Rumunia, Mołdawia i Naddniestrze motocyklem. Relacja z wyprawy Versysem przez Karpaty
Wyjazd motocyklem do Rumunii to jeden z bardziej popularnych kierunków wśród motocyklistów w Polsce. Ponieważ zawsze ciągnęło mnie bardziej na wschód, a dodatkowo interesuję się historią byłego Związku Radzieckiego, postanowiłem pojechać dalej niż większość. Celem wyprawy miały być Rumunia, Mołdawia oraz Republika Naddniestrzańska - państwo, które teoretycznie nie istnieje. Pomyślałem więc, że warto przekonać się, czy rzeczywiście to państwo nie istnieje.
Plan na wyprawę był prosty - jak najszybciej dotrzeć do północnej Rumunii, trzy dni, aby dotrzeć do granicy Naddniestrza i czwartego dnia zaatakować granicę. Reszta jak wyjdzie... Transfogaraska, Transalpina... coś się wybierze. Jeszcze przed wyjazdem zarezerwowałem hotel w Tyraspolu, wydrukowałem wszystkie potwierdzenia oraz potrzebne dokumenty, aby formalności graniczne przebiegły możliwie sprawnie.
Dzień 1 - Żory - Baia Mare - rekorodowy komin
Pierwszego dnia zaplanowałem dojechać do Baia Mare. Chciałem ominąć autostrady i pojechać bardziej malowniczą trasą - przez górskie miejscowości Małopolski, następnie przez Słowację, skąd doskonale było widać Tatry, a później wjechać do Rumunii. Trasa minęła bardzo sprawnie i około godziny 17 dotarłem do Baia Mare. Pogoda dopisywała, dlatego od razu pojechałem na "urbex" zobaczyć najwyższy komin w Europie - pozostałość po dawnym kombinacie hutniczym.
Komin o wysokości około 351,5 metra jest dziś jednym z symboli miasta. Miał za zadanie odprowadzać toksyczne gazy z huty wysoko ponad okolicę, aby ograniczyć ich wpływ na mieszkańców i środowisko. Niestety zbyt długo tego nie robił. Początek XXI w. przyniósł powolny koniec górnictwa. Skąd my to znamy... Kompleks wydobywczy już nie istnieje, ale ogromny komin pozostał i robi naprawdę duże wrażenie. Dopiero stojąc u jego podstawy, człowiek uświadamia sobie, jak ogromny jest ten komin. Po zajrzeniu do komina (od dołu jest możliwość) jadę na rynek. Rynek Baia Mare jest bardzo ładny. Można przyjemnie pospacerować po mieście. Wieczorem zajechałem na zarezerwowaną wcześniej kwaterę i zaparkowałem Versysa w szopie. Dzień zakończyłem kolacją, domową palinką i winem.
Dzień 2 - DN18 - serpentyny jak makaron
Drugiego dnia po śniadaniu w końcu przyszedł czas na to, na co czekałem najbardziej - rumuńskie serpentyny. Już z samego rana wjechałem na drogę DN18, jedną z najbardziej malowniczych tras północnej Rumunii, łączącą historyczne regiony Marmarosz i Bukowinę. Po kilkunastu minutach jazdy pojawiły się pierwsze agrafki. Pogoda była świetna, asfalt suchy, a ruch niewielki, więc jazda sprawiała ogromną przyjemność.
Radość nie trwała jednak długo. W jednym z zakrętów przednie koło niespodziewanie uślizgnęło się. Na szczęście udało mi się opanować motocykl i uniknąć wywrotki. Po chwili zauważyłem, dlaczego o mało co nie przewróciłem się... smuga oleju lub paliwa, która wyciekła z jakiegoś samochodu. Od tego momentu jechałem już znacznie ostrożniej.
Z DN18 odbiłem do miejscowości Bârsana. Wiele osób, szczególnie kobiet, miało na sobie tradycyjne stroje ludowe - spódnice i chusty w kolorowe kwiaty. Po chwili zrozumiałem, dokąd wszyscy się wybierali. Przejechałem obok dużego monasteru. Zbudowany w charakterystycznym dla Marmaroszu drewnianym stylu kompleks klasztorny robił bardzo duże wrażenie. Ze względu na odbywające się nabożeństwa nie zatrzymywałem się jednak długo i po krótkim rekonesansie ruszyłem dalej.
Kolejnym punktem była przełęcz Prislop, położona na wysokości około 1416 m n.p.m. Na szczycie przełęczy znajduje się kolejny monaster oraz a jakże... stragany z pamiątkami. Zauważyłem, że od czasu mojej poprzedniej wizyty Rumunia bardzo rozwinęła się pod względem oferty skierowanej do motocyklistów - bez problemu można było kupić ciekawe naklejki z nazwami przełęczy i tras. Oczywiście jedną z nich zabrałem na pamiątkę.
Z Prislopu pojechałem dalej w kierunku Vatra Dornei. Patrząc na mapę postanowiłem zaliczyć przełęcz Rarău, której jeszcze nigdy wcześniej nie przejeżdżałem. Niestety prognoza pogody nie wyglądała optymistycznie. Na horyzoncie przesuwała się burza, a ja jechałem za nią.
Pierwsze kilometry przełęczy prowadziły przez gęsty las. Droga była wąska, pełna ciasnych zakrętów, a po burzy leżały na niej kamienie, gałęzie i błoto naniesione z poboczy. Dopiero po wyjechaniu ponad linię lasu krajobraz całkowicie się zmienił. Otworzyły się szerokie panoramy Bukowiny i mogłem zatrzymać się na kilka zdjęć. Widok był piękny.
Jednym z najciekawszych miejsc na tej trasie są Skały Księżniczki (Pietrele Doamnei). To imponujące wapienne formacje skalne wyrastające wysoko ponad lasem. Gdy zaparkowałem motocykl w pobliżu hotelu Alpin Rarau, rozpadał się krótki, ale bardzo intensywny deszcz. Na szczęście trwał tylko kilka minut. Do samych skał spod hotelu prowadzi około 45-minutowy szlak pieszy, ale odpuściłem i ograniczyłem się do podziwiania ich z punktów widokowych przy drodze.
Północna część przełęczy okazała się łatwiejsza do przejechania, jednak skutki burzy były widoczne niemal na każdym zakręcie. Potoki naniosły na asfalt kamienie i żwir, więc o dynamicznej jeździe nie było mowy. Na jednym winklu woda naniosła kamienie wielkości pięści. Jadące przede mną nowe BMW aż zwolniło do 5 km/h, żeby się nie uszkodzić. Ach, te nowe samochody...
Za przełęczą Rarău skierowałem się drogą 17A w stronę Vatra Moldoviței. W tym momencie dogonił mnie deszcz, z którym nie chciałem się spotkać. Jechałem już cały dzień i nie miałem ochoty kończyć go całkowicie przemoczony. Przede mną była jeszcze przełęcz Palma i Suczawica, gdzie wcześniej upatrzyłem sobie pole namiotowe.
Postanowiłem zatrzymać się pod przydrożną wiatą. Z kufra wyciągnąłem kawiarkę i przygotowałem sobie kawę. To był dobry pomysł, bo po wypiciu kawy deszcz przestał padać. Spakowałem się i ruszyłem w stronę kolejnej przełęczy.
Przełęcz Palma okazała się bardzo przyjemną drogą. Wznosi się na wysokość około 1100 m n.p.m. i prowadzi przez spokojne, zalesione tereny Bukowiny. Po drodze zatrzymałem się przy charakterystycznym pomniku Wielkiej Dłoni - betonowej rzeźbie otwartej dłoni skierowanej ku niebu, symbolizującej gościnność mieszkańców regionu oraz miejsce pożegnań dawnych podróżnych.
Pod pomnikiem jeszcze raz sprawdziłem mapę. Do Suczawicy pozostawało zaledwie kilkanaście kilometrów, więc wiedziałem, że dzisiejszy dzień powoli dobiega końca. Po kilku zdjęciach ruszyłem w ostatni odcinek. Po drodze minąłem słynny monaster w Suczawicy. Było już jednak późne popołudnie i z zewnątrz wyglądało na to, że obiekt jest zamknięty, dlatego postanowiłem zostawić jego zwiedzanie na następny poranek.
Wieczorem dotarłem na wcześniej wybrane pole namiotowe. Cena 35 Lei, czyli 28 zł. Całkiem w porządku, a standard dobry. Rozbiłem namiot i zakończyłem drugi dzień wyprawy. Za mną były jedne z najpiękniejszych dróg północnej Rumunii, 330 kilometrów jazdy i pierwsze spotkanie z kapryśną górską pogodą. Mimo kilku śliskich zakrętów był to dzień, który tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że północ Rumunii to świetny region dla motocyklistów.
Dzień 3 - Mołdawia i nocleg nad Dniestrem
Następnego dnia wstałem około godziny szóstej rano. Na polu namiotowym panowała jeszcze cisza. Grupa Niemców jeszcze spała po wczorajszej zakrapianej kolacji. W dużej stołówce przygotowałem sobie śniadanie, zainstalowałem mołdawski eSIM w telefonie i ruszyłem w drogę.
A właściwie zawróciłem dwa kilometry do monasteru. Był to obronny kompleks z malowaną cerkwią pod wezwaniem Zmartwychwstania, wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Tym razem byłem z kolei zbyt wcześnie. Przy wejściu kręcił się jednak pracownik klasztoru i pozwolił mi wejść na teren kompleksu. Dzięki temu mogłem spokojnie obejrzeć słynne freski pokrywające zewnętrzne ściany cerkwi. Ich liczba i poziom szczegółowości naprawdę robią ogromne wrażenie. Sceny z Biblii, szczególnie z księgi Objawienia, naprawdę prezentowały kunszt artystów.
Ale trzeba realizować plan na ten dzień - dojechać jak najbliżej granicy z Naddniestrzem. Następnego ranka chciałem możliwie wcześnie przekroczyć granicę, aby w razie jakichkolwiek problemów z pobytem w Naddniestrzu mieć chociaż jeden cały dzień na zwiedzanie tego państwa. Dlatego wybrałem nocleg w Tipovej, niewielkiej wsi położonej nad Dniestrem, znanej z wykutego w skale monasteru. Bardziej niż kolejny monaster przyciągało mnie to, że tam znalazłem jedyne sensowne pole namiotowe blisko Rybnicy, w której chciałem przekroczyć granicę. Trasa nie była długa, więc mogłem jechać spokojnym tempem i potraktować ten dzień bardziej wypoczynkowo.
Do granicy z Mołdawią prowadziła dość monotonna droga. Krajobraz stawał się coraz uboższy, ruch był niewielki, a miejscowości po drodze nieliczne. Przed samym przejściem granicznym zatrzymałem się na herbatę obok pomnika rumuńskiego Janosika. Gheorghe Coroi - lokalny Robin Hood łupił bogatych i dzielił się z biednymi. A poza tym współpracował z rumuńską służbą bezpieczeństwa. Jednak nie zagłębiałem się w prawdę, bo akurat tu zdania będą podzielone i każdy będzie mieć swoją wersję prawdy.
W końcu Mołdawia! Kierunek Soroki - polska twierdza. Przez 90 kilometrów asfalt był tak dziurawy, że podczas postojów musiałem co chwilę dokręcać plastikowe nakrętki regulacyjne szyby Versysa. Dopiero ostatnie 10 kilometrów przed Sorokami było znośne.
W Sorokach chciałem zwiedzić słynną twierdzę. Niestety okazało się, że w ten dzień była zamknięta. Pozostało mi jedynie obejrzenie jej z zewnątrz i zrobienie kilku zdjęć. Mimo to twierdza prezentowała się bardzo okazale i uznałem, że kiedyś warto będzie tu wrócić.
Z Sorok skierowałem się do Tipovej. Temperatura przekraczała 30°C, niebo było bezchmurne i nic nie zapowiadało pogorszenia pogody. Na miejsce dotarłem około 16:30. Dobrze, że wcześniej skontaktowałem się z właścicielką, ponieważ cały obiekt - hotel z restauracją był zamknięty. Po telefonie przyszła jednak Pani i otworzyła bramę. Jak zwykle, gdy usłyszała, że jestem z Polski, rozmowa szybko przeszła na rosyjski - język, którego nigdy się nie uczyłem, ale w którym musiałem ze wszystkimi rozmawiać.
Pani pokazała mi miejsce na namiot, ubikację i skasowała 200 lei mołdawskich (45 zł). Myślę sobie... fajnie, cisza, spokój, wieś..., ale gdzie prysznic? Nie było. Tylko zimna woda pod wiatą w zlewie. No cóż...
Było jeszcze całkiem wcześnie, więc postanowiłem odnaleźć skalny monaster, z którego słynie Tipova. Jednak nie od razu trafiłem na właściwą ścieżkę. Za pierwszym razem poszedłem w złą stronę i dopiero po powrocie udało mi się znaleźć właściwą drogę prowadzącą kamiennymi schodami. Sam monaster, wykuty w skale nad Dniestrem, okazał się pusty. Generalnie nie ma tam nic. Oczywiście wykucie takich pomieszczeń w wąwozie nad rzeką było nie lada wyczynem, ale średnio mnie to cieszyło na myśl, że muszę teraz wracać pod górę. I jeszcze pogubiłem drogę. Wracałem jakąś ścieżką, po której na pewno dawno nie stąpała stopa mnicha. Tym bardziej że sami mnisi wybudowali sobie normalne kwatery na powierzchni. W końcu po pół godzinie wyszedłem na pole... przeorane pole. Ale to już blisko namiotu. Kolacja i cisza, przerywana jedynie odgłosami okolicznych gospodarstw, były idealnym zakończeniem dnia poprzedzającego wjazd do Naddniestrza
Dzień 4 - Wjazd do Naddniestrza
Wtorek zaczynam od "pożywnego" śniadania instant. Spokojnie zjadłem śniadanie, spakowałem namiot i jeszcze raz sprawdziłem wszystkie dokumenty. Ruszam przed 8:00. Do granicy w Rybnicy miałem zaledwie około 45 kilometrów. Kilometry te przejechałem z niecierpliwością, ponieważ chciałem już być po drugiej stronie granicy.
Po dojechaniu do przejścia granicznego schowałem kamerę zamontowaną na motocyklu i ustawiłem się w krótkiej kolejce. W końcu podjechałem do okienka. W okienku była młoda, uśmiechnięta blondynka. Przekazałem wszystkie dokumenty, powiedziałem, że zamierzam zostać jedną noc, i pokazałem rezerwację hotelu. Po chwili otrzymałem dokument, który wyglądał jak paragon ze sklepu i uprawniał do pobytu. Od tego momentu mogłem legalnie zostać w Republice Naddniestrzańskiej przez dwie noce.
Następnie zostałem skierowany do kolejnego stanowiska, gdzie zajmowano się pojazdami. Tam usłyszałem pierwsze pytanie o winietę. Myślę sobie... super... opłata za naddniestrzańskie autostrady. Celnik pooglądał motocykl i kazał przejechać kawałek dalej, do kolegi, po ich winietę. Z biura wyszedł młody urzędnik, widać, że po siłce. Niestety jego tempo pracy nie było powalające... Przez 45 minut wypełniał dokument, przepisując podstawowe dane z dowodu rejestracyjnego. Każda kolejna pieczątka była przykładana z ogromnym namaszczeniem, jakby od niej zależały losy całego państwa.
Ostatecznie wszystkie formalności zakończyły się pomyślnie i mogłem spokojnie opłacić winietę. Tu znów pokazali się z dobrej strony. Zapłacić można było lejami mołdawskimi, rublami naddniestrzańskimi, euro i dolarami. Cudownie. Zapłaciłem 100 lei mołdawskich (20 zł). Muszę przyznać, że jak na państwo uznawane za "nieistniejące", organizacja przejścia granicznego robiła profesjonalne wrażenie.
Od razu pojechałem do centrum Rybnicy i zaparkowałem przed Leninem. Zanim jednak zdążyłem obejrzeć monument, zagadnął mnie jeden z mieszkańców. Rozmowa szybko zeszła na motocykle... Jaka pojemność, jaka moc, a jakim motocyklem on jeździł. Facet miał zdecydowanie czas, bo stałby i gadał pewnie z godzinę, ale zagadałem go o kantor. Pokazał mi, gdzie iść i rozstaliśmy się.
Chwilę później kupiłem espresso i lokalny wypiek z serem. Ceny były wręcz symboliczne - kawa kosztowała 80 groszy, a przekąska niewiele ponad dwa złote.
Spacerując po centrum, zauważyłem kilka charakterystycznych elementów, które później powtarzały się niemal w każdym mieście. Główny plac, pomniki Lenina, tablice z fotografiami zasłużonych mieszkańców, mozaiki na murach lub przystankach. Dla mieszkańców nie wszystkie z tych pamiątek są powodem do dumy, ale z punktu widzenia turysty tworzyły one wyjątkowy klimat, którego trudno szukać gdziekolwiek indziej.
Opuszczając Rybnicę natrafiłem jeszcze na Memoriał Chwały Wojskowej. Właśnie tam dwie nauczycielki pokazywały małemu chłopcu jak trzymać naddniestrzański sztandar. Na pewno ćwiczenia pomogą mu zaprezentować odpowiednią postawę na zakończenie roku szkolnego, który miał się zakończyć już za dwa tygodnie.
Po opuszczeniu Rybnicy ruszyłem dalej na południe. Biedne wioski, dużo pustych przestrzeni zapełnionych w większości przez winnice i samochody pamiętające czasy Związku Radzieckiego. Bardzo ciepło i słonecznie. Pogoda to chyba najmocniejszy punkt Mołdawii.
Po drodze zatrzymałem się w Dubosarach. Miasto nie było głównym celem, ale skoro przejeżdżałem obok, postanowiłem zobaczyć jego centrum i Lenina. Cóż, Lenin mniejszy niż ten w Rybnicy, tylko do pasa. Zrobiłem zdjęcie i pobiegłem do motocykla, zanim się rozpuszczę od gorąca. Na wylotówce siedziała młoda dziewczyna sprzedająca z beczki kwas chlebowy. W Polsce próbowałem go kiedyś ze sklepu i nie za bardzo mi smakował. Jednak postanowiłem dać mu szansę. Za kilka rubli dostałem schłodzony napój, który przy ponad trzydziestostopniowym upale smakował znakomicie. Być może po prostu trzeba pić go tam, gdzie jest częścią codzienności.
Podczas jednego z postojów wydarzyła się bardzo miła sytuacja. Zatrzymał się przy mnie kierowca nowego Opla. Ku mojemu zaskoczeniu odezwał się po polsku. Okazało się, że jest Polakiem mieszkającym od lat w Naddniestrzu. Miał około 40 lat. Powiedział, że zauważył polskie tablice rejestracyjne i postanowił się zatrzymać. Rozmawialiśmy przez kilka minut o życiu w republice, o Polakach mieszkających w okolicy i o tym, że spotyka tu coraz więcej motocyklistów z Polski.
Około 14:00 dotarłem do Tyraspola. Miasto sprawiało wrażenie jedynego nowoczesnego punktu na mapie Naddniestrza. Jednak, gdy zbliżałem się do hotelu znajdującego się blisko centrum, zdziwiło mnie, że tak blisko centrum są typowo wiejskie domy. Hotel okazał się bardzo przyjemny, a motocykl mogłem zostawić na placu przed budynkiem. Już podczas meldowania recepcjonistka zapytała, skąd jestem. Kiedy usłyszała, że z Polski, zaproponowała rozmowę po ukraińsku, twierdząc, że przecież polski i ukraiński są do siebie podobne. Tak jest zawsze, kiedy jestem w jakimś ruskim kraju. Pokój był czysty i wygodny, więc z przyjemnością wziąłem prysznic i zszedłem do restauracji na obiad.
Podczas obiadu spotkałem kolejnego Polaka. Tym razem był to starszy turysta, który wcześniej podróżował po Ukrainie, a teraz zwiedzał Mołdawię i Naddniestrze. Po krótkiej rozmowie zamówiłem miejscową mamałygę oraz kieliszek lokalnego koniaku. Mamałyga średnia, koniak zdecydowanie na plus. Potem poszedłem na spacer po Tyraspolu. W parkach spacerowały rodziny z dziećmi, kawiarnie były pełne ludzi. Mimo swojej specyfiki Tyraspol sprawiał wrażenie zadbanego i bezpiecznego miasta. Oczywiście wystarczyło oddalić się od ścisłego centrum, aby zobaczyć znacznie gorsze zakątki. W centrum jeżdżą przeważnie dobre auta, ale widać, że coś jest nie tak, gdy nagle przejeżdża trolejbus, który trzyma się w kupie jedynie siłą woli pasażerów. To dotyczy też samochodów różnych służb użyteczności publicznej - Ziłów czy GAZ-ów.
Spacerując ulicą 25 Października, mijałem kolejne symbole miasta - pomnik Aleksandra Suworowa, pomnik Carycy Katarzyny II, czołg T-34, pomnik Lenina oraz rozbudowany memoriał poświęcony wojnie o niepodległość Naddniestrza. Szczególnie poruszające były tablice z nazwiskami poległych. Większość z nich stanowili bardzo młodzi ludzie - dwudziesto- i trzydziolatkowie. Bez względu na ocenę samego konfliktu trudno przejść obok takich miejsc obojętnie.
Podczas spaceru spotkałem turystę z Czech, którego wcześniej zauważyłem przy pomnikach. Okazało się, że podróżuje autostopem. Wymieniliśmy się wrażeniami z pobytu w Naddniestrzu. Był zaskoczony, że przyjechałem tu motocyklem, bo wcześniej słyszał różne niepokojące historie o przekraczaniu granicy własnym pojazdem (włącznie ze strzelaninami).
Być może najładniejszy budynek Tyraspola to siedziba Sheriffa. Koncern tajemniczego oligarchy ma swoje sklepy, stacje paliw, a nawet klub piłkarski z nowoczesnym stadionem. Wszystko to kontrastuje z tak słabo wyglądającymi służbami miejskimi. Ale widocznie komuś ten stan rzeczy odpowiada.
Dzień 5 - Próbuję wyjechać z Naddniestrza
Rano, po śniadaniu, spakowałem motocykl i ruszyłem w kierunku Bender. To właśnie tam znajduje się jedna z największych atrakcji turystycznych Naddniestrza - potężna twierdza położona nad Dniestrem. Droga z Tyraspola zajęła zaledwie kilkanaście minut. Już z daleka widać było mury twierdzy i złote kopuły cerkwi.
Przed wejściem ponownie spotkałem Czecha, którego poznałem poprzedniego wieczoru w Tyraspolu. Jak się okazało, również przyjechał zwiedzić twierdzę. Przez chwilę rozmawialiśmy o planach na dalszą podróż, po czym każdy ruszył swoim tempem na zwiedzanie.
Twierdza w Benderach to jeden z najlepiej zachowanych obiektów tego typu w całym regionie. Jej historia sięga XVI wieku, kiedy została zbudowana na polecenie Sulejmana Wspaniałego. Przez kolejne stulecia była świadkiem wielu bitew, w tym również z Polakami.
Po zwiedzeniu twierdzy ruszyłem w kierunku południowym do Komratu - stolicy Gagauzji. Bendery są już za rzeką, więc nie wiedziałem dokładnie, gdzie będzie jakiś punkt graniczny. Gdy jechałem już tak z 10 kilometrów, zacząłem się obawiać, że przejechałem granicę na dziko. Jechałem przez coraz gorsze wsie.
Kiedy minął mnie motocyklista na starym motocyklu, w skórzanym hełmie jak czołgista lub bramkarz Chelsea Londyn, Petr Čech, z takimi wywiniętymi do góry nausznikami, wiedziałem, że już o wiele gorszej wsi prawdopodobnie w Europie nie ma.
Po przejechaniu krótkiego odcinka asfalt całkowicie się skończył i zamienił się w szeroką, piaszczysto-żwirową drogę, na której dawały radę samochody typu Golf II i Kamaz. Zatrzymałem się na chwilę i sprawdziłem jeszcze raz nawigację. Nawigacja pokazywała około 7 kilometrów do kolejnego skrzyżowania, a ja myślę, że za 7 metrów na moim Versysie przewrócę się, no ale co miałem zrobić? Jechałem dalej i za około 200 metrów, za następnym winklem, w końcu zobaczyłem posterunek graniczny.
Kamień spadł mi z serca, przynajmniej formalności będę miał za sobą. Podjechałem do szlabanu i z budki wyszedł młody pogranicznik. Zagadałem do niego, a on się uśmiechnął. Dałem mu wszystkie dokumenty i wrócił do swojej budki, żeby coś posprawdzać. Wyszedł z niej trochę zafrasowany i powiedział mi, że niestety nie może mnie wypuścić tym przejściem granicznym. Powiedział mi, że powinienem zawrócić i jechać na główne przejście.
Zacząłem się obawiać, że będę musiał wracać aż tam, skąd przyjechałem - 150 km. On poszedł skonsultować się ze starszym kolegą. Kiedy wrócił, próbował mi wytłumaczyć, gdzie mam jechać. Niestety tu mój rosyjski się skończył. Musieliśmy wspomóc się tłumaczem w telefonie.
Na szczęście pokazałem mu, gdzie planuję dalej jechać, a on zaznaczył mi w nawigacji, gdzie jest to główne przejście graniczne. Zawróciłem, przebiłem się znowu przez te wsie, no i wjechałem w jakieś postradzieckie osiedla. Znowu, po około 10 kilometrach, wbiłem na szeroką, dwupasmową drogę, która prowadziła do miasta Căușeni.
Na granicy oczywiście byłem kontrolowany przez kilka służb naddniestrzańskich, rosyjskich i mołdawskich. Wszyscy mi gratulowali "super ekskursiji".
Obrałem kierunek na Komrat - stolicę Gagauzji. Asfalt w Mołdawii jest dziurawy i nierówny, aż dojeżdżamy do Gagauzji. Tam pojawiają się nowe drogi ekspresowe, których standard jest porównywalny z tym, do czego jesteśmy przyzwyczajeni w Polsce. Po wielu kilometrach jazdy po zniszczonych drogach była to naprawdę miła odmiana.
Postanowiłem zjechać do Komratu, stolicy Gagauzji. Byłem tam już kilka lat wcześniej, ale chciałem zobaczyć, czy coś się zmieniło. Z ciekawości sprawdziłem również, czy pomnik Lenina nadal stoi na swoim miejscu. Stał dokładnie tam, gdzie go zapamiętałem. Przy okazji zjadłem obiad i ruszyłem dalej.
Do końca dnia planowałem dotrzeć do rumuńskiego Gałacza. Uznałem, że jeśli uda mi się nadrobić parę kilometrów, będę miał więcej czasu na górskie trasy w kolejnych dniach. Im bardziej zbliżałem się do granicy, tym było brzydziej. Przemysłowe okolice, puste drogi, liczne ciężarówki, stare stacje paliw i przydrożne zajazdy sprawiały dość ponure wrażenie.
Najwięcej czasu straciłem na przejściu granicznym. Po stronie mołdawskiej formalności przebiegły sprawnie, natomiast po stronie rumuńskiej kolejka praktycznie stała w miejscu. Kierowcy byli wyraźnie zdenerwowani, a atmosfera robiła się coraz bardziej nerwowa.
W pewnym momencie, gdy nie podjechałem od razu za samochodem, jedna z kierujących próbowała wcisnąć się przede mnie. Wystarczyło jednak jedno wymowne spojrzenie i zrezygnowała z tego pomysłu. Ostatecznie wszyscy doczekaliśmy swojej kolejki i mogłem wjechać do Rumunii.
Sam Gałacz ma bardzo przemysłowy charakter. Bocznice kolejowe, portowe dźwigi nad Dunajem i liczne zakłady przemysłowe sprawiają, że trudno szukać tu turystycznego klimatu. Zatrzymałem się tylko na chwilę, żeby poszukać miejsca na nocleg.
W końcu trafiłem nad słone jezioro w pobliskiej miejscowości, gdzie znajdowało się kilka hoteli oraz jedyny działający kemping. Część budynków wyglądała na opuszczone lub nigdy niedokończone, ale miejsce tętniło życiem.
W recepcji rozpoczęła się prawdziwa językowa łamigłówka. Pracownica próbowała porozumieć się ze mną po rumuńsku, rosyjsku i trochę po angielsku. Chciałem zapłacić jedynie za miejsce pod namiot, jednak nikt nie potrafił powiedzieć, ile ono kosztuje. Po długim oczekiwaniu udało się skontaktować z menedżerem. Okazało się, że rozbicie namiotu kosztuje zaledwie 20 lei mniej niż wynajęcie domku. W tej sytuacji wybór był prosty - zrezygnowałem z namiotu i wynająłem domek. Cena: 200 lei rumuńskich (160 zł).
Dzień 6 - Transbucegi i nocleg nad jeziorem Bolboci
W czwartek ruszam z kempingu, kierując się na miasto Buzău, a następnie drogą nr 10 jadę w kierunku Braszowa. Po przejechaniu około 150 km zaczynają się w końcu ładne zakręty z widokiem na zbiornik Siriu i pobliską zaporę. Sam Braszów omijam i skręcam na południe. Wlatuję na drogę nr 1 w kierunku miasta Sinaia. Tu zaczyna mocno padać. W miejscowości Sinaia odbijam w prawo i wjeżdżam na drogę nr 71, która wiedzie ciasnymi agrafkami. Niestety jazdy nie ułatwiają remont drogi, duży ruch samochodów i mocno padający deszcz. Z głównej drogi odbijam ponownie w prawo i wjeżdżam na wąską drogę prowadzącą na trasę Transbucegi.
Wjeżdżam do lasu. Deszcz powoli ustaje, a przede mną otwiera się jeden z najpiękniejszych widoków podczas całej wyprawy. Droga prowadzi szerokimi grzbietami gór Bucegi. Po obu stronach rozciągają się zielone hale, po których pasą się ogromne stada owiec i krów. Zwierzęta pilnowane są przez pasterzy, a całość wygląda dokładnie tak, jak wyobrażałem sobie rumuńskie Karpaty.
Asfalt jest jeszcze mokry po ulewie, ale jazda znowu zaczyna sprawiać ogromną przyjemność. Co chwilę zatrzymuję się, żeby zrobić zdjęcia i nagrać kilka ujęć. Takich widoków po prostu nie da się minąć obojętnie.
Kieruję się w stronę jeziora Bolboci. W jego pobliżu znajduje się bardzo znane schronisko Cabana Bolboci z 1928 roku, które można porównać do naszego schroniska nad Morskim Okiem. Jest już około godziny siedemnastej i przez chwilę zastanawiam się, czy nie zakończyć tutaj dnia. Szybko jednak rezygnuję z tego pomysłu. Najtańszy pokój ze wspólną łazienką kosztuje około 250 złotych, a to zdecydowanie więcej niż chciałbym wydać.
Przypominam sobie o niewielkim kempingu, który wcześniej zauważyłem na mapie. Widziałem tam drewniane domki i miejsce wyglądało naprawdę zachęcająco. Próbuję dodzwonić się pod podany numer telefonu, ale nikt nie odbiera. Postanawiam podjechać na miejsce. Spotykam tam kilku starszych mężczyzn zajmujących się wypasem owiec. Pytam czy mogę zostać na noc. Okazuje się, że nie ma z tym żadnego problemu. Cena: 160 lei (130 zł).
To był jeden z najlepszych noclegów podczas całej wyprawy. Kemping położony był wśród gęstych świerkowych lasów, panowała tam cisza, a sanitariaty były bardzo czyste. Po poprzednim noclegu była to naprawdę super miejscówka.
Wieczorem poszedłem jeszcze do schroniska nad jeziorem na kolację. Po solidnym posiłku wróciłem do domku i mogłem spokojnie przygotować się do kolejnego dnia. Następnego ranka czekała mnie jedna z najbardziej znanych dróg motocyklowych Europy - Transfogaraska.
Dzień 7 - Transfogaraska
Od rana żyłem właściwie tylko jedną myślą. Według informacji, które sprawdzałem jeszcze poprzedniego wieczoru, właśnie tego dnia miała zostać otwarta Transfogaraska. Jechałem nią już kiedyś od północnej strony, ale tym razem chciałem pokonać ją w przeciwnym kierunku.
Niestety pogoda od samego rana próbowała pokrzyżować moje plany. Kiedy wyjechałem z kempingu i dotarłem do głównej drogi, zaczął padać intensywny deszcz. Zatrzymałem się przy niewielkim sklepie, gdzie pod wiatą stał automat z kawą. Liczyłem, że po kilkunastu minutach opady ustaną, ale nic na to nie wskazywało.
Po wypiciu gorącej kawy ruszyłem dalej. Drogą nr 71 dojechałem w okolice miejscowości Fieni, gdzie skręciłem na lokalną drogę prowadzącą w kierunku Transfogaraskiej. Był to chyba najgorszy odcinek całego wyjazdu. Ulewny deszcz, dziurawy asfalt i błoto sprawiały, że jechałem bardzo powoli. Nie sprawiało mi to żadnej przyjemności i przez chwilę zacząłem się zastanawiać, czy w ogóle uda się tego dnia przejechać słynną trasę.
Po drodze zatankowałem motocykl i ruszyłem dalej. Im bliżej byłem celu, tym bardziej poprawiała się pogoda. Gdy dojechałem do początku Transfogaraskiej, deszcz w końcu przestał padać.
Pierwsze zakręty od razu poprawiły mi humor. Mimo że miejscami asfalt był mocno zniszczony, sama jazda była fantastyczna. Kilka kilometrów dalej zobaczyłem pierwszego niedźwiedzia. Na szczęście był zajęty jedzeniem przy poboczu i zupełnie nie zwracał uwagi na przejeżdżających turystów.
Im wyżej prowadziła droga, tym piękniejsze stawały się krajobrazy. Ośnieżone szczyty, pasące się owce i kolejne serpentyny sprawiały, że znowu poczułem, po co właściwie przyjechałem do Rumunii.
Na przełęczy spotkałem wielu motocyklistów. Wszyscy cieszyli się, że jesteśmy jednymi z pierwszych, którzy w tym sezonie mogą przejechać świeżo otwartą Transfogaraską. Nad jeziorem Bâlea wciąż zalegały duże płaty śniegu i lodu, a temperatura była zaskakująco niska. Zatrzymałem się na gorącą zupę, żeby trochę się rozgrzać.
Północna część trasy okazała się jeszcze bardziej widowiskowa. Z punktów widokowych doskonale było widać charakterystyczne serpentyny, kolejkę linową oraz samochody i motocykle poruszające się po zboczu niczym po cienkiej czarnej wstędze.
Zjazd był czystą przyjemnością. Motocykl prowadził się znakomicie, a kolejne zakręty pokonywałem z ogromnym uśmiechem. Niestety wszystko kiedyś się kończy. Po opuszczeniu gór skierowałem się w stronę Sybina, gdzie znalazłem pole namiotowe z pięknym widokiem na otaczające góry.
Kemping miał dobry standard, oprócz miejsc na namioty, które były pokryte klejącym błotem. Jakimś cudem nie przewróciłem się, mimo że Versys tańczył na boki. Mogłem iść spać i obmyślić plan, jak rano wyjechać z tej błotnej pułapki.
Dzień 8 - Transapuseana i Geamăna
Rano spakowałem swój dobytek i obmyśliłem ostateczną trasę wyjazdu. Jednak szybko okazało się, że planowanie niewiele mi dało. Motocykl sam wybrał najlepszą linię przejazdu, całkowicie odmienną od mojej wizji. Na szczęście obyło się bez wywrotki i po chwili byłem już na asfaltowej drodze.
Następnie wjechałem na autostradę w kierunku Sebeș. Chciałem jak najszybciej dotrzeć do trasy Transapuseana - jednej z mniej znanych, ale bardzo wysoko ocenianych dróg w Rumunii.
Po zjechaniu z autostrady w okolicach Teiuș zatrzymałem się na stacji paliw. Podczas tankowania coś zwróciło moją uwagę. Na bokach tylnej opony zobaczyłem głębokie rowki. Przez chwilę zacząłem się zastanawiać, co mogło je spowodować. Dopiero kiedy zajrzałem pod błotnik, wszystko stało się jasne. Między oponą a błotnikiem zebrała się ogromna ilość gliny i kamieni z pola namiotowego. Przez ponad sto kilometrów jazdy po autostradzie błoto działało niczym papier ścierny i dosłownie wyżłobiło gumę.
Próbowałem oczyścić motocykl na miejscu, ale szybko zorientowałem się, że bez myjni się nie obejdzie. Na szczęście niedaleko znalazłem myjnię samoobsługową. Dwa programy mycia wystarczyły, aby usunąć cały zalegający brud. Pierwszy raz podczas motocyklowych podróży spotkałem się z sytuacją, żeby błoto i kamyki wyrządziły takie szkody.
Pogoda w końcu dopisywała. Świeciło słońce, było ciepło i nic nie zapowiadało kolejnych opadów. W takich warunkach wjechałem na trasę Transapuseana.
Już od pierwszych kilometrów wiedziałem, że warto było tu przyjechać. Droga jest wprawdzie dość wąska, ale ma nowy asfalt i prowadzi przez wyjątkowo malownicze tereny Gór Apuseni. Ruch był niewielki, dzięki czemu mogłem spokojnie delektować się każdym zakrętem. To jedna z tych tras, o których wciąż mówi się zdecydowanie za mało. Moim zdaniem śmiało może konkurować z bardziej znanymi rumuńskimi drogami.
Po drodze zjechałem również do Geamăny - miejsca, które od lat chciałem zobaczyć. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu była to normalna górska wieś. Wszystko zmieniło się pod koniec lat siedemdziesiątych, kiedy władze komunistycznej Rumunii zdecydowały o rozpoczęciu intensywnego wydobycia miedzi w pobliskiej kopalni Roșia Poieni.
Cała dolina została przeznaczona na zbiornik odpadów poflotacyjnych. Mieszkańców wysiedlono, ale niestety część z nich i tak wróciła i żyje tam do dziś. Dziś ponad powierzchnię wystaje już właściwie tylko wieża kościoła, która stała się symbolem tego miejsca.
Widok robi ogromne wrażenie. Pomarańczowo-rdzawy kolor zbiornika wygląda z daleka bardzo malowniczo, ale świadomość tego, co znajduje się pod jego powierzchnią, całkowicie zmienia odbiór tego miejsca. To chyba jedno z najbardziej niezwykłych, ale jednocześnie najbardziej smutnych miejsc, jakie odwiedziłem podczas tej wyprawy.
Po wizycie w Geamănie ruszyłem w stronę zarezerwowanego noclegu. Ostatnie kilometry prowadziły spokojnymi górskimi drogami z pięknymi widokami. Było to bardzo dobre pożegnanie z Rumunią. Nie było już wielkich przełęczy ani spektakularnych serpentyn, ale właśnie taki spokojny finał tej części podróży idealnie pasował do kończącego się wyjazdu.
Dzień 9 - Handel na cygańskim targu
Ostatniego dnia obrałem kurs na Oradeę. Plan był prosty - przejechać przez Węgry, następnie przez Słowację i wieczorem dotrzeć do domu.
Jednak w okolicach miejscowości Negreni zauważyłem ogromny ruch. Przy prywatnych posesjach stali ludzie zapraszający kierowców na parkingi. Początkowo nie wiedziałem, o co chodzi, ale po chwili wszystko stało się jasne. Trafiłem na jeden z największych targów w tej części Rumunii.
Postanowiłem zatrzymać się na chwilę i wydać ostatnie rumuńskie leje. Targ okazał się ogromny. Można było kupić dosłownie wszystko - od mebli, stołów i huśtawek, przez garnki, narzędzia, wyroby skórzane i obuwie, aż po elektronikę, części samochodowe, nowe i używane przedmioty. Wszędzie słychać było muzykę, rozmowy sprzedawców i charakterystyczne targowanie się klientów. Między stoiskami unosił się zapach grillowanego jedzenia.
Mógłbym spędzić tam znacznie więcej czasu, ale przede mną było jeszcze około 800 kilometrów do domu. Po krótkim spacerze i ostatnich zakupach wróciłem na motocykl.
Dalsza droga prowadziła już głównie autostradami przez Węgry i Słowację. Kilometry mijały szybko. Wieczorem dotarłem do Żor, kończąc dziewięciodniową wyprawę liczącą kilka tysięcy kilometrów.
Rumunia po raz kolejny mnie nie zawiodła. Świetne górskie drogi, piękne krajobrazy, gościnni ludzie i miejsca, których nie da się zobaczyć nigdzie indziej - od spokojnych klasztorów Bukowiny, przez nieuznawane Naddniestrze, aż po najwyższe przełęcze Karpat. Jestem pewien, że jeszcze tam wrócę.
Przykładowe ceny:
Kemping - namiot:
Rumunia 28 zł (Marmarosz); 70 zł (Transfogaraska)
Mołdawia 45 zł
Kemping - domek:
Rumunia 130 - 160 zł
Naddniestrze:
Winieta 21 zł
Koniak 18-25 zł
Wódka od 7 zł (pół litra)












Komentarze
Pokaż wszystkie komentarze