcze tak źle. 1000 km za nami. 13h w drodze. Dam rade, bo panuje nad ciałem. Na stacje wjeżdżają R1 i R6. Zaczęłam się śmiać, że jak rzepy się przyczepili. OK. Lecimy Czas nagli. Mały Smoku Junior czeka na karmienie ok. 24. Wlot na autostradę. Trzymamy grzecznie 160. Do pierwszej bramki... Znowu 190 na zegarach. Zrobiło się ciemno i... okropnie zimno!

Za drugą bramką wymusiłyśmy z Kasią postój na ubranie. Wcisnęłam na T-shirt golf termoaktywny, na to jeszcze jeden T-shirt, leginsy pod spodnie, kominiarka i bandamka, założyłam zimowe rękawice. Kasia zastosowała inną metodę i założyła kombi przeciwdeszczowe. Lecimy. Znowu 190 na zegarach a ja zamarzam. Zaczęłam się modlić, żeby to się wreszcie skończyło.

Stresowała mnie dodatkowo myśl, że paliwa w baku coraz mniej a takie zapieprzanie sprzyja spalaniu. Już widziałam jak 30km od stacji Michaśka gaśnie i znika z pola widzenia. Może Daniel się zorientuje, że zniknęłam? Na pewno. Mam nadzieje. Ale jeszcze jedziemy. Tfu! Zapierdalamy po tej lodowatej nocy. Tracę czucie w rękach, wiatr wbija mi się jak szpikulce w barki... Modlę się o koniec. I o herbatę. Zaczynam, co parę chwil zerkać na licznik. Ile jeszcze km do stacji na końcu autostrady... jeszcze 120, jeszcze 100, jeszcze 90, 85,80,70... Trzymamy 190 km/h. Nasza eskadra tnie lewym i tnie. Q**a, kontrolka rezerwy zaczęła razić tym wrednym pomarańczowym światłem! Gdzieś tam daleko jest herbata i paliwo. Boże, jak mi zimno. Ile jeszcze mam tak jechać? Dojadę? Starczy mi oparów wachy? Końca nie widać... Właśnie, gdzie tu jest koniec ten pieprzonej autostrady?! Miałam dość. Bardzo dość.

Jest! Wreszcie wybawienie. Tankowanie 95 i herbaty. Ciepło. Dobrze mi. Noga i bark napieprzają. Utykam jeszcze gorzej, kostka tak boli, że nawet jak siedzę krzywię się z bólu. Kolana prawie się nie prostują. Chucham w ręce. Szyja zziębnięta. Kurde, czemu nie wzięłam tego zimowego ocieplacza na szyję? Głupia jestem. Ruszamy. Czeka nas 120 km do Warszawy między sznurami tirów po zabójczo koleiniastej drodze zimną, ciemną nocą po 15 h drogi. Będzie przewalone, już to czuję. Ale 1300 km już za mną... Boże żebym dojechała cało. Zimno. Strasznie zimno. Oślepiające światła. Tracę czucie. Mam wrażenie, że motocykl jedzie jednym torem, ja innym, jakby nad nim. Boże nie pozwól mi się teraz rozwalić... Przejechałam tyle km! Musze dojechać.

Nie. Nie dam rady. Gdzie tu jest jakiś pieprzony hotel? Nie. Kurde nie zatrzymam się 100 km przed Wawą! Boże, czemu te km tak wolno płyną? To ja już wolę na tą autostradę... Gdzie ten Sochaczew? Ile tych tirów do cholery? Kurde czy musi być tak przeraźliwie zimno? Ile ja jadę? Nie. Nie patrz na licznik i tak drogi nie widzisz. Skup się do cholery! Trzymaj ten motocykl! Zimno. Nie mam siły. Chce się zatrzymać. XX pędzi, więc lecę za nim. Dobra, mam plan. Będę się trzymać bliżej XX to będzie mi jaśniej z przodu i może te tiry nie będą tak razić? Q**a. Znowu tir przed nami. Nie. Bunt. Q**a, nie wyprzedzam. Nie wiem, co się ze mną dzieje, więc nie wyprzedzam. A jednak, wyprzedziłam. Kolejnego, kolejnego i kolejnego. Boże zlituj się... O wreszcie jakieś miasto! Latarnie! Widzę drogę. Sochaczew. Ile do Warszawy? Wciąż daleko. Za daleko... Odpływam. Ciało, gdzieś na motocyklu, ale reszta snuje się gdzieś indziej, nie wiem gdzie.

Smoku Kasia i ja roeika przed hotelem
sniadanie Subway
Wuppertal FMX parking na moto
Wuppertal FMX parking na moto - ja roeika Smoku Kasia
W drodze do Kolonii jeden z przystankow na szybkie tankowanie
Wuppertal trybuny na show Red Bulla Smoku i ja roeika
Wuppertal kamieniolomy w ktorych odbylo sie show FMX
Wuppertal kamieniolomy
staram sie zadbac o lancuchy
Smoku przed hotelem

Jezu, czy ja kiedyś dojadę do tego zasranego miasta? Warszawa! Jest znak! 25 km. Kurde to jest 25 km stąd do granic miasta, czy 25 km do PKiNu? Rozkminka przez parę km. Zajęłam czymś głowę. Zimno. Bardzo zimno. I bezsilnie. To się chyba nie skończy... W końcu jest. Warszawa! O Boże wreszcie! Łapią nas światła, ustalamy rozjechanie. Grójecka. XX prosto, ja tnę w prawo, Daniel za mną. Hynka. Jeszcze trochę. Wytrzymam. Muszę. Odkręcam gaz. Pieprzę mandaty. Chcę do domu. Herbata. Gorąca kąpiel. Łóżko. Rzymowskiego - Daniel znika. Wylatuje na Puławską. Dla ocucenia mały wyścig z gnojami w Volvo. Piaseczno. Jeszcze 4 km i dom...

Brama. Garaż. Dom.

1400km. 18h drogi.

Dobrze, że wzięłam urlop w poniedziałek. Cały dzień spałam z przerwą na obiad i kolację.

W przyszłym roku Madryt. 3000 km w 2 dni, Red Bull i 3000 km w 2 dni. Dam rade co nie? :)

Coś o nas:

roeika czyli Anka Godlewska z EWO Racing Team*. W siodle trzeci sezon na drugim motocyklu. Wcześniej Suzuki Bandit 600S zwany pieszczotliwie Zenonem, aktualnie nabija tysiące km na Kawasaki ER-6f czyli Michalinie. W planach na 2009 szybsze moto i kolejne wyprawy oraz rozwijanie nowej pasji - skoki spadochronowe.

Smoku czyli Kuba Jastrzębski z EWO Racing Team. Jeździ od 10 lat z przerwami. Honda XX alias Krasula to drugi japończyk po Bandicie, wcześniej kultowe CZ'ty, WSK'i, Jawy i Panonie w różnych konfiguracjach. Fanatyk motocyklowy to chyba słowo, które najlepiej oddaje jego zamiłowanie do motocykli i wszystkiego, co z nimi związane.

Daniel 954 czyli Daniel Barczewski z EWO Racing Team. Śmiga na różnych sprzętach od kiedy tylko pamięta. Intensywnie od 6 lat. Najpierw na rożnych crossach DRkach i KTMowych SXach, potem 2 lata na Aprilii RS 125. Następnie dopadł ZXR-750 (3lata), a teraz przez prawie rok na Hondzie CBR 954. Lata sporo, zwykle w sezonie ok.20 tyś. km., ten jednak będzie rekordowy bo stuknie mu 30-tka!

Smoczyca czyli Kasia Romanowska także EWO. Wraz ze Smokiem pokonała wiele km. To jej drugi i ostatni sezon na plecaku. Kolejny będzie już za własnymi sterami! Oby na wymarzonym moto, czyli BMW F 800GS.

*EWO Racing Team - Eskadra Wesołego Orzeszka, czyli grupa przyjaciół - fanów i fanatyków motocykli, która zapoznała się na jednym z portali internetowych i trzyma razem.

Reklama


NAS Analytics TAG

Komentarze 3
Poka¿ wszystkie komentarze
Dodaj komentarz

Publikowane komentarze s± prywatnymi opiniami u¿ytkowników portalu. ¦cigacz.pl nie ponosi odpowiedzialno¶ci za tre¶æ opinii. Je¿eli którykolwiek z komentarzy ³amie regulamin , zawiadom nas o tym przy pomocy formularza kontaktu zwrotnego . Niezgodny z regulaminem komentarz zostanie usuniêty. Uwagi przesy³ane przez ten formularz s± moderowane. Komentarze po dodaniu s± widoczne w serwisie i na forum w temacie odpowiadaj±cym tematowi komentowanego artyku³u. W przypadku jakiegokolwiek naruszenia Regulaminu portalu ¦cigacz.pl lub Regulaminu Forum ¦cigacz.pl komentarz zostanie usuniêty.

NAS Analytics TAG
Tagi

Polecamy

NAS Analytics TAG
.

Aktualno¶ci

NAS Analytics TAG
reklama
NAS Analytics TAG

sklep ¦cigacz

    na górê