Flying Flea C6. Kultowa marka wchodzi w elektryki
Royal Enfield pisze nowy rozdział w swojej 125-letniej historii i zapewne się nie ucieszycie, że to rozdział, w którym nie będzie zapachu paliwa i klasycznego silnika spaliowego.
Przedstawiany już na naszych łamach model Flying Flea C6 właśnie trafił do sprzedaży w Indiach. Marka przez dekady kojarzona wyłącznie z dudniącymi, klasycznymi jednośladami spalinowymi, zaliczyła debiut w świecie elektryków.
Reklama
KTM 125 Duke vs 390 Duke 2026. Który pasuje do ciebie lepiej i dlaczego odpowiedź nie jest oczywista
KTM konsekwentnie buduje klasę swoich nakedów, a obecny rok przynosi kolejny rozdział w wykonaniu 125 Duke i 390 Duke. Oba motocykle dzielą tę samą filozofię, podobne ramy i tę samą agresywną stylistykę, ale różnice też są niemałe. Czy można porównywać te maszyny?
POZNAJ MOTOCYKLE, KTÓRE DAJĄ FRAJDĘ! »
Jak do tego doszło? Przypomnijmy, że punktem wyjścia dla projektu był motocykl wojskowy z 1942 roku, na tyle kompaktowy, że zrzucano go ze spadochronem do stref działań wojennych. Wojskowy jednoślad był lekki, zwinny i niezawodny w ekstremalnych warunkach. Nowy C6 podobno nawiązuje do tego dziedzictwa nie tylko nazwą i rzeczywiście masa 124 kg czyni go najlżejszą maszyną, jaką kiedykolwiek wyprodukowała brytyjsko-indyjska marka.
Stylistycznie C6 może się podobać lub nie, bo to oczywiście rzecz gustu, ale trudno nie dostrzec dość zręczne połączenie nostalgii z nowoczesnością, które nie wygląda na wymuszone. Kute aluminiowe widelce girder przywołują estetykę maszyn z lat 20. i 30. ubiegłego wieku, eksponowana aluminiowa rama i magnezowa obudowa baterii z żebrami chłodzącymi zamieniają elementy techniczne w ozdoby. Nie bez powodu projekt zdobył prestiżową nagrodę Red Dot Design Award za 2025 rok. Do wyboru są dwa kolory, Flea Green i Storm Black.
Sercem "latającej pchły" jest silnik synchroniczny z magnesami trwałymi o mocy 15,4 kW i momencie obrotowym 60 Nm, przenoszącym napęd na tylne koło za pośrednictwem paska, który nie wymaga dodatkowej obsługi. Przyspieszenie od 0 do 60 km/h zajmuje zaledwie 3,7 sekundy, a prędkość maksymalna wynosi 115 km/h. Ciekawe, że Enfield nie zechciał podać prędkości od 0 do 100 km/h. Oczywiście można to łatwo policzyć, ale byłoby to czyste szacunki, bo przy motocyklach elektrycznych krzywa przyspieszenia nie jest liniowa, więc taki wynik byłby mało wiarygodny.
Bateria o pojemności 3,91 kWh pozwala według cyklu testowego IDC na pokonanie 154 km. Trzeba jednak powiedzieć to wprost, że realne warunki jazdy, wyższe prędkości, pełne obciążenie, zmienne otoczenie przyniosą wynik bliższy 100 km. W przypadku motocykla zaprojektowanego z myślą o codziennej komunikacji miejskiej taki zasięg jest natomiast wystarczający. Na dalekie trasy weekendowe trzeba jednak brać C6 z odpowiednimi oczekiwaniami. Ładowanie od 20 proc. do 80 proc. ze zwykłego gniazdka trwa zaledwie 65 minut, pełne naładowanie to nieco ponad dwie godziny.
Technologicznie C6 wydaje się ustępować droższym europejskim konkurentom. Działający pod kontrolą procesora Qualcomm Snapdragon QC2290 autorski system Fleaware.OS obsługuje 5 trybów jazdy plus w pełni konfigurowalny tryb indywidualny, a aktualizacje trafiają do motocykla bezprzewodowo. Na pokładzie znalazł się też ABS w zakrętach, kontrola trakcji, asystent ruszania pod górę, dwukierunkowy tryb jazy wolnej ułatwiający manewrowanie w ciasnych przestrzeniach miejskich, a nawet bezprzewodowa ładowarka do smartfona schowana w centralnej skrytce. Okrągły wyświetlacz TFT o przekątnej 3,5 cala z dotykową obsługą i funkcją nawigacji Google domyka obraz dobrze wyposażonej, przemyślanej maszyny.
Cena w Indiach wynosi 279 000 rupii, co w bezpośrednim przeliczeniu daje około 3 000 dolarów, czyli niespełna 11 000 złotych według aktualnego kursu. Za tę kwotę kupuje się motocykl elektryczny stworzony od podstaw przez ponad 200 inżynierów pracujących w Indiach i Wielkiej Brytanii, z ponad 45 zgłoszonymi patentami. Royal Enfield oferuje też model z dzierżawą baterii za 199 000 rupii, co odpowiada kwocie około 7 700 złotych, obniżając próg wejścia dla tych, którzy wolą nie wiązać się od razu z zakupem ogniw.
Dla europejskich i amerykańskich nabywców cena po uwzględnieniu homologacji i ceł oczywiście istotnie wrośnie. Jeśli chodzi konkretnie o Europie, szef działu wzrostu EV w Royal Enfield, Mario Alvisi, potwierdził że cena na Starym Kontynencie wyniesie poniżej 7 000 euro, czyli finalnie byłoby to ok. 30 000 zł.
Sygnał wysłany przez markę jest jasny. Najwidoczniej Royal Enfield traktuje elektryczną przyszłość bardzo poważnie. Indyjski gigant zamierza uderzyć mocno i to może się udać.












Komentarze
Pokaż wszystkie komentarze