Marc Marquez szokuje w MotoGP 2025 w Tajlandii. Czy reszta jest bez szans?
Marc Marquez zdominował "weekend marzeń", podczas Grand Prix Tajlandii - swoim debiucie w barwach fabrycznej ekipy Ducati - sięgając po pole position oraz zwycięstwa zarówno w sprincie, jak i w niedzielnym wyścigu głównym. Czy wydarzenia na torze Buriram otworzyły przed Hiszpanem na oścież drogę do mistrzowskiego tytułu? Mick analizuje pierwszą rundę sezonu i wyjaśnia, dlatego jazda i słowa ośmiokrotnego mistrza świata były dla niego szokujące.
Jak być może wiecie, już od zimowych testów uważam Marqueza za głównego faworyta do tytułu, a wizyta karuzeli MotoGP w Tajlandii tylko mnie w tym przekonaniu utwierdziła. Nie chodzi jedynie o miniony weekend.
Reklama
Kalendarz dla motocyklisty na rok 2026 Gwiazdy MotoGP.
Duży 42x30 cm. 79 zł WYSYŁKA GRATIS!
Kalendarz motocyklowy na rok 2026 ścienny, przedstawiający najważniejszych bohaterów tego sezonu MotoGP. Marc Marquez, Jorge Martin, Johann Zarco, Raul Hernandez, Fabio Quartararo, Franco Morbidelii, Pedro Acosta, Pecco Bagnaia, Marco Bezzecchi, Alex Marquez i inni w obiektywnie Łukasza Świderka, polskiego fotografa w MotoGP
KUP TERAZ. WYSYŁKA GRATIS »
Już podczas wcześniejszych testów sześciokrotny mistrz MotoGP był poza zasięgiem, podczas gdy jego zespołowy kolega i główny rywal, Pecco Bagnaia, miał spore problemy ze znalezieniem wspólnego języka z motocyklem, który przecież nie zmienił się zbyt mocno w porównaniu do wersji 2024 (Ducati postanowiło w praktyce wrócić po testach do wersji Desmosedici GP24 z jedynie minimalnymi zmianami).
Podobnie było w trakcie Grand Prix. Podczas gdy Marquez narzucał tempo, dwukrotny mistrz MotoGP cały czas szukał odpowiednich ustawień, które znalazł dopiero w sobotę rano. Jak sam przyznał, na tym etapie było już za późno, aby nawiązać walkę o zwycięstwo.
Bagnaia w Tajlandii musiał zadowolić się parą trzecich miejsc i z jednej strony można odnieść wrażenie, że idealnie oddaje to układ sił. Nie tylko w garażu Ducati, ale w stawce MotoGP i walce o tytuł w ogóle.
Tutaj jednak pojawiają się moje największe znaki zapytania. Owszem, Bagnaia był przez cały weekend wyraźny krok za Marquezem, ale z drugiej strony zrobił to, czego nie udało mu się kilka razy w poprzednich sezonach; zachował zimną krew i dowiózł do mety najwięcej punktów, ile był w stanie; unikając przy tym kosztownych błędów. To bardzo ważne "ograniczanie strat".
Pecco już pokonany?
Nie wstrzymujcie jednak oddechu, a przynajmniej nie w najbliższych tygodniach. Bagnaia sam powiedział, że podczas dwóch kolejnych weekendów Grand Prix - w Argentynie i Austin - raczej czekają nas podobne obrazki.
Dlaczego? Bo to bez wątpienia terytorium Marqueza, który szczególnie w Austin już dzisiaj wydaje się niemal niemożliwy do pokonania. Później jednak sytuacja powinna się zmienić. Pecco zapowiada, że gdy karuzela MotoGP trafi na bardziej sprzyjające mu tory, będzie w stanie podkręcić tempo.
Pamiętając ich ubiegłoroczną walkę w Jerez nie mogę się już doczekać Grand Prix Hiszpanii, ale do tego czasu może się okazać, że przewaga Marqueza w tabeli będzie już na tyle duża, że i tak będzie "po zawodach".
Spodziewam się, że przynajmniej w kilku wyścigach Bagnaia będzie górą, może nawet wyraźnie poza zasięgiem Marqueza, ale obawiam się, że w ostatecznym rozrachunku, to Hiszpan będzie zwycięzcą tego pojedynku. Nie tylko zresztą tego.
Zejdźmy jednak na ziemię i nie wybiegajmy za bardzo do przodu. Czy to wszystko oznacza, że czeka nas nudny sezon dominacji jednego zawodnika? Absolutnie nie, czego najlepszym dowodem był niedzielny wyścig główny (bo w sobotę na czele stawki rzeczywiście nie za wiele się działo).
Jakie dokładnie problemy miał Marquez?
Niemal natychmiast po starcie niedzielnego wyścigu prowadzący Marc Marquez zdał sobie sprawę, że razem z zespołem nie trafił z odpowiednim doborem ciśnienia w przedniej oponie. Przypomnijmy; jeśli zbyt długo jest za niskie, zawodnik dostaję karę.
Niemal od samego początku, choć jechał szybciej niż inni, Marquez musiał z tym walczyć. Jak? Starał się hamować do zakrętów najmocniej jak potrafił - mocniej niż musiał, ale gdy po kilku kółkach zdał sobie sprawę, że nic to nie daje, postanowił zmienić taktykę i zrobić coś, co już rok temu w Assen zastosował Fabio Di Giannantonio.
Gdy na siódmym okrążeniu Hiszpan nagle zwolnił i przepuścił jadącego na drugiej pozycji, młodszego brata, wielu na chwilę stanęły serca, ale szybko okazało się, że nie było to spowodowane problemem technicznym z motocyklem, albo np. błędem i uślizgiem na wyjściu z trzeciego zakrętu, czego początkowo nie wiedzieliśmy, bo nie pokazano tego w przekazie telewizyjnym.
Gdy jednak po kilku kółkach było jasne, że Marc jest w stanie jechać tempem brata i siedzieć mu na ogonie, było jasne, co się dzieje. Krótka obserwacja jazdy starszego z Marquezów potwierdzała teorię o problemie z ciśnieniem w przedniej oponie.
Zwróćcie uwagę, że Marc jechał w cieniu aerodynamicznym za bratem i ani na chwilę nie wyjeżdżał z niego na prostych, chociażby po to, aby schłodzić zarówno przednią oponę i motocykl, jak i siebie. A przecież wszystko odbywało się w ogromnym upale, w którym zawodnik w jego sytuacji zachowywałby się dokładnie odwrotnie, niż Marc.
Kolejnym potwierdzeniem tego faktu było zachowanie Hiszpana podczas hamowania. Marc podnosił głowę znad owiewki nieco wcześniej niż Alex, zostawiał sobie trochę miejsca i cały czas jechał za nim, dojeżdżając do jego tylnego koła środku zakrętu, ale ani na chwilę nie próbując go postraszyć czy wejść mu pod łokieć, nie mówiąc o ataku.
Po wyścigu tłumaczył, że odpuszczając gaz trochę wcześniej robił sobie miejsce, aby następnie jak najmocniej wcisnąć przedni hamulec i próbować podnosić ciśnienie przedniej opony w tym kluczowym momencie. Znów; w normalnych okolicznościach robisz przecież dokładnie coś odwrotnego, aby nie obciążać przedniej opony (i przedniego zawieszenia).
Hiszpan chciał zbudować sobie bufor trzech okrążeń i rzeczywiście, gdy zagrożenie otrzymania kary za zbyt niskie ciśnienie minęło, po prostu wyprzedził brata i odjechał, podczas gdy Alex nie miał amunicji, aby chociażby spróbować nawiązać z nim walkę.
Być może zastanawiacie się teraz, dlaczego problemy z ciśnieniem pojawiły się w niedzielę - i to od razu po starcie, choć przecież podczas sobotniego sprintu nie było po nich śladu i Marquez prowadził wówczas od startu do mety?
Te słowa szokują…
Tutaj pojawia się wyjaśnienie Hiszpana, które jeszcze bardziej utwierdza mnie w przekonaniu, że będzie on w tym roku nie do pokonania. Zapytany o tę kwestię po wyścigu, Marquez przyznał, że tor Buriram był w ten weekend w stanie pokonywać dwoma a nawet trzema stylami jazdy.
"Kiedy mam tempo, zmieniam styl jazdy i nie hamuję tak mocno - powiedział. - Tutaj mogłem jechać na dwa lub trzy różne sposoby. Zespół to wczoraj przeliczał, więc musimy zrozumieć, skąd pojawiło się to niskie ciśnienie, ale trzeba pamiętać, że wciąż jestem w tym teamie nowy".
Nie wiem, jak na Was, ale na mnie te słowa zrobiły piorunujące wrażenie. Nawet jeśli zespół popełnił błąd i źle oszacował ciśnienie, Marquez był w stanie wyjść z opresji, a w rękawie miał jeszcze dwa inne style jazdy.
Co więcej, w niedzielę miał taki "flow", że odjechał rywalom na pierwszych kółkach, choć najpierw w ogóle nie musiał zbyt mocno hamować, a później musiał pod tym względem przesadzać, aby zapanować nad zbyt niskim ciśnieniem. Nie mieści mi się to w głowie.
Być może ekipa spodziewała się, że Marc będzie musiał ostro walczyć o pozycję na pierwszych zakrętach lub okrążeniach i źle dostosowała ciśnienie w przedniej oponie względem tego, co faktycznie działo się po starcie. Może to on jechał mimo wszystko zbyt płynnie, niezależnie od sytuacji na torze. Tak czy inaczej, teraz nie ma to znaczenia.
Co ciekawe, po drodze Marquez przyznał jeszcze, że podczas zimowych testów kilka razy próbował stosować rozwiązanie, którego używa Bagnaia, czyli tylnego hamulca w dźwigni przy lewym kciuku, ale nie był w stanie się do niego zaadaptować.
Zachwalał też zespół, mówiąc, że jeszcze lepiej niż na motocyklu, czuł się w garażu i ma wrażenie, że zna się z ekipą od dziesięciu lat, a nie od kilku miesięcy.
Na koniec rzucił, że w ten weekend po raz pierwszy czuł się na motocyklu tak, jak tuż przed pamiętnym wypadkiem w Jerez 2020, kiedy to przecież wyprzedzał rywali jak tyczki i wydawał się zmierzać po kolejny tytuł.
A co do samego tytułu, to według Hiszpana, nie ma on dla niego znaczenia. "Moim celem nie jest tytuł. Jestem tu, bo to lubię i chcę się dobrze bawić, a jak się uda [sięgnąć po mistrzostwo], to się uda, a jak nie, to nie" - jeśli ja miałem gęsią skórkę słuchając słów Marqueza, to wyobraźcie sobie, co musiał czuć siedzący obok niego Pecco Bagnaia, czy oglądający konferencję prasową z domu - nieobecny z powodu kontuzji - obrońca tytułu Jorge Martin? Mimo ewidentnego faworyta, to będzie moim zdaniem bardzo ciekawy sezon!
Brat głównym rywalem?
Kiedy na czwartkowej konferencji prasowej przed Grand Prix Tajlandii Marquez i Bagnaia zostali poproszeni o wytypowanie tegorocznego mistrza MotoGP, Marc napisał na specjalnej tabliczce samo nazwisko "Marquez", wyjaśniając, że w ten sposób szanse są podwójne, bo przecież w stawce ściga się też jego brat Alex.
Choć młodszy Marquez przejął nieformalną rolę Marca jako lider ekipy Gresini Racing i dysponuje niemal identycznym motocyklem (różnica na pewno jest zdecydowanie mniejsza, niż rok temu), to jednak w czwartek można się było co najwyżej uśmiechnąć.
W niedzielę sceptykom nie było już jednak do śmiechu, bo Alex zaliczył chyba najlepszy weekend w swojej karierze w MotoGP, zgarniając drugie miejsce w obu wyścigach i długo przecież prowadząc.
Po wszystkim przyznał, że wiele się nauczył, bo jazda na czele była zdecydowanie trudniejsza, niż za kimś innym; choć bardziej komfortowa z uwagi na nieco lepsze chłodzenie przez opór powietrza.
Alex nie było może w stanie nawiązać walki z bratem, ale całą resztę stawki zostawił daleko w tyle. "On na pewno w tym roku wygra" - powiedział później Marc.
Czy okaże się takim samym, czarnym koniem, jak starszy brat rok temu? Moim zdaniem, w dłuższym rozrachunku nie, bo gdy tylko Pecco dojdzie do ładu z tegorocznym Ducati, pokręci tempo, ale nowa dojrzałość Alexa zasługuje na słowa uznania.
Trudny weekend w środku stawki
Nie wszyscy mogą opuszczać Tajlandię w równie dobrych nastrojach. Podczas gdy w obu wyścigach ogromnie zaimponował debiutujący mistrz Moto2, Ai Ogura, sporym rozczarowaniem była dość wyraźna strata zawodników KTM-a, którzy liczyli przecież w tym roku na nawiązanie walki z Ducati.
Jakby tego było mało, w niedzielę na deskach wylądował Pedro Acosta, który miał przecież wyciągnąć wnioski z debiutanckiego sezonu i lepiej radzić sobie z trzymaniem nerwów na wodzy.
O ile KTM wydaje się stać w miejscu, o tyle Honda i Yamaha pokazały moim zdaniem wyraźne postępy, podczas gdy niezłe tempo zaprezentowała także Aprilia.
Nie zmienia to faktu, że na czele znów oglądaliśmy dominację Ducati, co nie jest dobre dla mistrzostw, ale walka w środku stawki zapowiada się zdecydowanie ciekawiej, niż rok temu.
Najważniejsze jednak jest to, że po długiej, zimowej przerwie, karuzela MotoGP znów zaczęła się kręcić! Czekamy na zmagania w Argentynie!







Komentarze 0
Pokaż wszystkie komentarze