Wyścigi motocyklowe w Polsce - Kędzior i Oskaldowicz - historii ciąg dalszy

Autor: Łukasz Świderek 2009.01.22, 17:05 Drukuj

O motocyklach, rywalach i starych dobrych czasach opowiadają Janusz Oskaldowicz oraz Tomek Kędzior

Zapraszamy do drugiej części wywiadu z Januszem Oskaldowiczem i Tomkiem Kędziorem.

Ścigacz.pl: A później nastała nicość. MP padły jak pomniki przodowników pracy i nie było już komu się ścigać.

JO: Ja wtedy skończyłem karierę po wypadku w Moście, więc tak bardzo tego nie przeżywałem. Tomuś z nas dwóch wtedy został na posterunku i musiał sobie z tym radzić.

TK: Wtedy w MP zostało pięciu zawodników. Były zawody w Kielcach, na które nie pojechałem bo motocykl był w rozsypce, i były pomysły, żeby mnie zawiesić, bo na mistrzostwa kraju nie przyjeżdżam. Grono działaczy się zebrało i obradowali, jakie to wyścigi i rundy za rok zrobić i nie widzieli, że nie ma zawodników, żeby te zawody obsadzić chociażby jedną klasą. Wtedy wyścigi padły, i ja jako chyba pierwszy, później Henio Wróblewski ruszyliśmy zdobywać Europę. Więc tułałem się po mistrzostwach Europy, Czech, Węgier. Zaowocowało to tym, że gdy wyścigi w Polsce zaczęły się odradzać odstawałem poziomem od reszty, i to wszyscy próbowali mnie dogonić i mi dorównać. Aż wreszcie przyszedł taki czas, że trzeba było oddać pola młodszym.

JO: Ja dobrze pamiętam ten czas, przy namowach Tomka i Włodka Kwasa wróciłem do ścigania, i pamiętam, że Tomuś był takim wyrazem jakości naszych wyścigów. Był to człowiek, którego należało gonić i do niego równać. Mnie się wtedy wydawało, że tego się nie da zrobić, a już na pewno w tak podeszłym wieku, bo wtedy miałem już trzydzieści kilka lat i byłem starszym facetem. Ale dzięki właśnie takim ludziom jak Tomek coś się zaczęło w tym kraju dziać, grupka pasjonatów, którzy to rozhuśtali.

TK: Ale to też dzięki tobie. Bo gdy w 1992 roku wsiadłeś na „Kawasaka" z Niemiec kupionego, to pierwsze hasło było „jedziemy na mistrzostwa Niemiec". Poziom nas przerósł, dupy nam sprali strasznie, ale to był pierwszy mój wyścig na japońskim motocyklu i pokazał mi, że trzeba się mobilizować i ciągnąć do lepszych.

JO: No właśnie, ja myślę, że trzeba się mobilizować nawzajem. To jest budujące, że nie psioczymy, nie narzekamy na siebie tylko właśnie tworzymy jakiś zespół pomimo tego, że jesteśmy rywalami doskonalimy się nawzajem. Jeśli Tomek jest lepszy w jakiejś sytuacji, to ja nie psioczę, tylko staram się go dogonić.

Ścigacz.pl: Pod koniec lat dziewięćdziesiątych jeździliście w jednym zespole, ale innych klasach. Dopiero w 1999 roku, gdy Jasiu przeszedł do zespołu Yamaha spotkaliście się w Superbike. Fajnie było znów się spotkać na torze?

JO: Noo, musiałem wreszcie Tomkowi rzucić rękawicę (śmiech). Bo gdy wróciłem do ścigania jeździłem „sześćsetkami", z różnych powodów, w tym finansowych i łatwiej tam trochę było. Gdy okazało się, że mogę mieć fajny motocykl od Yamahy, to grzechem by było nie skorzystać i nie sprawdzić się z Tomkiem w Superbike. Stanęliśmy w jednej linii i zaczęły się prawdziwe wyścigi, prawdziwe jazdy. Oczywiście pierwszy start na mojej R7, pierwszy trening i złamałem miednicę, bo tak się napinałem, tak chciałem od początku Tomusiowi pokazać kto tu rządzi. Ale co najciekawsze, miesiąc po tej miednicy wsiadam na motocykl, o kulach jeszcze chodziłem, ale wsiadam na motocykl, bo Tomuś tam przecież zasuwa, gdy ja tu leżę połamany. Więc kulawy, ale zacząłem znów jeździć, znów się ścigaliśmy. Cały ten okres dobrze wspominam, bo ciągle kombinowałem, jak Tomcia w konia zrobić, gdzie by go tu wyprzedzić. Jak dziś pamiętam te wszystkie wyścigi gdzie pędzę za Tomkiem, wyprzedzić go nie mogę, bo jechał tak szybko, więc kombinuję, że może odpuszczę i pokażę mu, że się zmęczyłem, to też zwolni. A ten nic, i dalej w palnik, więc od nowa musiałem go gonić.

TK: Ja od zawsze wiedziałem, że Janusz jest takim cwanym zawodnikiem i, że zawsze będzie kombinował, żeby mnie przechytrzyć. Ale ja starałem się też coś kombinować i wtedy były takie fajne wyścigi w których po pierwsze trzeba było jechać szybko, a po drugie kombinować gdzie się nie dać. Akurat wtedy miałem więcej szczęścia, bo Jasiu się dużo wywracał, znaczy dalej się wywraca (śmiech), ale wtedy ja wygrywałem cały sezon, ale poszczególnych wyścigów miał chyba więcej Janusz.

JO: To jest tak, że ja zawsze byłem jako wariat postrzegany, ryzykant. Tomuś to człowiek ustabilizowany, bardziej rozsądny ode mnie. Był nawet taki moment, że zaczęli na mnie mówić „lotnik", bo dłużej leciałem, niż jechałem podobno.

TK: Dlatego wiedząc, że Janusz lubi ryzykować czasami go podpuszczałem.

Ścigacz.pl: Kto był lepszy, a kto miał lepszy motocykl?

JO: To było porównywalne. Raz Tomek wygrywał, raz ja. Ja miałem może lepszy motocykl, Yamaha R7, ale Tomek z Włodkiem Kwasem potrafili lepiej sobie ustawić tego Kawasaka. Ja nigdy nie miałem takiego instynktu do mechaniki.

TK: Ty byłeś sam nas było dwóch. (śmiech)

JO: Ty miałeś przewagę technologiczną, ja nadrabiałem wariactwem. (śmiech)

Ścigacz.pl: Obaj miewaliście przerwy w wyścigach. Co wtedy działo się w waszych głowach? Biznes i codzienne życie, czy tęsknota za adrenaliną?

JO: Gdy zrywałem ze sportem starałem się skoncentrować na biznesie. Mówiłem sobie, że nie mam czasu na pierdoły, że trzeba się z tego wygrzebać wreszcie. Nie trwało to jednak długo. Rok, dwa, maksimum cztery i wracałem. Gdy robiłem przerwy w startach starałem się w ogóle nie jeździć na wyścigi. Trzymałem się od tego z daleka, zarzekałem się, że motocykle w ogóle mnie nie interesują. Negatywnym tego zjawiskiem było to, że wsiadałem na uliczny motocykl i robiłem jakieś głupoty zamiast tę energię spalać na torze. Dlatego znów jestem tu gdzie jestem i polecam to wszystkim, którzy mają głupie pomysły ścigania się między tramwajami, bo to jest naprawdę niebezpieczne. Ale adrenalina jest mi potrzebna do życia, kiedy skończę się ścigać to może na jakimś spadochronie poskaczę, albo coś takiego? Ale teraz nie chcę z tym kończyć, w tym roku stuknie mi pięćdziesiąt jeden lat i ogłaszam wszem i wobec, że póki będę chodził, będę sprawny, to na pewno będę rywalizował.

TK: Ja przerwę miałem z dwóch powodów. Pierwszy to był biznes, gdy postanowiłem wreszcie coś na rodzinę zarobić, a nie tylko topić kasę w sport. A drugi powód to mój synek, Adaś, który urodził się z poważnymi wadami i trzeba było się zająć dzieckiem, a nie myśleć o ściganiu. Gdy wszystko się wyprostowało udało się wrócić na tor.

TOMEK Kedzior mistrz polski Superbike
Oskald Kedzior ZX7R R7
mokry wyscig janusz oskaldowicz poznan
Wyscig superbike tor poznan oskaldowicz
Kawasaki ZX7R tor Poznan Kedzior
na górę