tr?id=1223146534440221&ev=PageView&noscript=1

Skuterami w Alpy. Testujemy Kymco AK 550 i Xciting 400 w Słowenii i Austrii

Autor: Raff i Kong 2018.09.26, 16:07 3 Drukuj

Zabraliśmy dwa maxiskutery Kymco - AK 550 i Xciting 400 w daleką jak dla nich podróż. Chcieliśmy się przekonać czy na krętych, górskich drogach Słowenii i Austrii poradzą sobie równie dobrze jak na ulicach miast.

Ruszamy dość wcześnie. Nie mamy wprawdzie szczególnie mocno sprecyzowanego celu podróży, po prostu fajnie byłoby dotrzeć wieczorem w okolice trójstyku granic Austrii, Słowenii i Włoch. Zadanie może okazać się niełatwe - jest już wrzesień, zmrok zapada szybko, a kilometrów jest sporo. Konrad jest w dodatku zmęczony pracowicie spędzonym weekendem, a nasza optymalna prędkość przelotowa idealnie mieści się w wymaganych prawem wartościach.

To wszystko sprawia, że gdzieś w okolicach Wiednia zdajemy sobie sprawę, że plan dotarcia do trójstyku nie wypali. Przychodzi mi na myśl Lieboch koło Grazu. Kilkakrotnie spałem tam w pensjonacie ze świetną knajpą, gdzie podawano pyszne steki. Po krótkiej naradzie decydujemy się zatrzymać tam na nocleg.

---

Konrad: W czasie długich, autostradowych przelotów bardzo łatwo pozbyć się obiegowej opinii o fatalnej pozycji kierowcy na skuterze. Miękka i szeroka kanapa, a także możliwość częstej zmiany ułożenia nóg na podestach sprawiają, że ciało nie wysyła gniewnych sygnałów nawet po kilkusetkilometrowych odcinkach. Nie wieje po nogach - choć nie jest już najcieplej, komfortowo jadę w jeansach. Problemem w tych warunkach jest tylko niska, sportowa owiewka mojego Xcitinga 400.

Czy jest nudno? Dokładnie tak samo nudno, jak na wszystkich innych jednośladach na autostradzie. Trzeba to przeżyć, czekając na emocje w miejscu docelowym.

---

Sznycel wielkości żagla

Robi się coraz ciemniej i zimniej, na dodatek kiedy docieramy do Lieboch, zastajemy znajomy pensjonat zamknięty. Gburowaty właściciel wysyła nas do innego miejsca - Biker's Cafe, jednak tam wcale nie jest lepiej - brak miejsc. Ostatecznie lądujemy w zbyt drogim i niezbyt ładnym hotelu San Marco. Niestety, jak to bywa w Austrii restauracja o 21.00 jest już zamknięta, więc lokalnymi przysmakami raczymy się w barze o nieprawdopodobnie trudnej nazwie Hexenkessel Jausenstation.

Wienerschnitzel wielkości żagla i dobre piwo Puntigamer wieńczy ten tranzytowy dzień. W doskonałych, choć trochę zmęczonych nudną drogą nastrojach idziemy spać.

Następnego dnia piękna pogoda wita nas w bardzo dobrych humorach. Po wykonaniu niezbędnej pracy redakcyjnej startujemy w stronę Słowenii, nad jezioro Bled. Dziś tak naprawdę zaczyna się właściwy test naszych maszyn - o tym, że maxiskutery Kymco AK 550 i Xciting 400 bezbłędnie sprawdzają się na autostradzie przekonaliśmy się wczoraj. Dziś czas na wąskie drogi lokalne, ciasne serpentyny i strome podjazdy.

Pływający klasztor

plywajacy klasztor

Miejscowość Bled i jezioro o tej samej nazwie są prawdziwą wizytówką Słowenii. Charakterystyczny klasztor, zlokalizowany na maleńkiej wyspie niczym na tratwie, pojawia się na dziesiątkach tysięcy zdjęć. My mamy okazję zobaczyć go na żywo. Pomijając tłumy turystów i całkiem spory ruch uliczny, Bled to niezwykle piękne, romantyczne miejsce. Lazurowe jezioro, w otoczeniu strzelistych szczytów Alp Julijskich prezentuje się wyjątkowo wspaniale.

Okolice jeziora to wymarzone tereny do długich spacerów i przejażdżek rowerowych. Tuż nad lustrem wody, wzdłuż brzegu, zbudowano drewniany pomost, którym można przejść niemal wokół całego akwenu. Z kolei liczba wąskich dróg w pobliżu Bledu pozwala cieszyć się jazdą rowerem bez strachu o potrącenie przez samochód.

Nasyceni pięknem tego miejsca oddalamy się na południe. Chcemy objechać Park Narodowy Triglav i dotrzeć jak najbliżej przełęczy Mangart. W Bohinjskiej Bystricy zatrzymujemy się na obiad w Gostilnicy Štrudl - lokalnej restauracji, gdzie pałaszujemy niewiarygodnie pyszne, choć proste dania, których nazw nie jesteśmy w stanie powtórzyć. Ten obiad zapamiętamy na długo - jego smak chodzi za nami do dziś.

Browar na parterze

skuter kymco ak550 droga las

Po skończonym z żalem posiłku, potwornie krętą drogą kierujemy się w stronę Mostu na Soči - miejscowości, gdzie spotykają się dwie rzeki - Idrijca i Soča. Stamtąd, po krótkiej przerwie zmierzamy w stronę Mangartu. Wiemy już, że dziś nie damy rady tam dotrzeć w rozsądnych godzinach, a nawet gdyby nam się to udało, i tak musielibyśmy wracać o zmroku. Nie spieszymy się i szczególnie nam to nie przeszkadza. Wolimy napawać się widokami pięknych gór i dolin, fantastycznymi zakrętami i smakami. Spieszyć się nie ma gdzie.

Wieczorem meldujemy się w górskim kurorcie Bovec. Niewielkie, lecz piękne miasteczko od razu zachwyca nas swoją luźną, podróżniczą atmosferą. Znajdujemy nocleg w hostelu Thirsty River. Na parterze działa browar i piwiarnia, więc plany na najbliższe godziny mamy zagospodarowane. Próbujemy także lokalnych potraw z pobliskich stoisk. Pieczony ziemniak z grzybami leśnymi okazuje się faworytem. Pycha!

Rano trochę bolą nas głowy, zapewne od górskiego powietrza. Czekając aż przestaną, przygotowujemy trochę materiałów na portal. Takie połączenie pracy z podróżą wymaga dobrej organizacji i samodyscypliny, ale jest możliwe. Zwłaszcza jeśli motywacją są tak wspaniałe widoki, które czekają na odkrycie.

Wyprzedzając Niemców

skutery kymco alpy konrad rafa most

---

Ruszamy w stronę Mangartu. Im jesteśmy wyżej, tym bardziej wieje. Musimy pamiętać o zatankowaniu - stacje paliw spotykamy rzadko, a zasięg maxiskutera nie jest tak duży jak zasięg motocykla. Zbliżamy się w stronę Mangartu, tlenu coraz mniej, za to widoki takie, że kręci nam się w głowach. Właściwie trudno powiedzieć czy z zachwytu, czy z braku tlenu właśnie.

Wjazd na przełęcz Mangart wymaga wniesienia niewielkiej opłaty w wysokości 5 euro od skutera. Konrad wyskrobuje ostatnie drobniaki ze wszystkich kieszeni. Dobrze, że coś znalazł, inaczej musielibyśmy wracać do bankomatu - płatność kartą jest tutaj niemożliwa.

Konrad: Alpejskie agrafki są doskonałym sprawdzianem zarówno dla kierowcy, jak i dla pojazdu. Jeśli naszym celem jest przejazd turystyczny, a nie taki w stylu wyścigu na Pikes Peak, to jadąc dużym skuterem naprawdę niczego nie brakuje.

Oczywiście, brak podnóżków i możliwości wspomagania się kolanami w przerzucaniu pojazdu z zakrętu w zakręt wymuszają zmianę techniki jazdy. Okazuje się jednak, że skuter daje się w takich warunkach doskonale wyczuć stopami, jeśli położymy je na pochyłej części podestu, w pozycji "chopperowej". Lekki nacisk na jedną ze stron powoduje, że skuter reaguje trochę jak samolot i jest bardzo posłuszny w nawrotach.

Trzeba to oczywiście wyczuć i zaufać oponom. Ja nie czułem dyskomfortu i braku frajdy. Jedyny aspekt, na który naprawdę trzeba uważać, to mniejsza przyczepność przedniego koła na mokrej nawierzchni, a zwłaszcza na białej farbie czy plamach lepiku. Związane jest to z masą silnika przeniesioną na tył i mniejszym dociskiem z przodu.

---

Poprowadzonymi na skalnych półkach drogami wspinamy się coraz wyżej. Majestatyczne szczyty gór wyrastają dookoła, obejmując nas czułym uściskiem Matki Natury. Czujemy się trochę onieśmieleni, choć jednocześnie bezpieczni i szczęśliwi. Cieszymy się, że poprzedniego dnia nie spieszyliśmy się z wjazdem tutaj. Dziś, w pełnym świetle dnia, możemy skupić się na pochłanianiu wspaniałości tego miejsca, bez stresu związanego z zachodzącym słońcem kończącymi się szansami na znalezienie sensownego noclegu.

Próba relacji live z przełęczy kończy się niepowodzeniem - zasięg urywa się jak autostrada A1 w Pyrzowicach. Wykorzystujemy ten czas by nagrać kilka filmów, choć, jak się później okaże, wiatr skutecznie zagłuszył każde nagrane słowo.

Napchani po uszy szczęściem i zachwytem zjeżdżamy z powrotem w stronę Boveca, wyprzedzając po drodze dziesiątki niemieckich motocyklistów, którzy z dezaprobatą kiwają głowami widząc nasze maxiskutery w akcji. Czasem zadziwia mnie sprawność tych maszyn na krętych górskich drogach.

Zjarane hamulce

Głodni jak nie wiem co, zatrzymujemy się w napotkanym przy drodze lokalu o wdzięcznej nazwie Gostišče Hedvika, obleganym przez motocyklistów z wszystkich stron Europy. Na parkingu ze dwadzieścia motocykli z Niemiec, Holandii, Austrii i Włoch. No i oczywiście dwa maxiskutery Kymco z Polski! Panowie patrzą na nas dziwnie, ale na drogach każdy pozdrawia nas prawilnym "Lewa w górę"!

Nie wiem, czy mamy po prostu takie szczęście, czy w całej Słowenii podają tak pyszne jedzenie. W każdym razie nasz posiłek u pani Hedviki jest kolejnym kulinarnym doznaniem z rodzaju tych nieziemskich. Pyszne jest wszystko - pieczone ziemniaki z owczym serem, smażony pstrąg potokowy, kalmary z dziwnym sosem, a nawet piwo bezalkoholowe. Potęga.

Opuszczamy Słowenię i kolejną część dnia spędzamy na pokonywaniu średnio ekscytujących austriackich dróg. Wyjątkiem jest Sustenpass (Korensko Sedlo), gdzie podczas jazdy ostro w dół za sznurem samochodów Konrad stwierdza, że spalił hamulce. Na szczęście, po zbadaniu problemu okazuje się, że problem ten dotyczy kierowcy jednego z samochodów jadących przed nami.

Nocujemy w pięknym hotelu Gashof Pontiller w miejscowości Oberdrauburg, który od początku XIX wieku należy do jednej rodziny. Kolacja nas zachwyca, ale niestety śniadanie jest biedne jak polski program budowy autostrad. Rozczarowani tym faktem czym prędzej ruszamy w drogę. Na szczęście hotel dysponuje specjalnym garażem dla motocykli.

Od Wielkiego Dzwonu

Z Oberdrauburga mamy dosłownie rzut beretem do prawdziwej ikony austriackich dróg - Grossglockner Hochalpenstrasse. Mimo sporej sumy, jaką trzeba zapłacić za przejazd tą drogą (26 euro za motocykl), nie mamy wątpliwości, że to dobrze wydane pieniądze. Jedyne co nas trochę martwi to fakt, że na horyzoncie pojawiają się granatowe chmury.

Powiadają, że są drogi bardziej ekscytujące i widokowe niż Grossglockner. To prawda, sam odwiedziłem kilka takich. Nie zmienia to jednak faktu, że Grossglockner to świątynia motocyklistów - atmosfera, tworzona przez niezwykłe połączenie spektakularnych widoków, doskonałej nawierzchni i wspaniałych zakrętów, jest niepowtarzalna i powoduje nagły skok endorfin u każdego bikera.

GrossGlockner skuter kymco

---

Konrad: Dla mnie w pojęciu turystyki motocyklowej bardzo ważne są oba człony tej nazwy. Nie rozumiem wyjazdów na najpiękniejsze szlaki Europy tylko po to, by szaleć na winklach. Na trasach typu Mangart czy Grossglockner Hochalpenstrasse jazda w sportowym stylu wymaga nieustannego skupienia na drodze, inaczej skończy się w przepaści lub na skalnej ścianie. Umykają widoki, zapachy, szczegóły.

Jeśli miałbym się skupiać na samej jeździe, wolałbym wyjechać na tor Radom. W moim pojęciu turystyki motocyklowej pojazd nie istnieje bez kontekstu, bez drogi, bez otoczenia. Jeżdżę wolniej, chłonąc wszystko, co mijam. Pod tym względem maxiskuter jest bardzo wdzięcznym środkiem lokomocji. Skutecznym, wygodnym, a przy tym dyskretnym. Pozwala na znalezienie się w fantastycznych miejscach bez absorbowania sobą.

---

Zaglądamy na Franz Josef Hoche - kompleks turystyczny w najwyższym miejscu drogi. Znajduje się tutaj parking dla motocyklistów, darmowe, zamykane szafki na graty, restauracje, toalety i punkty widokowe na gasnący już powoli lodowiec Pasterze. Skwapliwie korzystamy z przywileju obecności w tym miejscu, robiąc niezliczone zdjęcia i, wreszcie, relację na żywo dla czytelników. Szczerze mówiąc nie chce nam się stąd ruszać, choć to dopiero preludium pięknej drogi Grossglockner Hochalpenstrasse.

Jedziemy dalej. Po serii karkołomnych winkli pokonujemy tunel na przełęczy Hochtor, za którym czeka nas chwila spokoju przed słynnym EdelweissSpitze - punktem widokowym, do którego prowadzi bardzo wąska, brukowana droga. To miejsce szczególnie upodobali sobie motocykliści, więc i nas nie może tam zabraknąć.

Deszczowy epilog

Zbiera się na deszcz, więc ubieramy przeciwdeszczówki i ruszamy w dół. Zadanie nie jest łatwe - Grossglockner, spektakularną orgią zakrętów przypomina, że nie tak łatwo pożegnać się z tą drogą. Znacznie wolniej niż pod górę, ścigani przez grube krople deszczu, opuszczamy tę niezwykłą trasę, szukając miejsca, w którym moglibyśmy coś zjeść.

Okazja nadarza się w restauracji hotelu Wasserfall w Fusch. Niestety, po całkiem smacznym posiłku okazuje się, że kartą płacić można dopiero od 50 euro. Dziwna polityka.

Kolejne dwa dni spędzamy na tranzycie w stronę domu. Ostatni dzień wyjątkowo daje nam się we znaki, racząc nas rzęsistym deszczem przez całe Czechy i pół Polski. Finalnie udaje nam się jednak dotrzeć do celu bez problemów.

---

Konrad: Wyjazd ten utwierdził mnie w przekonaniu, że określenie "skuter miejski" to wyłącznie myk marketingowy, służący łatwemu wypozycjonowaniu produktu na rynku. Pojazdy tego typu, zwłaszcza z silnikami większymi niż 125 cm3, to maszyny, które mają więcej turystycznych zalet, niż niejeden motocykl określany jako "turystyk". Są wystarczająco dynamiczne, bardzo wygodne, pakowne i świetnie chronią przed złymi warunkami pogodowymi.

Od dawna mam wrażenie, że problem ze skuterami to wyłącznie problem w myśleniu. Uprzedzenie, które wyleczy jeden wyjazd w tym stylu, który zrobiliśmy z Rafałem. Mówiąc najkrócej - po dwóch tysiącach kilometrów nie myślisz o stylistyce, wizerunku i dźwięku silnika, tylko o tym, czy jest ci fajnie, wygodnie i nie szarpiesz się z bagażem. No chyba, że w definicję turystyki motocyklowej musi być wpisana manualna skrzynia i ciągłe pokonywanie trudności.

Ja z tej wyprawy wróciłem szczęśliwy, zrelaksowany i naładowany energią na jesień. Posiadaczom tych maszyn, którzy wykorzystują je wyłącznie na dojazdy do pracy, proponuję dalszy wyjazd. Tak samo wszystkim motocyklistom, którzy mają wyrobione zdanie, a nigdy nie spróbowali.

Moi drodzy - jedyny rodzaj turystyki, w której skuter się nie sprawdzi, to prawdziwy offroad, choć tutaj Honda X-Adv już prosi, by potrzymać jej piwo. Rzeczywiście, pakując się skuterem na bezdroża Azji możecie być pewni wczasów w stylu jerozolimskim - "umęczon, umarł i pogrzebion". W Europie, poza nielicznymi zakątkami, epoka pionierów zakończyła się wiele lat temu. Nie udawajmy, że wciąż musimy odkrywać. Teraz mamy się cieszyć!

 

 

Zdjęcia
Komentarze 3
Pokaż wszystkie komentarze
Dodaj komentarz

Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników portalu. Ścigacz.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Jeżeli którykolwiek z komentarzy łamie regulamin , zawiadom nas o tym przy pomocy formularza kontaktu zwrotnego . Niezgodny z regulaminem komentarz zostanie usunięty. Uwagi przesyłane przez ten formularz są moderowane. Komentarze po dodaniu są widoczne w serwisie i na forum w temacie odpowiadającym tematowi komentowanego artykułu. W przypadku jakiegokolwiek naruszenia Regulaminu portalu Ścigacz.pl lub Regulaminu Forum Ścigacz.pl komentarz zostanie usunięty.

Nasi fani komentowali

Polecamy

Aktualności

reklama

sklep Ścigacz

    na górę