Voge SR4 Max T do Trójstyku Granic. Ten weekend mia³ wygl±daæ inaczej
Złota Mewa i greckie dylematy
Z domu do Trójstyku Granic mieliśmy około 180 kilometrów. Niby niedaleko, ale wystarczająco, żeby nie jechać na raz i zrobić kilka przystanków po drodze.
Tym razem podróżowaliśmy użyczonym przez Grupę BMB skuterem Voge SR4 Max T. O samym skuterze opowiem jednak później, bo podczas tego weekendu działo się znacznie więcej niż tylko testowanie sprzętu.
Pierwszy postój wypadł w zajeździe pod Złotą Mewą. Albo pod Złotymi Łukami. Jak kto woli.
Przyjechaliśmy odrobinę za wcześnie. Trwały jeszcze godziny panowania śniadaniowego menu, a żaden z nas nie był szczególnie zainteresowany kanapkami udającymi śniadanie. Chwilę poczekaliśmy, aż sytuacja gastronomiczna wróci do normy, po czym można było zamówić coś bardziej konkretnego.
Kawa musiała zostać wypita, śniadanie zjedzone, a pogoda sprawdzona po raz kolejny z nadzieją, że może jednak prognozy się pomyliły. Nie pomyliły się.
Po krótkiej przerwie ruszyliśmy do Wodzisławia Śląskiego. Tam czekał na nas kolega, który zaprosił nas na kawę. Sam jednak nie wybierał się z nami na motocyklową wyprawę. Wręcz przeciwnie. Za kilka godzin miał siedzieć już w samolocie lecącym do Grecji.
Dwie różne podróże. Dwa różne środki transportu. Każdy przekonany, że wybrał lepiej.
Teoretycznie powinienem mu zazdrościć. W końcu leciał do Grecji. Słońce, plaże, ciepłe morze i temperatura, przy której człowiek nie zastanawia się, czy warto było zabrać dodatkową bluzę. Ale nie zazdrościłem. Bo leciał samolotem.
My mieliśmy przed sobą drogę, góry, motocykl i cały dzień podróży. Dla motocyklisty to często wystarczający argument, żeby uznać, że trafił lepiej.
Jak się później okazało, greckie wakacje nie do końca go usatysfakcjonowały. Po kilku tygodniach ponownie ruszył do Grecji, ale tym razem zrobił to tak, jak powinien zrobić każdy motocyklista - na własnych kołach.
I właśnie tej podróży już naprawdę mu zazdroszczę.
Po kawie przyszła pora się pożegnać. Kolega ruszał na lotnisko, my na południe.
Na spotkanie z zimnymi ogrodnikami
Kilka minut później Wodzisław został za nami, a asfalt zaczął prowadzić nas coraz bliżej gór. Pogoda nadal nie zamierzała współpracować. Była połowa maja, czyli czas zimnych ogrodników. Jak co roku pojawili się punktualnie. Można dyskutować o zmianach klimatu, rekordowych temperaturach i globalnym ociepleniu, ale wygląda na to, że tych trzech panów nadal nic nie rusza. Przyszli, przynieśli chłód, chmury i deszcz, a my trafiliśmy dokładnie na ich dyżur.
Chmury wisiały nisko, od czasu do czasu spadał drobny deszcz, a termometr uparcie pokazywał wartości, które bardziej przypominały marzec niż połowę maja.
Mimo wszystko trudno było narzekać. Ruch był niewielki, droga przyjemna, a za każdym kolejnym zakrętem krajobraz robił się coraz ciekawszy. W pewnym momencie przestaliśmy nawet zwracać uwagę na pogodę. Kiedy jedzie się motocyklem, człowiek po prostu przyjmuje do wiadomości, że jest mokro i jedzie dalej.
Im bliżej Wisły i Istebnej, tym bardziej było czuć górski klimat. Domy zaczęły wspinać się po zboczach, doliny robiły się coraz węższe, a drogi coraz bardziej kręte. To właśnie te odcinki lubię najbardziej.
Nie chodzi o bicie rekordów prędkości ani składanie motocykla na kolano. Chodzi o spokojną jazdę i podziwianie miejsc, obok których większość ludzi przejeżdża zamknięta w samochodzie. A jest na co popatrzeć.
Beskidy może nie są najwyższymi górami w Polsce, ale mają w sobie coś bardzo swojskiego. Nie próbują nikogo onieśmielać. Nie udają dzikiej krainy, do której można dotrzeć tylko po wielogodzinnej wspinaczce. Są po prostu blisko. Tak blisko, że wystarczy kilka godzin jazdy, żeby znaleźć się w zupełnie innym świecie.
Niestety tego dnia świat ten był schowany za chmurami. Gdzieś tam były szczyty. Gdzieś tam były panoramy. Gdzieś tam pewnie były też piękne zdjęcia.
My widzieliśmy głównie mgłę.
Ale jak się później okazało, wcale nam to nie przeszkadzało.
Grill, planszówki i chińskie motocykle
Do Jaworzynki nie przyjechaliśmy jednak tylko po to, żeby zobaczyć Trójstyk Granic.
Od piątku odbywał się zlot Klubu Chińskich Motocykli. Pogoda od kilku dni straszyła deszczem, więc frekwencja była jedną wielką niewiadomą. Ostatecznie pojawiło się kilkanaście motocykli. Niektórzy uczestnicy, widząc prognozy, zamienili dwa koła na cztery i przyjechali samochodami.
Najważniejsze było jednak to, że ludzie przyjechali.
Wieczorem rozpaliliśmy grilla, a rozmowy ciągnęły się godzinami. Jak to zwykle bywa podczas motocyklowych spotkań, tematów nie brakowało. Były opowieści z tras, plany na kolejne wyjazdy, dyskusje o sprzęcie i historie, które z każdym kolejnym opowiedzeniem stają się coraz ciekawsze.
Gdy zrobiło się chłodniej, część ekipy przeniosła się do świetlicy, gdzie zamiast motocykli na stół wjechały gry planszowe. Dla postronnego obserwatora mogło to wyglądać dość nietypowo. Grupa motocyklistów siedzących przy planszówkach gdzieś w Beskidach nie jest obrazkiem, który często pojawia się w stereotypach.
Ale właśnie takie są najlepsze spotkania - bez napinki, bez udowadniania czegokolwiek. Po prostu grupa ludzi, których połączyła wspólna pasja.
Trzy kilometry po Kofolę
Sobota przywitała nas dokładnie taką pogodą, jakiej wszyscy się spodziewali i jednocześnie nie chcieli oglądać. Deszcz nie odpuszczał, chmury nadal wisiały nisko, a góry skutecznie ukrywały się za mgłą.
Mimo to nikt nie zamierzał siedzieć cały dzień pod dachem.
Założyliśmy kurtki, narzuciliśmy kaptury i ruszyliśmy żółtym szlakiem w stronę Trójstyku Granic.
Po około trzech kilometrach marszu dotarliśmy do celu. Nie znajdziemy tu wielkich bram ani monumentalnych pomników. Jest za to charakterystyczny napis "I ❤️ Trójstyk", przy którym obowiązkowo zatrzymują się turyści, rowerzyści i motocykliści.
Jest też drugi powód, dla którego warto tu zajrzeć. Czeska knajpka.
Taka prawdziwa, przygraniczna. Można usiąść pod chmurką, napić się świeżo lanej Kofoli, zamówić piwo albo smażony ser z tatarską omáčką.
I właśnie tam trafiliśmy, bo nie ukrywam, że po trzech kilometrach marszu coraz częściej myśleliśmy już o jedzeniu niż o zwiedzaniu. Świeżo nalana Kofola smakowała znakomicie, a smażony ser z hranolkami zniknął z talerza w tempie, które raczej nie świadczyło o kulinarnym celebrowaniu chwili.
Po prostu byliśmy głodni i właśnie dlatego smakowało tak dobrze. Po krótkim odpoczynku pozostało już tylko pokonać kolejne trzy kilometry i wrócić do ośrodka.
Termy, palemki i inne sposoby na pogodę
Po powrocie większość z nas była już zgodna co do jednego - potrzebujemy się ogrzać. Na szczęście od pomysłu do realizacji było bardzo blisko.
Kilka chwil później siedzieliśmy w termach w Jaworzynce. Ciepła woda, para unosząca się nad basenami, deszcz kapiący gdzieś obok i góry dookoła. A do tego drink z obowiązkową palemką. Przyznam, że w takich warunkach człowiek bardzo szybko przestaje narzekać na pogodę.
Wieczorem ponownie zasiedliśmy w świetlicy. Na stołach po raz drugi pojawiły się planszówki, a rozmowy trwały do późna.
Dla mnie największą atrakcją tego dnia nie był nawet sam Trójstyk. Największą atrakcją byli ludzie, droga i wspólnie spędzony czas z synem.
Bo właśnie dla takich chwil warto czasem przejechać 400 kilometrów, zmoknąć kilka razy i przekonać się, że nawet deszczowy weekend może okazać się całkiem udaną przygodą.
Powrót tylko dla twardzieli
Niedzielny poranek nie przyniósł poprawy pogody. Wręcz przeciwnie.
Było jeszcze chłodniej niż wcześniej, a deszcz padał wyraźnie mocniej. Tym razem nie planowaliśmy już żadnych atrakcji po drodze. Chcieliśmy po prostu sprawnie wrócić do domu.
Co ciekawe, syn miał możliwość powrotu samochodem z moimi znajomymi. Przy takiej pogodzie trudno byłoby mieć mu za złe taką decyzję.
Żeby nie było - nie wziąłem go w Beskidy z samym optymizmem i dobrym słowem. Na wyjazd dostał kamizelkę ogrzewaną zasilaną z powerbanka, więc o komfort termiczny starałem się zadbać najlepiej jak potrafiłem.Nawet przez chwilę nie brał pod uwagę podróży samochodem. Wolał wracać motocyklem, przez deszcz, chłód i wszystkie kaprysy zimnych ogrodników.
I chyba właśnie wtedy zrozumiałem, że ten weekend spodobał mu się bardziej, niż mówiły o tym zdjęcia czy wspomnienia ze szlaku.
Bo jeśli po dwóch dniach deszczu ktoś nadal wybiera dwa koła zamiast ciepłego samochodu, to znaczy, że motocyklowy bakcyl zaczął już działać.
A na takie rzeczy żadne szczepienia jeszcze nie powstały.
A, jeszcze ten skuter…
A... chyba w tym całym opisie wyprawy zapomniałem wspomnieć o najważniejszym bohaterze logistycznym tego weekendu.
Do Jaworzynki pojechaliśmy użyczonym przez Grupę BMB skuterem Voge SR4 Max T.
Przez cały weekend bardziej martwiłem się o prognozę pogody niż o skuter. A to chyba najlepsza recenzja, jaką można wystawić pojazdowi testowemu.
Voge SR4 Max T ani razu nie dał powodów do narzekania. Przez trzy dni trafiliśmy na praktycznie wszystkie warunki, których można się spodziewać podczas beskidzkiej wiosny. Był deszcz, mokry asfalt, niskie temperatury, górskie zakręty i dłuższe przeloty.
Elektronika działała dyskretnie, ale świadomość obecności kontroli trakcji i ABS-u dodawała sporo spokoju podczas jazdy w deszczu. Szczególnie doceniłem to właśnie w Beskidach, gdzie pogoda potrafi zmieniać się szybciej niż widoki za kolejnym zakrętem.
Wersja T została też wyposażona w coś, co podczas tego wyjazdu okazało się znacznie ważniejsze, niż początkowo zakładałem - grzaną kanapę i grzane manetki.
Przy temperaturach, które bardziej przypominały marzec niż drugą połowę maja, te dodatki przestały być gadżetami, a stały się wyposażeniem pierwszej potrzeby. Zwłaszcza podczas niedzielnego powrotu.
Do tego dochodzi jeszcze spalanie. Warto pamiętać, że przez cały weekend podróżowaliśmy we dwójkę, z bagażem i przy pogodzie, która skutecznie zniechęcała do jazdy. Pomimo jazdy w górach, częstych podjazdów i podróży we dwie osoby średnie zużycie paliwa zamknęło się w okolicach 4 litrów na 100 kilometrów.
Jak na maszynę tej wielkości i możliwości to wynik, do którego trudno mieć jakiekolwiek zastrzeżenia.
Czy po tym weekendzie chciałbym pojechać tym skuterem jeszcze dalej? Po doświadczeniach z Jaworzynki odpowiedź może być tylko jedna.
Zdecydowanie tak.









Komentarze
Poka¿ wszystkie komentarze