|
Czwartek 6 lipca Startujemy dalej w kierunku Lichtensteinu, wciąż małymi, górskimi drogami. Na brak ciekawych widoków nadal nie możemy narzekać. Same winkle korzystnie wpływają na małe zużycie mojej, skromnej na środku, przedniej opony. Po zjechaniu z gór, dojeżdżamy do Lichtensteinu. Granicy oczywiście nie ma, a o zmianie kraju świadczy kreska na mapie oraz inne ceny na stacjach benzynowych. Maja tam swoją kasę, ale można płacić euro, zarówno banknotami jak i bilonem (co nie wszędzie jest takie oczywiste). Stolica państwa to Vaduz i tam właśnie dotarliśmy. Miasto? Hmm, tam nic nie ma - na górce jakiś zamek ale cały w rusztowaniach... Ale kolejne państwo zaliczone. Szybki odwrót na północ w kierunku jeziora Bodeńskiego. Przekraczamy granicę Szwajcarii (również niezauważalnie) i od tego momentu wszystkie ceny we frankach. A ponieważ nie mamy ani trochę tych dziwnych pieniędzy, to na stacjach płacimy w euro. Da się, ale resztę wydają w swojej kasie i przyjmują tylko banknoty. Jezioro Bodeńskie od strony Szwajcarskiej nie było jakoś specjalnie zagospodarowane, a jego otoczenie wyglądało jak u nas nad jakimś mazurskim bajorem. Jedziemy na południowy zachód przez Winterthur do Zurichu, a dokładnie na kemping za Zurichem. Wyjątkowo długo szukaliśmy tego, jak się później okazało, małego kempingu i na dodatek na miejscu okazało się, że mają zagrożenie powodziowe, bo gdzieś tam w górach mocno popadało. Ale właścicielka uspokoiła nas, że blisko jest wojsko i jak coś to pomogą w ewakuacji nocą... Ekstra! Dobrze, że spaliśmy na dmuchanych (czytaj - pływających) materacach. A tak w ogóle, to kemping był otoczony tą rzeką i wyjazd był tylko jedną drogą... Piątek 7 lipca Noc minęła spokojnie, rano obudziliśmy się na suchym lądzie. Po spakowaniu gratów i zapakowaniu wszystkiego na moto, cofnęliśmy się trochę do Zurichu pozwiedzać. Udało się zaparkować koło dworca kolejowego, na którym wymieniliśmy trochę euro na te ich franki. Dziwnie wyglądają te banknoty, zupełnie jak jakieś ulotki reklamowe, ale najważniejsze że działają i można w końcu kupić coś do jedzenia. Postanawiamy przeparkować się gdzieś bliżej centrum. Przy ruszaniu trafia mi się gleba (zapominamy o zdjęciu blokady z tarczy hamulcowej). Moja lewa stopa zostaje przygnieciona pod moto i dodatkowo wykręcona. Przechodzący policjanci pomagają podnieść moto i pytają, czy wszystko ok. Na tą chwilę wydaje się ok., więc tak mówię. Zaczyna się dopiero za chwilę... Kilka minut siedzenia i spokojnego oddychania jednak pomaga. Noga tylko lekko boli i trochę utykam. Parkujemy moto w innym miejscu, ale zwiedzać już nie idę. Kiedy „Jacki" zwiedzają, ja trochę odpoczywam, noga jakby mniej boli. Dalej zamierzamy jechać w stronę jeziora Genewskiego (Lemańskiego), ale tym razem już autostradą. Po pierwsze dlatego, że odcinek od Jeziora Bodeńskiego do Zurichu to już równiny i brak ciekawych widoków, a po drugie moja stopa coraz bardziej odmawia posłuszeństwa, szczególnie przy zmianie biegów. Na stacji benzynowej biedniejemy o dodatkowe 30 euro na roczną winietę na autostrady. Jakoś nie przewidzieli, że ktoś może chcieć jeździć tylko np. miesiąc. Na dodatek jest taka paskudna, czerwona i nie pasuje mi do moto. W ten sposób dojeżdżamy na kemping w miejscowości Vevey nad Jeziorem Genewskim. Ponieważ stopa jakby się powiększyła i już nie daje się na niej stanąć, postanawiamy odwiedzić szpital. Na kempingu zostawiamy moje moto, bagaże Jacków i dziewczyny, a ja na tylnym siedzeniu GSa Jacka jestem wieziony do szpitala. Zastanawiałem się, czy nie dostanę po drodze zawału, bo podobno jazda na tylnym siedzeniu jest bardzo stresująca, zwłaszcza jak na co dzień jest się kierowcą. Okazuje się, że nie jest tak źle i GS karetka parkuje na szpitalnym podjeździe. Europejska Karta Ubezpieczeniowa NFZ-tu załatwia sprawę. Przynoszą mi kule, do lekarza (gwoździem programu jest zdejmowanie buta), skierowanie na radiologię - 4 zdjęcia stopy z każdej strony i po chwili na ekranie komputera doktor ogląda już śliczne zdjęcia kości, stwierdzając że pęknięć/złamań nie ma. W drodze z Zurichu nad jezioro Genewskie zmienił się urzędowy język i tutaj już ciężko jest dogadać się po angielsku lub niemiecku. Nadal jesteśmy w Szwajcarii, ale wokół wszyscy francuskojęzyczni. Pielęgniarka posmarowała czymś stopę, zabandażowała, dała dwie tabletki i przywiozła kwitek abym pokwitował odbiór kul. Po krótkiej naradzie stwierdzamy ze ich nie bierzemy, bo jak z tym na moto. Z butem w ręku z powrotem na Jackowego GSa karetkę i na kemping. Cała wizyta w szpitalu to ponad dwie godziny. Na miejscu czekały już rozbite przez dziewczyny namioty wraz z całą resztą. Okazało się, że kiedy byłem z Jackiem w szpitalu, na kemping zajechało dwóch Polaków na motocyklach i podobno nieźle się zdziwili, jak zobaczyli stojącego Transalpa, i dwie dziewczyny obok. Noga wprawdzie zabandażowana, ale stanąć na niej nie za bardzo można, a do łazienki iść trzeba. To było najdłuższe skakanie na jednej nodze w moim życiu ... Trzeba było brać te kule! Kemping był nad samą wodą i kosztował dość standardowo - 12 euro. Sobota 8 lipca Zamierzaliśmy zostać gdzieś w okolicy dłużej niż jedną noc, a w związku z ostatnią przygodą nadarzyła się okazja. Postanawiamy zostać tu na 2 - 3 noce. Rano z noga jest znacznie lepiej i mogę już na niej stawać, ale postanawiam nie ruszać się nigdzie przez cały dzień. Jacki jadą na cały dzień na objazd Jeziora Genewskiego, po drodze zaliczając granicę szwajcarsko - francuską i francusko - szwajcarską, Genewę i Lozannę. Pogoda ( jak zresztą przez cały czas naszej podróży) jest słoneczna i jest ciepło, ale nie upalnie - w końcu cały czas jesteśmy w Alpach. Nad nami latają myśliwce i malują na niebie kolorowe flagi i jakieś figury - pewnie z okazji odbywającego się w pobliskim Montreux festiwalu jazzowego. |
|
|
Niedziela 9 lipca Za nogą jest już prawie zupełnie normalnie, więc dzisiaj postanawiamy pozwiedzać okolicę. Najpierw wybraliśmy się w czwórkę do Lozanny, Jacki oprowadzają nas po mieście, które wczoraj zwiedzali. Co ciekawe, mają tutaj bardzo dużo miejsc parkingowych tylko dla jednośladów (podobnie w całej Szwajcarii) i to także w takich miejscach jak np. deptak nad jeziorem. Wjazd tylko dla jednośladów i pieszych. Nawet kawałek szerszego chodnika pod mostem się nie marnuje i są narysowane wąskie miejsca parkingowe. Po południu wracamy na kemping i teraz na odmianę Jacki postanawiają poleniuchować nad wodą, a my, na wreszcie pozbawionym bagaży Transalpie i na wpół „cywilnie" ubrani, jedziemy dalej zwiedzać. W Montreux pełno utrudnień w ruchu, policji i jakiś innych ochroniarzy. Tutaj udaje mi się wypatrzeć policyjnego Transalpa (starszy - 600), a za jakiś czas nowszego 650 i muszę zrobić zdjęcia. Zwiedzamy mniej zaludnioną okolicę, jedziemy przez jakąś wieś i szutrową dróżką między polami kukurydzy. Wreszcie jakiś „teren", a nie same asfalty... Po zwiedzaniu Szwajcarii „od kuchni", wspinamy się na zbocze, na którym jest zbudowany całe Montreux. Wysoko, wśród wąskich i krętych uliczek, znajduję mały skwerek do odpoczynku. Jedna ławeczka, mała fontanna i widok z góry na jezioro i miasto, a tuż obok od czasu do czasu cicho przemyka kolejka linowa. Co ciekawe, na ławce znajdują się 3 przyciski, każdy oznaczony inna flagą: angielska, francuska i niemiecka, a pod nią jakieś urządzenie. Okazuje się, że jest to ławka opowiadająca baśnie w 3 językach. Nie możemy tego niestety sprawdzić, bo urządzenie jest akurat zepsute. Po przerwie jedziemy jeszcze wyżej, szukając górnej stacji kolejki linowej. Znajdujemy tymczasem inna stację - kolejki zębatej, która, jak się potem okazuje, jest jednocześnie górna stacją kolejki linowej (jedzie po szynach, ale jest ciągnięta pod stromą górę na linie). Z tego miejsca widzimy już całe miasto, a mocno w dole taflę jeziora łączącą się na przeciwległym brzegu z górami. Potem powrót na kemping, plany na jutro - dalej w stronę Mont Blanc i wysokie Alpy, tym razem na granicach Szwajcarii, Francji i Włoch. Poniedziałek 10 lipca Rano wylatujemy na południe w stronę tunelu pod Przełęczą Świętego Bernarda na granicy szwajcarsko-włoskiej, wcześniej w miejscowości Martigny skręcamy na południowy zachód w kierunku Mont Blanc. Wspinamy się na kolejne górki, znowu zjeżdżamy (granica Szwajcaria - Francja) i po 35 kilometrach przystanek pod Mont Blanc w miejscowości Chamonix Mont Blanc. W miejscowym McDonaldzie aby wejść do WC należało wstukać kod podany na paragonie, a zamek szyfrowy był urządzeniem mechanicznym a nie elektronicznym. Podczas wciskania cyferek czuć było opór przesuwanych wewnątrz zapadek - ot technika, u nas takiej nie ma... Po odpoczynku wracamy ta samą drogą (granica Francja - Szwajcaria) do Martigny, tankowanie do pełna przed ostrymi górami, i zaczynamy wspinać się mała drogą na Wielką Przełęcz Św. Bernarda (otwarta tylko latem). Droga wąska i bardzo kręta (rewelacja!), samochody bardzo rzadko i tylko osobowe (tranzyt jedzie pod nami tunelem), czasami mijamy jedyne ślady cywilizacji - czerpnie powietrza do wentylacji tunelu. Na szczycie jeziorko (granica Szwajcaria - Włochy) i zaczynamy ostry zjazd w dół. Kiedy dojeżdżamy do głównej drogi (wyjazd z tunelu) okazuje się, że nie mam tylnego hamulca - dźwignia wpada do końca bez żadnego oporu (brak płynu?). Tuż koło nas pierwsza włoska stacja benzynowa (przy wyjeździe z tunelu) wraz z zabałaganionym serwisem samochodowym. Oględziny hamulca: skończyły się okładziny i tym samym zabrakło płynu w zbiorniczku wyrównawczym. Na stacji nie mają płynu, ale majster w warsztacie ma i bez problemu użycza (bezpłatnie). Dolewam odrobinę i hamulec prawie działa. Na teraz wystarczy, a wieczorem na kempingu wymienię klocki na nowe (mam ze sobą nowy komplet na całe moto - 6 szt.). I co najważniejsze: ekstra, że to tylny się skończył! - w górach nie ma nawet pobocza a co dopiero jakieś barierki... Zjeżdżamy z gór drogą do Aosty i tutaj po raz pierwszy od początku wyprawy wjeżdżamy w straszliwy żar lata - dotychczas mieliśmy przecież ekstra górski klimat. Teraz skręcamy na zachód w stronę tunelu pod Mont Blanc , jednak przed nim skręcamy na południowy zachód w mniejszą drogę znowu w góry. Ponownie wspinamy się, tym razem w bardziej zielone Alpy Graickie - Mała Przełęcz Św. Bernarda (granica Włochy - Francja) i zaraz za granicą znajdujemy kemping (1788 metrów npm) w lesie na stoku góry. Tutaj panuje przyjemne +19 st. C, cień i widok na przeciwległe pasmo gór. Szybka wymiana tylnych klocków i hamulec wraca do pełnej sprawności. Nocleg - 12 euro, ciepła woda gratis.
Rano kontynuujemy jazdę na południe przez Alpy francuskie wzdłuż granicy francusko - włoskiej. Ponownie niesamowite drogi, widoki, śnieg i duże wysokości. Na jednym z przystanków stwierdzamy, że właśnie parkujemy na wysokości 2770 metrów npm. Od wyjechania z kempingu jedziemy prawie 100 kilometrów po niekończących się winklach, to w górę to w dół. Ehh... Alpy francuskie - rewelacja. Po drodze zaliczyliśmy przełęcze Iseran i Mt. Cenis. Ale wszystko się kiedyś kończy... Gdy w końcu zjechaliśmy do miejscowości Susa (wcześniej granica Francja - Włochy), na dobre zaczęła się równinna, gorąca Italia. Od tego momentu skończyły się na dłuższy czas góry i normalny dla białych ludzi klimat. W takich temperaturach tylko szybki przelot autostradą jest w miarę znośny. Susa, Turyn, Mediolan, Bergamo i zjazd nad jezioro Iseo. Ten przelot (około 250km) kosztował na wszystkich bramkach w sumie 18 euro. Oczywiście nie obyło się bez korków, a przeciskanie się pomiędzy stojącymi samochodami z bocznymi kuframi było fatalnym przeżyciem. Prawa stopa, przy tak małych prędkościach i takich upałach, gotowała się od buchającego silnika. Przeciskanie się wychodziło w miarę sprawnie chyba tylko dzięki temu, że z przodu na gmolach miałem przymocowane torby dzięki którym widziałem swoja większą szerokość. Wprawdzie kufry były jeszcze szersze ale daliśmy radę, choć jadący z tyły Jacek twierdził że czasami było bardzo blisko. Jacek nie miał nic szerokiego z przodu (nie licząc cylindrów) i pewnie dlatego miał większe problemy w korku. Ale jak znowu za bardzo został z tyłu, to wskoczył (jak miejscowi) na pas awaryjny i poleciał szybko dalej. Tutaj musiał nas gdzieś wyprzedzić, bo czekanie na nich na zjeździe nic nie dało. Ponieważ wiedział gdzie dokładnie zmierzamy, pojechał tam po swojemu i SMSowo znaleźliśmy się w centrum Iseo. Wybraliśmy sobie kemping nad jeziorkiem i zaraz po rozbiciu namiotów zaczęła się burza. Było ulewnie, ale ciepło. Szybko się skończyła i znowu, pomimo wieczoru, zapanował upał. Kemping to 16 euro - drożej niż w Austrii, Szwajcarii i Francji. Paliwo również droższe niż gdziekolwiek. Środa 12 lipca Rano startujemy na wschód w stronę Wenecji. Pierwsze 80 km jedziemy bocznymi drogami (tym sposobem dojeżdżamy aż do Verony), jednak kiedy droga zaczyna być mocniej zakorkowana, postanawiamy ostatni odcinek przelecieć autostradą. Wskakujemy na A4 i szybko przelatujemy za Padwę, za nią zjeżdżamy na Mirę i dalej lokalnymi drogami na wybrzeże Adriatyku do Dogaletto i później Moranzano (na zachód od wyspy Wenecji). Tutejszy kemping oferuje bardzo złodziejskie ceny (30 euro - tak drogo nigdzie nie było). Ponieważ po Wenecji zamierzamy pojechać dalej na wschód, postanawiamy znaleźć kemping właśnie na wschód od wyspy. Wybór pada na półwysep na wschód od Wenecji. Pomimo że jest on tylko 3 km od Wenecji na wschód, a my w tej chwili 3 km na zachód, to drogą lądową robimy prawie 70 kilometrów i lokujemy się na kempingu na samym końcu cypla. Piechotą do portu mamy około 10 minut, a stąd odpływają wodne tramwaje do samej Wenecji i innych okolicznych miast. Kemping ma wyznaczone z góry miejsca do biwakowania (jest podzielony żywopłotami na prostokątne miejsca), rozbijamy się zatem na dwóch sąsiednich - jak się płaci to się korzysta. Miejsca są zacienione, a na terenie kempingu jest dobrze zaopatrzony sklep spożywczy. Można również wypożyczyć gratis parasol na plażę. Cena kempingu to jedynie 25 euro za dobę - najdrożej podczas całej wyprawy, ale standard jest też najwyższy. Ponieważ jest jeszcze młoda godzina, postanawiamy popłynąć do Wenecji. Kupujemy bilet ważny 24 godziny, na wszystkie promy i autobusy, oczywiście bez limitu podróżowania - można pływać do woli całą dobę (cena 12 euro). Przeprawiamy się wiec do samej Wenecji (tramwaj/prom przybija do brzegu koło placu św. Marka) i zaczynamy penetracje wąskich uliczek miasta. Niedaleko Canal Grande zasiadamy w jakiejś knajpce na kolacje. Zamierzamy wrócić na kemping promem o godzinie 0.30, wiec wybieramy kurs na (jak nam się wydawało) plac św. Marca. Kiedy tak idziemy i idziemy, a czas odpłynięcia promu zbliża się nieubłaganie, dochodzę do wniosku, że chyba idziemy nie tam gdzie trzeba, bo już powinniśmy dotrzeć nad wodę. Trzeba iść na południe, ale w nocy to nie takie proste, a kompasu brak. GPS też na dużo się nie zda w gęstej zabudowie i ciasnych uliczkach. Na szczęście znalazł się jakiś większy placyk, urządzenie złapało niezbędna ilość satelitów i okazało się, że idziemy dokładnie w drugą stronę... Zawracamy wiec i teraz już trafiamy do naszego portu. Za późno, ale następny prom jest koło godziny 2 i tym wracamy do obozowiska. |
|
|
Czwartek 13 lipca Po wyspaniu się, ponownie płyniemy do Wenecji. Na promie, z napisu na pewnych drzwiach na pokładzie, dowiadujemy się, że za nimi znajduje się „cała machina" (Cala Macchina) - dobrze wiedzieć, że nasz prom jest kompletny. Naszym portem, z którego startujemy jest Punta Sabbioni, płyniemy przez Lido i dopiero potem do samej Wenecji. Prom nieźle kręci po drodze, pewnie im płacą od zakrętu... W Wenecji pływamy sobie również po Canal Grande i opływamy wyspę od wschodu - wszystko to w ramach dobowego biletu. W ciasnej zabudowie miasta udaje nam się również wypatrzeć takie wynalazki jak McDonald, BurgerKing, czy tez market Billa. Cały dzień kręcenia się po wąskich uliczkach dość szybko upływa i na krótko przed upływam daty ważności biletu wracamy na kemping. Na naradzie dotyczącej jutrzejszej trasy, rezygnujemy z Triestu i Ljubljany w Słowenii i postanawiamy jechać na północ od razu w góry. Piątek 14 lipca Pierwsze 44km pokonujemy lokalnymi drogami, wydostajemy się z półwyspu i dojeżdżamy do autostrady A4. Przelot na wschód, potem odbicie w lewo na północ na A23, przez Udine i niedługo potem zaczynają się znowu góry i wreszcie normalny klimat. Ten odcinek (okolice Wenecji - Villach) kosztował nas 9,40 euro. Jeszcze tylko kilkanaście tuneli i zjeżdżamy (granica Włochy - Austria) do miasta Villach. Tutaj udajemy się pod skocznię narciarską i narada jaki odcinek Villacher Alpenstrasse przejeżdżamy, z jakiego rezygnujemy. Decydujemy się na ten odcinek, który prowadzi na północ i w drogę. Lecimy na północ do Afritz, Turrach, na wschód na zakupy do Judenburgu i dalej na północ. Po drodze przejeżdżamy przez Hall i tutaj przecinamy drogę, którą jechaliśmy 3 lipca z Wiednia na zachód, na początku naszej wyprawy. Cały czas jedziemy delikatnym górami, bardzo przyjemna temperatura, drogi bardziej kręte niż proste, jednym słowem znowu Alpy. Powoli robi się wieczór, gubimy Jacków kilka razy (zostali z tyłu i studzili hamulce) i obserwujemy jak po zboczach gór spływa mgła, która zasnuwa płynącą wzdłuż drogi rzekę. Dalej na północ przez Admont, skręcamy w jeszcze mniejszą drogę, aby na nocleg osiąść na małym górskim kempingu 20km od miasta Steyr. Odkąd znowu wjechaliśmy do Austrii to mamy w końcu normalne ceny - nocleg za jedyne 12,80 euro, no i do pełna tankuje za kilka euro mniej. Sobota 15 lipca Rano startujemy dalej na północ, cały czas bocznymi drogami, przez Enns, po 100km przekraczamy granicę Austria - Czechy w miejscowości Wullowitz. Przez Czechy jedziemy wcześniej wyznaczoną najkrótszą drogą w stronę Kudowy. Jeszcze przed Czeskimi Budziejowicami odbijamy w prawo i jedziemy prawie w linii prostej do Nachodu przy naszej granicy. 278 km przez Czechy, i już przejście graniczne w Kudowie. Tutaj po raz pierwszy od 2 tygodni jesteśmy pytani o paszporty. Kolejne 120km dziurawymi (pierwszy raz od 4000km) drogami i tabliczka Wrocław. Podsumowanie Zrobiliśmy 4011 kilometrów. Najciekawsze trasy to moim zdaniem: Grossglockner, Wielka Przełęcz Św. Bernarda i trasa w Alpach francuskich, pomiędzy Mont Blanc i Suzą we Włoszech przez Małą Przełęcz Św. Bernarda i przełęcze Iseran i Mt. Cenis (patrz mapka/ślad z 10 i 11.07). Generalnie polecam podróżowanie małymi, alpejskimi drogami. Mnóstwo winkli, świetne widoki i ogólnie rewelacja (np. nasza górska trasa 30km za Ga-Pa z dn. 5.07). Motocykl spisał się bez zarzutów. Przed wyprawą mieliśmy nową tylną oponę, na wyjeździe poszła mniej więcej połowa. Normalnie ten model opony wystarczał mi na ok. 14 tys. km. Alpejskie asfalty są dość „żarłoczne", za to stan dróg bardzo dobry, w Austrii i Szwajcarii zakręty zamiatane, żadnych dziur i niespodzianek w postaci np. plam oleju. We Włoszech i miejscami we Francji gorzej, bywało dziurawo i zdarzał się żwirek na winklach. Całkowite koszty poniesione na wyprawie - ok. 900 euro (na naszą parę/ motocykl). Trzeba tu zaznaczyć, że zawsze spaliśmy na kempingu, produkty na śniadanie i napoje na drogę kupowaliśmy w sklepach spożywczych, kolacja - również produkty ze sklepu lub własne zapasy (np. zupki typu „Gorący Kubek"), obiady - najczęściej szybkie przekąski kupowane gdzieś w trasie. W Austrii i Szwajcarii paliwo 95 na poziomie 1,1 - 1,2 euro za litr. We Włoszech prawie 1,4 euro za litr. Średnie zużycie paliwa 95 na całej trasie (Transalp maksymalnie zapakowany) to 5,9 litra na 100km. Górska trasa Grossglockner Hochalpenstrasse i okoliczne górki to zużycie 6,2 litra (bez bagaży). Trasa przez obie przełęcze Bernarda (Szwajcaria, Włochy, Francja) - najwyższe góry - 6,2 litra (zapakowany). Włoska autostrada (130km/h) to 6,5 litra (zapakowany). Na koniec Wyjazd oczywiście należy do bardzo udanych, założenia wyprawy zostały zrealizowane w 100% - górki zostały objechane dokładnie dookoła, byliśmy we wszystkich zaplanowanych alpejskich państwach. Alpy są bardzo przyjazne dla motocyklistów: z jednej strony natura wymusiła kręte drogi, czyli to co lubimy najbardziej, z drugiej miejscowe służby dobrze dbają o ich stan techniczny. Niekończące się surowe górskie widoki cały czas cieszą oko podróżujących. Warto od czasu do czasu się zatrzymać i pooglądać, sfotografować otaczającą naturę, bo podczas przelotów krętymi drogami nie polecam rozpraszania się - chyba że ktoś umie latać... Właśnie dlatego podróżowanie spokojnym, turystycznym tempem więcej wniesie do wspomnień. Czy warto jechać w Alpy? A jak myślicie? Pewnie że tak - najlepiej jak najdalej od cywilizacji i znanych szlaków. Nas urzekły Alpy francuskie, a Was? Pakujcie motocykl i sami sprawdźcie...
|
|
|






































































Komentarze
Poka¿ wszystkie komentarze