Nowy obowi±zek w autach obowi±zuje od lipca. Czy motocykli¶ci powinni patrzeć z zazdro¶ci± na samochodziarzy?
Od miesiąca każdy nowo homologowany samochód osobowy sprzedawany na terenie Unii Europejskiej musi posiadać system adaptacyjnych świateł stop, znany jako ESS. Kierowcy czterech kółek narzekają na kolejny unijny nakaz, tymczasem my możemy patrzeć na to rozwiązanie z zazdrością. Dlaczego?
To właśnie jednoślady najbardziej potrzebują ochrony przed najechaniem od tyłu, a Bruksela po raz kolejny o nich zapomniała.
Trwa szczyt sezonu wakacyjnego, drogi krajowe i autostrady pękają w szwach, a przy takim natężeniu ruchu gwałtowne hamowanie to raczej norma niż wyjątkowa sytuacja. Nowe unijne regulacje, które weszły w życie w lipcu, mają ograniczyć skutki takich typowych zachowań. Producenci samochodów zostali zobowiązani do montażu systemu, który przy mocnym wciśnięciu hamulca automatycznie uruchamia pulsujące światło stop lub światła awaryjne. Chodzi o jak najszybsze zwrócenie uwagi kierowcy jadącego z tyłu i skrócenie jego czasu reakcji.
Być może nie każdy pamięta, że to nie motoryzacja samochodowa, lecz motocyklowa pierwsza sięgnęła po to rozwiązanie. BMW Motorrad zastosowało system Dynamic Brake Light w swoich topowych modelach już w 2016 roku. Podobne technologie, uruchamiające pulsowanie tylnej lampy przy intensywnym hamowaniu, od lat oferują również KTM i Honda. Problem w tym, że na rynku motocyklowym takie rozwiązanie wciąż traktowane jest jako drogi dodatek dostępny w wybranych modelach, a nie jako powszechny standard. Unia Europejska, tworząc kolejne pakiety przepisów dotyczących bezpieczeństwa, koncentruje się niemal wyłącznie na samochodach, spychając motocykle na dalszy plan.
Warto zadać sobie pytanie, dlaczego to właśnie motocykl najbardziej potrzebuje mrugającego światła stop? Każdy, kto choć raz zjeżdżał na pobocze, widząc w lusterku auto blokujące koła tuż za nim, doskonale zna odpowiedź. Wąski kształt jednośladu sprawia, że zarówno systemy wspomagające jazdę w samochodach, jak i sami kierowcy mają kłopot z prawidłową oceną odległości oraz prędkości nadjeżdżającego motocykla. Intensywne, pulsujące światło to najskuteczniejszy sposób, by w porę przyciągnąć uwagę roztargnionego kierowcy.
Do tego dochodzi zjawisko hamowania silnikiem. Motocykl potrafi wytracić prędkość znacznie szybciej niż samochód, jedynie poprzez zwolnienie manetki gazu albo redukcję biegu. W takiej sytuacji klasyczne światło stop w ogóle się nie zapala, przez co kierowca jadący z tyłu zbyt późno orientuje się w zagrożeniu. System adaptacyjny, powiązany z czujnikiem przeciążeń, a nie jedynie z klamką hamulca, mógłby skutecznie rozwiązać ten problem.
W naszym kraju brak jednolitych przepisów dotyczących jednośladów doprowadził do kuriozalnej sytuacji. Niektórzy właściciele motocykli, kierując się troską o własne bezpieczeństwo, samodzielnie montują tak zwane flashery, czyli moduły sterujące pracą tylnej lampy. Skutek bywa jednak problematyczny, ponieważ podczas rutynowej kontroli drogowej albo okresowego przeglądu technicznego można stracić dowód rejestracyjny pojazdu. Polskie przepisy techniczne jasno wskazują, że światło hamowania powinno świecić w sposób ciągły. O ile fabryczne systemy posiadają wymagane homologacje i są w pełni legalne, o tyle akcesoryjne modyfikacje, mimo że realnie zwiększają bezpieczeństwo, w świetle prawa pozostają nielegalne.
Lipcowe zmiany w przepisach dotyczących samochodów pokazują jednak wyraźnie, że technologia ESS sprawdza się i jest naprawdę potrzebna. Pozostaje liczyć na to, że ustawodawcy dostrzegą wreszcie tę zależność i wprowadzą podobny obowiązek dla producentów motocykli. W końcu na jednośladzie nie chroni nas żadna strefa zgniotu.
Jakie jest Wasze zdanie w tej sprawie? Czy mrugające światło stop powinno stać się obowiązkowym wyposażeniem każdego nowego motocykla? Podzielcie się swoją opinią w komentarzach.







Komentarze
Pokaż wszystkie komentarze